Bafoussam Drukuj Poleć znajomemu
Pozdrawiam serdecznie z Bafoussam. Dla nas, Pallotynek, to nowa misja pełna tajemnic – nowe miejsce, nowi ludzie, nowa działalność apostolska. Jest to trzecia placówka Sióstr Pallotynek w Kamerunie, otwarta 8.12.2009 r.

Miasto liczy półtora miliona mieszkańców. Niby miasto, a właściwie zlepek dużych wiosek, połączonych ogromnym targowiskiem, które dalekie jest od polskiej rzeczywistości. Co nas tu sprowadziło? Zwyczajnie! Zaproszenie ks. bpa Józefa Atanga.

Diecezja Bafoussan jest liczna, ale tylko 19,5% chrześcijan to katolicy. Zgromadzenia zakonne też są nieliczne. W samym mieście bardzo mało białych, a Polaków tylko czworo: dwóch Ojców Sercanów i dwie Siostry Pallotynki. Diecezja tymczasowo wypożyczyła nam opuszczony od lat dom, który 40 lat wcześniej zbudowały siostry francuskie, ale wyprowadziły się. Po trochu ten dom remontujemy i czynimy miłym do zamieszkania. Jesteśmy we dwie z s. Krystyną. „Wysłał ich po dwóch”…

S. Krystyna jest nauczycielką, więc uczy religii. Przy parafii Alberta Wielkiego przygotowuje młodzież do sakramentu bierzmowania, a przy parafii św. Damiana młodzież gimnazjalną do chrztu świętego.

A co robi s. Orencja? Obecnie 2-3 razy w tygodniu jeżdżę do centralnego więzienia...
... w Bafoussan, w którym jest ok. 2000 więźniów. Piszę, że jeżdżę – nie mamy własnego samochodu misyjnego, więc wypożyczam motor, bo w stronę więzienia żaden samochód nie chce jechać, a poza tym droga jest bardzo zła. Przejazd motorem kosztuje 1 euro.

Co tam robię? Razem z panią „Żorżet” dożywiamy chorych i zagłodzonych więźniów, dając im „basii” i ciastka witaminizowane. Wewnątrz jest infirmeria. Lekarz studiował w Kijowie – jednym słowem „siarczysty”. Wielu z więźniów woli cierpliwie i powoli umierać, niż iść do infirmerii. Słucham ich skarg i bólów i w miarę możliwości coś przynoszę: jednemu mydło, innemu ubranie, kolejnemu różaniec – nawet powstała już róża żywego różańca. Dla wielu potrzebne są lekarstwa.

Do więzienia jadę z pełną torbą, która jest kontrolowana u wejścia. Wielu z nich podaje numery telefonów do rodziny i prosi, żeby zadzwonić, powiadomić rodzinę. Często są to chłopcy z „marginesu”, którzy się pogubili – to też są dzieci Boże, a „Jezus szukał tych, co poginęli”.
Więzienie jest jednocześnie miejscem nabierania mądrości życiowej i praktycznej – dla tych, którzy chcą czegoś się nauczyć.

Dla mnie to nowe doświadczenie, nowa misja. Przez pierwsze dni więźniowie patrzyli kątem oka: „Czego ta biała siostra tu szuka?”. Po kilku dniach zaczęli rzucać przyjazne spojrzenia – widać, że cieszą się obecnością, chociaż nie mówią. Pytają tylko: „Kiedy przyjdziesz następny raz?”. Nawet do lekarza z ciężko chorym idę, a wtedy gromy lecą na wszystkich obecnych, ale potem jest konkretna rozmowa i zajęcie się chorym. Tam każdy chce przeżyć i być za wszelką cenę zdrowym.

Mogę troszkę pomóc tym ludziom tylko wtedy, gdy jestem z Wami. To dzięki Wam mogę zadzwonić i powiadomić rodzinę o stanie więźnia. Kupić mydło, lekarstwo, ubranie, coś do jedzenia itp. Inne zadanie to dzieci z ulicy i rodzin bardzo biednych w dzielnicy byłego leprozorium. Tam dojeżdżam taxi ok. pół godziny. W taksówce 5-osobowej jedzie nas przynajmniej ośmioro. Wszystkie okna są otwarte albo w ogóle ich nie ma. Kurz wiruje jak na ulicy, bo droga jest wręcz okropna. Teraz w porze suchej kurz, a potem będzie błoto i nie wiem co jeszcze…

Jedna misja wcale nie jest podobna do drugiej. Każda ma swoje radości i problemy. Uśmiecham się sama do siebie. Jestem w Bafoussam od 3 grudnia 2009 r. i doświadczam tak innej rzeczywistości, że aż trudno uwierzyć.

Dziękuję Bogu Miłosiernemu za każdy dar Waszej ludzkiej życzliwości w jakiejkolwiek postaci. Dziękuję za wsparcie modlitewne.

S. Orencja SAC 
Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek, Grażyna Trautsolt