Strona główna arrow Meksyk arrow Rozmowa z br. Michałem Szczygiołem SAC, misjonarzem w Meksyku
Rozmowa z br. Michałem Szczygiołem SAC, misjonarzem w Meksyku Drukuj Poleć znajomemu
R. – Przyjechał Brat na pierwszy urlop. Jak minęły te 2 lata w Meksyku?

Br. – Najciekawszy chyba był początek. W marzeniach nie wybiegałem za bardzo w wyobrażaniu sobie, jak to będzie. Chciałem jak najszybciej nauczyć się języka i dojść do tego, o czym mówili starsi misjonarze: Nie można się zamknąć na ludzi. Twój pokój nie może być twoim schronieniem. Musisz iść do ludzi i rozmawiać – na targu, na spotkaniu z jakąś rodziną lub grupami. Cokolwiek byś nie robił – rozmawiaj, cały czas rozmawiaj. Bądź dla ludzi i nie wstydź się, że będziesz się mylił. To jedyny sposób, żeby w miarę biegle nauczyć się rozmawiać w jakimkolwiek języku.

A początek… Przyleciałem w sierpniu, nocą. Padał deszcz i niewiele mogłem zobaczyć, kiedy przełożony, ks. Grzegorz, wiózł mnie do Tenango del Aire. Rano z trudem uzmysłowiałem sobie, że już jestem w Meksyku. Zaledwie minęła doba, kiedy byłem jeszcze w kraju, a tu już Bienvenido Mexico.
Pierwsze doświadczenie językowe miałem na lotnisku, kiedy starałem się rozmawiać, jak mi się wydawało – po hiszpańsku, z... 

... panią (Niemka, 30 lat w Meksyku), która pomagała mi wypełniać dokumenty na wizę turystyczną. Nie mogła mnie zrozumieć i zaproponowała, żebyśmy porozmawiali po hiszpańsku…

Pierwsze spotkania z ludźmi były bardzo sympatyczne, nacechowane życzliwością i ciekawością – kim jestem. Przedstawiłem się w kościele: „Nazywam się Michał Szczygioł” – i zaraz się zrobił szum, jakby leciał odrzutowiec, jak próbowali moje nazwisko powtórzyć. Zresztą do dziś nie mogą sobie poradzić.
Były osoby, które pomogły mi się odnaleźć w nowych warunkach. Pojawiła się Yadira, nauczycielka w przedszkolu, która pomagała mi w nauce języka i poprawiała moje błędy. Także rodzina don Pepe i doña Lilia Fernandez Aragon, którzy pomagają pallotynom od samego początku i są z nami zaprzyjaźnieni. Pomagali mi w nauce języka i w wejściu w meksykańską codzienność.

Ale najbardziej pomogła mi praca z dziećmi. Tak się złożyło, że w naszej parafii nigdy nie było ministrantów. A ja, człowiek z polskiej, śląskiej szkoły, nie wyobrażałem sobie parafii bez ministrantów. Zapytałem proboszcza, ks. Grześka, czy mógłbym założyć grupę ministrancką. Powiedział: „Nie ma sprawy, ale jesteś tu niespełna miesiąc, musisz język szlifować, nie znasz kultury, mentalności tych ludzi. Ale jeśli chcesz, rób jak uważasz...”.

Te kilka osób, które znałem, mówiło, że będzie trudno: „Jak będziesz miał po roku 8 osób, to będziesz mógł mówić o sukcesie”. A tu już na początek zapisało się 8 osób, teraz mamy 25, a mieliśmy do 32. Może to szok dla Meksykanów, bo na parafiach tego tu nie ma – wprowadziłem zasady, których dzieci muszą przestrzegać; jeśli nie – wychodzą z grupy. Np. nie pozwalam na narzeczeństwo przed 18 rokiem życia, bo często kończy się to tak, że dziewczyna zachodzi w ciążę, a ślubu nie ma.

Meksykanie w ogóle stronią od sakramentu małżeństwa, bo, jak mówią: union libre (wolny związek) jest najlepszy. I tylko potem z reguły kobieta zostaje z „bagażem życiowym”, którym są dzieci. Jeszcze czasem biorą ślub cywilny, bo „państwo jak państwo”, ale z Bogiem lepiej nie zadzierać. Taka jest tu mentalność.
Stronienie od sakramentu małżeństwa to chyba plaga dzisiejszych czasów: wolny związek, w którym jedna ze stron zostaje najbardziej skrzywdzona – najczęściej jest to kobieta.

R. – Poruszył Brat jeden z istotnych problemów społeczności meksykańskiej. A co jest najistotniejsze, według Brata, wśród pozytywów?

Br. – Otwartość i życzliwość ludzi w Tenango del Aire. To są niesamowici ludzie – ci skromnie żyjący i ci mający bardzo wiele. Zauważyłem, że jak ktoś jest wobec nich uczciwy i coś dla nich próbuje zrobić, wtedy nawet niezamożni nie szczędzą grosza, żeby to było możliwe.
Bardzo chcę pomóc młodym ludziom wyrwać się z myślenia, że nie warto się uczyć, bo to i tak nic nie da, że trzeba robić dzieci, że trzeba iść w pole (tu są prawie sami rolnicy i tzw. najemni, którzy łapią się jakiejkolwiek pracy, żeby tylko jakoś żyć). Wielu młodych ludzi nie czuje potrzeby edukacji.

Mieszkańcy Tenango są otwarci i życzliwi, na co zwróciła uwagę moja mama, która przyleciała do nas w swoją „podróż życia”. Jak ks. Bartek w kościele powiedział, że jest tu mama br. Michała, ludzie wstali i klaskali na powitanie. Również z moją mamą i dzieciakami pojechaliśmy na nasze drugie rekolekcje ministranckie, a tam dzieci przychodziły do mnie i pytały: „Bracie Michale, czy mogę przytulić, objąć twoją mamę?”. Nawet dziewczyna, która miała prawie 15 lat.

R. – To przejaw deficytu miłości w rodzinie?

Br. – Tak. Wielki brak. Tu trzeba poruszyć jeden z minusów Meksyku – machismo: „Ja jestem macho, wszystkie panie mi wybaczą”. A w efekcie najczęściej kobieta zostaje skrzywdzona. Rozmawiałem z matkami „moich” dzieci – ok. 50-60% to rodziny, gdzie tatuś ma inną kobietę i niejednokrotnie dzieci z nią. Dzieci doznają szoku, gdy się dowiadują, że mają siostrzyczkę czy braciszka, ale od innej mamy.
W grupie jest Vania – jej mama urodziła już piąte dziecko – wspaniałe są te dzieci. Dwoje z nich jest ministrantami. Vania zawsze była bardzo pilna, pogodna, a teraz się zmieniła – nie chce czytać na Mszy św., jest zbuntowana, zamknięta w sobie. Jej mama opowiedziała mi, co jest przyczyną – byli na urodzinach u ciotki, która podeszła do Vani i powiedziała, żeby poszła przywitać się z nową siostrzyczką. Dziewczynka powiedziała, że jej siostrzyczka nazywa się Angelica i jest u mamy na rękach. A ciocia na to: „Nie, ty masz nową siostrzyczkę. Nie wiedziałaś o tym?”.
Nagle dziecko zrozumiało, dlaczego taty ciągle nie ma w domu, dlaczego tak rzadko przyjeżdża. On pracuje w miejscowości obok. I tam założył nową rodzinę.
Dla tej dziewczynki był to ogromny szok. W wieku 10 lat zaczyna poznawać, jaka ją czeka przyszłość.

Dziewczyny, kobiety wiedzą o tym, ale pozwalają na to. Mówi się: południowa krew, temperament. Ale i brak edukacji oraz niestety społeczne przyzwolenie.

R. – Czy nie ma możliwości ułatwienia dzieciom, młodzieży zdobycia edukacji?

Br. – Rozmawiałem już trochę z osobami zamożniejszymi i padła idea założenia funduszu stypendialnego dla dzieci na zasadzie: musisz skończyć szkołę średnią, a wtedy będziemy ci pomagać, żebyś mógł skończyć studia. Ludzie są zachwyceni tym pomysłem. Musimy to dobrze przemyśleć, żeby nie były to pieniądze źle wykorzystane. To byłaby akcja społecznościowa miasteczka.

R. – Ale wróćmy do dzieci z grupy Brata.

Br. – One często traktują mnie jak tatę, nawet czasem im się wyrwie „tato” pod moim adresem. Mówią też do mnie nauczycielu, profesorze, maestro – to wyraz ich szacunku. Bawię się razem z nimi. Niestety, widać nie wyrosłem z dzieciństwa. One są jak stado os – cały czas bzyczą i ruszają się. Ale bawimy się fantastycznie, wiele przy tym robiąc dla naszej parafii i sanktuarium.

Przed moim wyjazdem na wakacje do Polski wraz z moją mamą zorganizowaliśmy wyjazd dla ponad 30 osób na wycieczkę (dia de campo – dzień na polu) pomiędzy wulkany. Nagle zerwał się wiatr, zaczęło okropnie padać. Na wulkanach, jakieś 100 metrów nad nami, był już śnieg. Szybko wszystko podsmażyliśmy, jedzenie piknikowe, i uciekliśmy do busów. Podszedłem do nich i mówię: „Przepraszam was. Chciałem się z wami fajnie pożegnać przed urlopem. Miał to być prezent dla was, ale pogoda nie dopisała”. Zaskoczyło mnie to, że im to wcale nie przeszkadzało, zdziwieni mówili: „Jak to, przecież ty się z nami godnie żegnasz”.
To jest w nich niesamowite, że jak mają dzień wolny, jest to ich czas. Potrafią błyskawicznie coś zorganizować i wspaniale się bawić bez względu na aurę.
Poszliśmy potem do kaskad spływajacych z wulkanicznego lodowca. Byliśmy przemoczeni, ale cieszyło nas, że jesteśmy razem. Za chwilę zmieniła się pogoda, zrobiło się ładnie. Zaproponowałem grę w piłkę. Zaprosiliśmy też innych ludzi, którzy byli w tym miejscu. Pewien pan w pogoni za piłką wpadł do kałuży i przejechał parę metrów na brzuchu po błocie. Wstał, otrzepał się i grał dalej. U nas już by się taki brudny ludziom nie pokazał. A on jeszcze musiał wsiąść do samochodu i wrócić do domu. I to jest piękne, że dla nich ważniejsze jest być, niż mieć. Może dlatego poczułem się tam jak w domu.

Mówię, że znalazłem tam swoje miejsce na ziemi, trochę dalej, jakieś 15 tys. km od Polski, od mojej Halemby i rodziny. Tam mam drugą rodzinę, która wcale mi nie przyklaskuje.
Cenię tych ludzi za to, że potrafią szczerze powiedzieć, że nawet mogłoby zaboleć, ale mówią z troską, po ojcowsku. Okazują mi wiele serca, co odczułem szczególnie przed wyjazdem, kiedy się rozchorowałem.
Tutaj pytanie: „Jak się masz?” – nie jest zdawkowe. Jeśli ktoś powie, że źle, zaraz pytają, czy chce o tym porozmawiać, czy mogą mu pomóc. Nawet jak ktoś się spieszy, zatrzyma się i chwilę porozmawia.

R. – Czy Brat dostrzega inne, poza wspomnianymi, minusy?

Br. – Tak – to porwania secuestra i handlarze narkotykami, tzw. narcotraficantes. Od przeszło roku trwa wojna, wypowiedziana przez prezydenta Calderona mafiom handlującym narkotykami i porywaczom. W tej wojnie, w ciągu roku, po stronie sił rządowych (wojska, policji) zginęło 1600 osób. Po stronie przeciwnej 6000 ludzi, w tym także przypadkowe ofiary. Według najnowszych danych liczba ofiar śmiertelnych sięga już 30 tys.

Narkotyki to potworna zmora Meksyku. Są regiony, gdzie całe wioski zajmują się tym i to jedyne źródło utrzymania ludzi.Z jednej strony technika, z drugiej – takie upodlenie człowieka. Żeby ktoś mógł się bawić dobrymi samochodami, komputerami i żyć w luksusie, innych się upadla, posuwając się do skrajności.

Prawdziwą plagą są porwania. Porywa się najczęściej dzieci z ulicy. Pokazałem mamie szkołę – myślała, że to szkoła dla trudnej młodzieży. Jest okratowana, przed nią stoją policjanci, rodzice posiadają specjalne identyfikatory. Głównymi powodami porwań są: pedofilia i przeszczepy organów. A co gorsza – można zobaczyć w telewizji, gdy złapią kogoś z porywaczy – przestępcy dysponują całymi katalogami dzieci z fotografiami i parametrami. Każdy zboczeniec może popatrzeć i zamówić. Czarny rynek w najgorszym wydaniu kwitnie.
Są też porwania dla okupu. Jeśli ktoś jest trochę bogatszy, to już jest powód do porwania.
W każdy czwartek prowadzę nabożeństwo w San Mateo. Przychodzi taka fajna dziewczynka, pobożna. Zawsze jest zamyślona. Przygotowuje się do I Komunii Świętej. Kiedyś rozmawiałem z jej mamą. Okazało się, że rok przed moim przyjazdem próbowali przed samym domem porwać jej ojca, a że się stawiał, strzelili mu w głowę i uciekli.

I to mi się w Meksyku nie podoba.

R. – Mimo wszystko te minusy nie zniechęcają Brata?

Br. – Nie demonizujmy Meksyku. Wystarczy popatrzeć na nasz kraj i Europę. Po prostu żyje się w tym miejscu. I kocha ludzi. Oni nas też kochają. Po prostu szanujemy się. I chyba o to chodzi. Przecież nie tylko tu są minusy. Tak w Polsce, jak i na misjach żyje się dla ludzi, dla nich pracuje. Ja kocham Meksyk za to, co w nim piękne i dobre.

R. – Nie sposób mówić o Meksyku nie wspominając Matki Bożej z Guadalupe.

Br. – Meksykanie bardzo kochają Matkę Bożą z Guadalupe. Ja też, jak mam okazję, jadę do sanktuarium, by tam się pomodlić, ale tam jest ciągły ruch i gwar. Wolę naszą Jasną Górę, bo tam zawsze mogę znaleźć jakieś miejsce, w którym mogę się wyciszyć.Wspaniały jest słynący z cudów wizerunek Maki Bożej.
Ale dla mnie najważniejsi są ludzie. Ja pokochałem to miejsce, bo spotkałem ludzi, którzy są naprawdę guadalupanos.

Kult Matki Bożej jest tu bardzo mocny, bardzo piękny. Nie sztuką sakralną należy się tu zachwycać, ale działaniem Matki Bożej, Jej siłą.
Zachwyciły mnie kobiety, które przychodzą tu ze swoimi nowonarodzonymi dziećmi – niektóre mają po 3-4 dni. To niesamowite, jak przed obraz idzie kobieta z dzieckiem owiniętym kocykiem i przytulonym do piersi. Zapytałem, dlaczego to robią. Odpowiedziały: „To jest Matka Boża – ona urodziła i wychowała Jezusa. Przeżyła wszystko z Nim. Jako Matka pochowała swoje dziecko. I była Mu wierna do końca. Jako najlepsza Matka, pomoże nam wychować nasze dzieci. I dlatego przychodzimy zawierzyć Jej dzieci, żeby pomogła nam je wychować, bo Ona zrobi to najlepiej”.
Dla mnie to jest kwintesencja Guadalupe – jak wielkich rzeczy Matka Boża w nich dokonuje. Wobec modelu machismo tym wyraźniej widać, jaka jest siła wierności matki.

R. – Czy taki model nie jest wspierany przez rozdział Kościoła od państwa?

Br. – W Meksyku jest bardzo silny rozdział Kościoła od państwa. Nie można w ogóle mówić o nauczaniu religii w szkołach. Konstytucja jest antyklerykalna. Jeszcze przy pierwszej wizycie Jan Paweł II dostał symboliczny mandat, bo miał sutannę w miejscu publicznym. Teraz już jest trochę inaczej. Wolno nosić sutanny.

W naszej parafii, w sąsiedniej miejscowości, mieszka zaprzyjaźniona z nami, doña Mercedes, teściowa prezydenta Republiki, który nieraz ją odwiedza. Widać wtedy wzmożony ruch, helikoptery, wojsko itd. Doña Mercedes próbuje organizować różne zajęcia dla kobiet, żeby mogły zarabiać, np. naukę haftu i wiele innych. To piękne, że z jej strony jest takie zaangażowanie.

W stanie Mexico jest legalna aborcja, bo to tzw. kontrola przyrostu naturalnego. I ma to być bardzo chwalebne.
Niestety, człowieka traktujemy przedmiotowo. Komputer czy telewizor więcej znaczą niż ludzkie życie. Za dziecko trzeba wziąć odpowiedzialność. Jeżeli dziecko, to może nie będę mógł sobie pozwolić na pewne rzeczy, które chciałem zrealizować. Lepiej dziecko poświęcić.
Ważniejsze jest MIEĆ niż BYĆ – syndrom czasów. Ciągle powtarzam, że słowa Jana Pawła II: „Więcej być, aniżeli mieć” – trzeba rozważać w rachunku sumienia. Ciągle trzeba być dla ludzi.

R. – Jak w takiej sytuacji prowadzona jest katechizacja?

Br. – W naszej parafii edukacja religijna dziecka to półtora roku przygotowania do I Komunii Świętej. To niewiele, ale niestety, są parafie, gdzie trwa ono pół roku czy zaledwie 3 miesiące. Niejednokrotnie przychodzą młodzi ludzie, którzy chcą złożyć przysięgę, że nie będą pić alkoholu. Składają tzw. juramento, a potem mówię: to pomodlimy się jeszcze o pomoc Boga Ojca, żeby ci dał potrzebne łaski przez wstawiennictwo Matki Bożej. I mówię: „Zdrowaś Maryjo”, a on powtarza za mną „Zdrowaś Maryjo”. Ja: „łaski pełna”, on: „łaski pełna” i znowu cisza. Mówi: w końcu: „Padre, continua...” (Ojcze, kontynuuj) – bo nie zna modlitw.Niestety, ale dla pewnych osób nawet „Zdrowaś Maryjo” jest trudne – nie mówię już o prawdach wiary. Być może jest tak dlatego, że tak silny jest wpływ państwa na człowieka. Trzeba ciągle wychodzić do człowieka. Mimo tego rozdziału kościoły w Meksyku nie są puste. Chrześcijanie wiedzą, co jest ważne, a co najważniejsze. Pracy nam tu nie brakuje i choć nie wszystko daje się osiągnąć, warto jednak powalczyć. Myślę, że jak Pan Bóg pobłogosławi, to jeszcze dużo dobrych rzeczy w Meksyku dla Jego chwały uda się zrobić. Choćby to, że jest się z drugim człowiekiem. Nieraz tak wysokie cele sobie stawiamy, a wystarczy tylko kochać. A kochać znaczy BYĆ. Nie trzeba zbyt wiele mówić, ale wystarczy być, bo człowiek potrzebuje człowieka.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum, ks. Adam Golec, ks. Artur Karbowy SAC
 
SMS misje