Strona główna arrow Rok 2011 arrow Nr 55 (2/2011) arrow W cieniu Miłosierdzia Bożego
W cieniu Miłosierdzia Bożego Drukuj Poleć znajomemu
Minęło 13 lat posługi pallotyńskiej w Tenango del Aire. Pierwszy był tam ks. Zbigniew Lewandowski SAC, który przyleciał z Brazylii, kontynuowali kolejni pallotyni, już przybywający z Polski.

Jednym z naszych zadań jest głoszenie Miłosierdzia Bożego. Ku naszej radości kult ten rozwija się w Meksyku coraz bardziej. Na naszym terenie tworzymy sanktuarium Miłosierdzia Bożego i choć nie ma specjalnie temu celowi poświęconego budynku, a kościół parafialny nosi wezwanie św. Jana Chrzciciela zarówno ze stolicy kraju, jak i z innych regionów przybywa do sanktuarium wielu pielgrzymów.

Na pierwsze święto Miłosierdzia Bożego przybyło kilkaset osób. Co roku było ich więcej, a ostatnio trudno wręcz było policzyć – na pewno było ok. 16-17 tys. osób. Jest radość! – jak mówił mój proboszcz w Halembie. Ustawiamy specjalny namiot – ostatnio na 8 tys. krzeseł, pozostali korzystają z parasolek, gdyż tu, na wys. 2300 m n.p.m., słońce jest bardzo silne.
Ale najważniejsi są pielgrzymi przyjeżdżający już przez cały rok.

Dla mnie jest to szczególna radość, bo Miłosierdzie Boże jest cały czas obecne w moim życiu.
Jako ministrant przyjeżdżałem do Doliny Miłosierdzia Bożego...
... w Częstochowie. Później, myśląc o pójściu do zgromadzenia, przypomniałem sobie, że przecież przyjeżdżałem na rekolekcje do pallotynów. W junioracie przez 2 lata znowu byłem w Dolinie. Pracowałem w hospicjum – tam też Miłosierdzie. A teraz jestem w Tenango, gdzie tworzymy sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Nawet figura jest taka sama jak w Częstochowie.

Trzeba ukazywać ludziom Miłosierdzie Boże. Łatwiej o nim mówić, ale lepiej je głosić własnym życiem, co staram się robić. Pan Bóg wiele mi dał. Nowe życie, nowe spojrzenie na świat. Nigdy bym nie pomyślał, że ja będę w Meksyku, chociaż już w nowicjacie „zaraziłem się” myślą wyjazdu na misje. Obawiałem się jednak, że to mnie przerasta. Jest powiedziane, że Pan Bóg wybrał to co głupie w oczach świata. Pan Bóg czuwa nad nami – mówiłem i mówię: „Panie Boże, bez ciebie byłbym tylko głupi, a Ty mnie wybrałeś i uczyniłeś takim, jakim jestem. I cały czas mnie czynisz”. To budzi zachwyt. Żal mi ludzi, którzy nie umieją dostrzec, że są kochani. Chciałbym im pomóc dostrzec tę Bożą miłość.

Bo największym nieszczęściem jest, według mnie, brak miłości. Trzeba najpierw dać się pokochać i samemu siebie pokochać. A w tym pomagają sakramenty.
Mówię wszystkim, że warto trzymać się sakramentu pokuty, nawet po to, żeby spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie: Nawet nie jestem taki wrak, jeśli Pan Bóg mnie kocha i przebaczył mi. I wtedy łatwiej zauważyć w drugim człowieku człowieka. To musi iść w parze z walką o czyste sumienie. Ja sobie nie wyobrażam życia bez sakramentu pokuty. Bo bez niego nie ma przystępu do Eucharystii. A jak staje człowiek naprzeciwko drugiego człowieka, to obaj sobie zdają sprawę, że są grzeszni, ale chcą żyć lepiej.

Trzeba zaufać Panu Bogu i pozwolić Mu działać, bo sami nie potrafimy siebie udoskonalić. Zaprosić Go do tego. Ja się ciągle tego uczę, ale wiem, że jak cokolwiek robię i zapraszam Pana Boga do jakiegokolwiek pomysłu, Pan Bóg pomaga. Nawet jak jest trudno, to mówi: „Złoto w ogniu się próbuje”. Pan Bóg nas uczy w ten sposób. I nawet jak już będzie bardzo bolało: „Nie bójcie się zapłakać – będziecie wtedy wiedzieć, ile was to kosztuje”, jak powiedział ks. bp Hoser. Nie ma co się zrażać. Tak naprawdę to jest walka o pokój duchowy.
Z Bożą pomocą wszystko jest możliwe.

Ja za największy prezent, jaki dostałem od Pana Boga, uważam powołanie pallotyńskie, dojrzewanie do niego. I to, że ono ciągle mnie czymś zaskakuje, daje wiele możliwości. Ale też trzeba dawać coś od siebie.

Br. Michał Szczygioł SAC Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC