|
Ty, odrzucony, jesteś mój |
|
|
Okaleczeni, samotni, ze szpecącymi ranami. Wyrzutki społeczeństwa. Budzący strach, niekiedy wstręt. Najbiedniejsi z biednych – trędowaci. To właśnie ich święto przypada na ostatnią niedzielę stycznia.
Ten dzień przypomina nam, że w tym cybernowoczesnym i hiperpostępowym świecie istnieją ludzie szczególnie potrzebujący pomocnej dłoni, że trąd – choroba zakaźna o wielowiekowej historii, mająca jak najgorsze konotacje – nadal istnieje.
Już w Starym Testamencie czytamy o trędowatym królu Ozjaszu, który aż do dnia swej śmierci, mieszkał w domu odosobnienia (2 Kr 26, 21).
Zgodnie z komunikatem Światowej Organizacji Zdrowia w 2008 roku odnotowano ok. 250 tys. nowych przypadków trądu. Dokładna liczba chorych nie jest znana, gdyż dane statystyczne obejmują wyłącznie te osoby, które zgłosiły się do placówek medycznych czy ośrodków misyjnych.
Szacunki WHO mówią o 3 milionach chorych na całym świecie, z czego aż 70 procent przypada na Indie.
Wielu Europejczyków, słysząc słowo „trąd”, z niedowierzaniem w oczach dopytuje: „Czy jeszcze istnieje?”.
Ta przewlekła choroba, wywołana przez prątki bakterii Mycobacterium leprae, atakuje nerwy obwodowe. W efekcie chory traci zdolność odczuwania bólu. Dochodzi do takich sytuacji, że trędowaty, oglądając...
... telewizję, nie czuje, że szczur odgryza mu palec u stopy. Albo podczas jazdy motocyklem, nagle czuć swąd i wtedy okazuje się, że to noga chorego zaczyna się palić od rozgrzanego silnika. Dochodzi też do oparzeń podczas przygotowywania posiłków.
Trąd atakuje skórę, pozostawiając odbarwienia, nacieki czy blizny.
Rozwojowi choroby sprzyja wiele czynników: brak edukacji medycznej połączony z uprzedzeniami, tropikalny klimat, brak dostępu do czystej wody pitnej, brak higieny, niedożywienie wynikające z biedy, a co za tym idzie – niska odporność organizmu.
Wbrew obiegowym opiniom na trąd się nie umiera. Jednak przekleństwem tej choroby jest to, że nieleczona prowadzi do gnicia i wielu powikłań: owrzodzeń, zniekształceń i utraty kończyn, okaleczeń powodujących dużą niesprawność.
Pacjentom podaje się leki. Powodzenie takiej kuracji w dużej mierze zależy jednak od tego, w jakim czasie od odkrycia pierwszych zmian na skórze rozpoczęło się leczenie, czy przyjmowanie medykamentów odbywa się regularnie i wystarczająco długo. W przypadku głębokich ran ważne jest ich codzienne oczyszczanie i zmiana opatrunków.
I tutaj właściwie kończy się medyczny aspekt pomocy osobom trędowatym, a zaczyna społeczny.
Trędowatych na całym świecie spotyka ten sam los. Wydalenie z domu, izolacja w getcie-kolonii lub prośba o jałmużnę na ulicy dużego miasta. Dla wielu oznacza to koniec życia.
„Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” (Mt 10, 8). Nic bowiem bardziej nie przygnębia i nie załamuje człowieka – i to każdego, czy to chorego, czy zdrowego – niż świadomość: „Jestem sam, najbliższa rodzina mnie nie chce, moje otoczenie mnie nie chce. Jestem niepotrzebny nikomu i niekochany”.
Tylko czy ktoś potrafi usłyszeć to cichuteńkie błaganie o uwagę i odrobinę miłości?
Na pewno Bóg, a wraz z Nim ci, którzy chcieli i chcą „darmo dawać”. Św. Damian de Veuster gorliwie pracował na rzecz trędowatych na wyspie Molokai. Bł. Jan Beyzym żył wśród trędowatych na Madagaskarze. Ks. Adam Wiśniewski wraz z Barbarą Birczyńską założyli Ośrodek Rehabilitacji Trędowatych w Indiach, w którym dziś pracują: polska lekarka dr Helena Pyz i hinduski pallotyn ks. Abraham Thylammand. O. Marian Żelazek – werbista – opiekował się kolonią dla trędowatych w Puri, a dr Wanda Błeńska stworzyła szpital dla trędowatych w Bulubie w Ugandzie.
Dzięki nim i wielu innym oraz rzeszy ich pomocników świat nie zapomina o trędowatych.
W odległości 8 tys. kilometrów od Polski, w centralnej części Indii istnieje zielona oaza na pustyni bezkresnych czerwonych pól. Ta „republika trędowatych”, jak ją niegdyś nazwała wspomniana już dr Helena, to Ośrodek Jeevodaya, znany czytelnikom „Horyzontów Misyjnych” m.in. z numeru 52 (3/10). Ponad 40 lat temu ks. Adam Wiśniewski – pallotyn, lekarz i misjonarz – wzorem Ojca Damiana de Veuster stworzył tam miejsce, w którym chorzy na trąd mieli odzyskiwać zdrowie i godność, gdzie mieli zacząć życie na nowo, stąd nazwa Jeevodaya – co w sanskrycie znaczy „świt życia”.
W jednym z wywiadów na temat tego miejsca dr Helena powiedziała: Założeniem księdza Adama – coś, co mnie najbardziej w idei Jeevodaya uwiodło – było to, że „Ty, odrzucony, jesteś mój. Ja dlatego przyjechałem, żeby być z Tobą”.
Zaczęło się od postawienia trzech namiotów wojskowych dla grupy dzieci chorych na trąd. Dziś Jeevodaya stanowi dom dla ponad 500 uczniów z rodzin dotkniętych trądem, a także dla wielu wyleczonych pacjentów i ich bliskich.
Dzięki temu Ośrodkowi dorośli trędowaci uniknęli żebraczej drogi, która zazwyczaj wiąże się z ostentacyjnym prezentowaniem swoich ran celem wzbudzenia litości i poruszenia sumień, a przede wszystkim kieszeni przechodniów.
A młodsi podopieczni, którzy przybywają na cały rok szkolny z kolonii dla trędowatych, dostają tam opiekę medyczną i zdobywają edukację. Ktoś nie znający indyjskich realiów, mógłby zapytać: „A czy dziecko nie może chodzić do szkoły, bez konieczności opuszczania swoich rodziców? Przecież często są to pięcio-, sześcioletnie maluchy...?”.
Odpowiedź jest związana ze skomplikowaną rzeczywistością. Po pierwsze, trędowaty rodzic, często też analfabeta, nie widzi potrzeby uczenia dziecka. Po drugie, „normalny” dyrektor szkoły publicznej nie przyjmie ucznia z rodziny dotkniętej trądem, bo gdyby wyraził swoją akceptację dla choroby, rodzice zdrowych uczniów mogliby zabrać swoje pociechy z tej placówki. Po trzecie, mieszkanie w małej izdebce wraz z pozostałymi członkami – zazwyczaj wielodzietnej – rodziny stwarza wysokie ryzyko zarażenia trądem.
Podczas swojej ponad dwudziestoletniej pracy w Indiach dr Helena Pyz napotkała wiele trudności, barier, blokad w swojej medycznej pracy. Zgłaszają się do niej chorzy w zaawansowanym stadium choroby, chociaż od dawna wiedzą i widzą, że z ich ciałem dzieje się coś niedobrego. Zwyczajnie boją się odrzucenia, nie chcą, by inni się dowiedzieli, gdyż wtedy jako „nieczyści” zostaliby wypędzeni z domu czy wioski.
Wielokrotnie spotkała się też z problemem dotyczącym wierzeń hinduistów, według których choroba jest „karmą” człowieka, którą należy godnie znosić, by zasłużyć na nowe, lepsze wcielenie w kolejnym życiu.
Bywa też, że chorzy zapominają o regularnym przyjmowaniu leków, przerywają kurację, gdy tylko stan ich zdrowia zaczyna się poprawiać czy też nie przychodzą na umówiony termin po odbiór kolejnej porcji leków. Zawsze znajdą jakiś wykręt, a to ślub w wiosce, a to praca na polu.
W tej sytuacji lekarka musi stosować różne rodzaje perswazji czy przymusu, np. żądając depozytu finansowego, który będzie zwrócony dopiero po zakończonej kuracji.
Chorzy często nie rozumieją, jak ważne jest leczenie – że to dla ich dobra, a taką mentalność trudno jest zmienić racjonalnymi argumentami.
Dr Helena wskazuje na wieloetapowość procesu rehabilitacji trędowatych.
Pierwszy stopień to pokazanie choremu, że jest pełnowartościowym człowiekiem, a nie wyrzutkiem społeczeństwa niemającym prawa do życia: „Nie boję się Ciebie, mogę z Tobą przebywać, jeść, pracować i modlić się. Przyjdź”.
Drugi stopień rehabilitacji to opieka medyczna, czyli kuracja farmakologiczna i obserwowanie reakcji organizmu na przyjmowane leki, także przemywanie ran, zmiana opatrunków, uczenie właściwych zachowań i ochrony miejsc, w których człowiek nie odczuwa bólu.
Trzeci, bardzo ważny etap, to pomoc choremu w przejściu z postawy biernej do aktywnej. „Jesteś użyteczny i potrzebny, też możesz tutaj pomóc”.
Samo dawanie ludziom potrzebującym pomocy rozleniwia, generuje postawy roszczeniowe, krzywdzi. Ale dawanie połączone ze współuczestnictwem trędowatego w tej społeczności ma sens. I tak na przykład w przychodni wraz z dr Heleną pracują wyleczeni, ale naznaczeni piętnem trądu paramedyk i „aptekarz”. Wyleczeni trędowaci pracują też w polu, w ogrodzie, przy rejestracji chorych. Opiekują się dziećmi, przesiewają ryż, uczą w tamtejszej szkole, przygotowują torebeczki na tabletki. Pracy nie brakuje.
Tak duży dom jak Jeevodaya wymaga dobrej organizacji i sporego nakładu energii wielu osób.
W jednym z wywiadów udzielonych Radiu Józef dr Helena Pyz opowiedziała historię swojej pacjentki zupełnie pozbawionej palców u rąk. Była w tak złej kondycji psychicznej, że zaczęła podkradać i zbierać środki uspokajające z przychodni, w której pracowała przy wydawaniu leków. Pojawiły się zapewne myśli o samobójstwie. I wtedy zdarzyło się coś, co zupełnie odmieniło jej los.
Dr Helena wiedziała, że kobieta skończyła osiem klas, potrafiła czytać i pisać, dlatego któregoś dnia zaproponowała jej pracę w szkole. Miała uczyć alfabetu w najmłodszych klasach. To było przeobrażenie tego człowieka. To był inny człowiek po tygodniu pracy w szkole. Dzieci mówiły do niej „Madame”, a ona zmieniła się tak, że dziś jest najelegantszą kobietą w Ośrodku. Nieco później poprosiła o chrzest.
To był początek jej nowego życia. Jeevodaya. Odzyskała godność, powróciła do życia, w pracownikach Ośrodka odnalazła Chrystusa.
W tym samym wywiadzie radiowym dr Helena Pyz przytacza historię innej kobiety z Jeevodaya: Mówię do niej: „Videashni, przynieś mi wody”. Ona poszła po tę wodę i wtedy pierwszy raz zobaczyłam jej uśmiech. Była szczęśliwa, że mogła mi usłużyć, bo ja byłam spragniona.
Agata Karpowicz
Sekretariat Misyjny Jeevodaya |
|