Strona główna arrow Nr 54 (1/2011) arrow Wdzięczny Nieskończonej Miłości...
Wdzięczny Nieskończonej Miłości... Drukuj Poleć znajomemu
Z sercem przepełnionym tą myślą, po dwudziestu latach pracy polskich pallotynów na ziemi koreańskiej (w tym moich dwóch), rozpocząłem planowanie kolejnej pielgrzymki – rekolekcji do Polski i Włoch. Nie widziałem innej formy wyrażenia wdzięczności jak udanie się do samego serca Pallotyńskiej Rodziny – do Rzymu – do Świętego Wincentego Pallottiego.

Uważałem, że jedynie w ten sposób, odwiedzając po drodze wszystkie miejsca formacji polskich pallotynów (także tych pracujących w Korei Południowej), nasza młodzież będzie mogła w jakiejś części doświadczyć tego, czym chcieli, chcą i będą jeszcze się dzielić z nimi pallotyni. Teraz już jestem pewien, że doświadczenie polskiej wiary, otwartości, gościnności (niezależnie od warunków materialnych i miejsca zamieszkania) zostanie w nas wszystkich żywą pamiątką i praktyczną lekcją Miłosierdzia Bożego.

Przypomnę krótko, że Pallotyńska Grupa Młodzieżowa UPAL powstała 31 maja 2009 r. Wtedy odbyło się pierwsze spotkanie organizacyjne, a zarazem powstał plan wzięcia udziału w Pallotyńskim Forum Młodzieży w Rzymie 2009. Wyjechała czternastoosobowa grupa, która oprócz uczestnictwa w Forum zwiedziła Asyż i kilka zakątków Rzymu, na które podczas Forum nie starczyłoby czasu. To właśnie podczas tego międzynarodowego spotkania nawiązywały się pierwsze mocne przyjaźnie z polską młodzieżą. Rozmowom na forach internetowych, w mailach i innego rodzaju komunikatorach do dnia dzisiejszego nie ma końca.
Wtedy właśnie koreańska młodzież jeszcze bardziej zapałała ciekawością: jak wygląda Polska… i usilnie zaczęła prosić mnie o możliwość zorganizowania wyjazdu do Polski.

Wiedząc, że dla wielu z nich...
... nie będzie to łatwe (szczególnie pod względem finansowym – większość z uczestników naszej Grupy UPAL to rodzeństwa), dość wcześnie ogłosiłem wstępny program z szacunkowymi kosztami. Ustaliłem też warunki, z których najcięższym pewnie było regularne uczestnictwo w spotkaniach formacyjnych do czasu wyjazdu. Nigdy nie przypuszczałem, że gdy na początku roku 2010 zapytam: ile osób chciałoby pojechać na trzytygodniową pielgrzymkę do Polski i Włoch? – to zgłosi się aż tyle osób.
Przed zadaniem pytania koszty obliczałem na dziewięcioosobowego busa, a tu niespodziewanie zgłosiło się trzynaście osób. Rozpocząłem dość nerwowe poszukiwania kolejnego samochodu – nie mając jeszcze pierwszego na sto procent zapewnionego. Na szczęście był to początek roku. Ceny biletów lotniczych wzrastały z dnia na dzień, trzeba było się szybko decydować i rezerwować. Z tygodnia na tydzień niektóre osoby, widząc zbliżający się termin kupna biletów, musiały rezygnować. Pozostała grupa dziesięciu osób… W dziewięcioosobowego busa, którego mógłbym prowadzić, nie zmieścimy się, do większego busa – potrzebny kierowca (wzrost kosztów!), dwa samochody chyba będą nieuniknione – myślałem. Ostatecznie bus był 18-osobowy.
Dołączyły do nas 2 osoby z Polski i kierowca. Pozostałe miejsca wypełniały nasze bagaże.

Zacząłem zajmować się trasą i miejscami na nocleg. Do dnia dzisiejszego, podczas naszych Mszy Świętych, Bogu dziękujemy za całą Pallotyńską Rodzinę, która przyjęła nas z sercem na dłoni. Gdziekolwiek zadzwoniliśmy i prosiliśmy o umożliwienie noclegu naszej grupie, tam spotkaliśmy się z życzliwym przyjęciem – nie tylko otwartym domem i czystymi pokojami, ale wspaniałą polską, wiedeńską czy włoską kuchnią. Każdego dnia moment przekraczania murów kolejnego pallotyńskiego domu czynił mnie bardziej dumnym z przynależności do Pallotyńskiej Rodziny.

Od samego początku wiedziałem, że nie będzie łatwo z finansami. Z rozesłanych drogą pocztową i mailową dziesiątków listów, szczególnie do firm koreańsko-polskich, nie otrzymaliśmy żadnej odpowiedzi. Trochę załamany, zacząłem rozsyłać listy proszące o darmowe wstępy do muzeów. I w tym miejscu chciałbym podziękować za gościnność i otwarte drzwi: Zamku Królewskiego w Warszawie, Kopalni Soli w Wieliczce i Muzeum w Auschwitz.
Te miejsca umożliwiły naszej młodzieży umiejscowienie polskiej religijności w określonym kontekście dziejów. Nie wyobrażałem sobie, byśmy naszej pielgrzymki nie mieli zacząć od serca obu polskich prowincji – Ołtarzewskiego Seminarium. Tam też spędziliśmy pierwsze dwie noce. Zwiedzaliśmy Zamek Królewski i Muzeum Powstania Warszawskiego oraz modliliśmy się pod Krzyżem smoleńskim za ofiary zbrodni.

Ze stolicy administracyjnej udaliśmy się do duchowej – Częstochowy. Podczas Mszy Świętej mogliśmy patrzeć prosto w oczy Tej, która roztacza opiekę nad wszystkimi Polakami, gdziekolwiek są – bo jest naszą Królową, niezależnie gdzie mieszkamy. U stóp Jasnej Góry w Dolinie Miłosierdzia kolacją podjął nas ówczesny Sekretarz ds. Misji, a obecny Ksiądz Wicegenerał.
Następnego dnia, wczesnym rankiem, udaliśmy się, zwiedzając po drodze Auschwitz i papieskie Wadowice (w których nie zabrakło kremówek) do Jaroszowic – małej wioski pod Wadowicami z Księdzem Proboszczem o Wielkim Sercu.
Zmieniając totalnie położenie geograficzne ze wschodu na zachód – udaliśmy się do pierwszego domu formacyjnego dla pallotynów, także dla nas, pracujących obecnie w Korei (w kolejności formacji po postulacie) – Ząbkowic Śląskich, gdzie, jak to określiliśmy po przyjeździe z Rzymu, czuliśmy się jak w domu.

Kolejne trzy dni to szlak prawdziwie pielgrzymi. Uczestniczyliśmy w Pieszej Pielgrzymce Diecezji Świdnickiej na Jasną Górę. Oczywiście pielgrzymując pod przewodnictwem Księży Pallotynów w Grupie nr 6 – Zielono-Czarnej z samego Wałbrzycha. Czasu nie mieliśmy wiele, bo już za kilka dni rozpoczynało się Forum w Rzymie, dlatego z żalem żegnając się, trzeciego dni wieczorem opuściliśmy pielgrzymkę i po kolejnym noclegu w Ząbkowicach Śląskich udaliśmy się do Wieliczki, by podziwiać podziemne miasto z soli. Nocowaliśmy tego dnia w kolejnym domu nowicjatu – najstarszym domu Pallotynów Prowincji Chrystusa Króla – na Kopcu w Wadowicach. Tam również gościnności nie było końca.

Opuszczając Polskę przez Zakopane zwiedziliśmy Królewski Kraków – kulturalną stolicę Polski oraz serce naszego koreańskiego duszpasterstwa, które dla osób modlących się w naszych Miłosiernych Kaplicach bije w łagiewnickim sanktuarium. Tam też, o godzinie piętnastej, dziękowaliśmy Jezusowi Miłosiernemu za wszystkich ofiarodawców i dobroczyńców, za Księży Rektorów i Proboszczów, którzy mieli dla nas drzwi i serca zawsze otwarte.
Nasza wdzięczność Jezusowi o tyle była większa, że właśnie dzięki orędziu Miłosierdzia Bożego nasza koreańska młodzież, ich rodzice, znaleźli drogi do pallotyńskich domów w Korei Południowej. To w naszych dwóch domach poznają wartość modlitwy Koronki do Bożego Miłosierdzia, przesłanie obrazu Jezusa Miłosiernego, znaczenie Święta Miłosierdzia Bożego, treść „Dzienniczka” św. siostry Faustyny i szczególną cześć dla Godziny Miłosierdzia.

Jeszcze tego samego dnia, w strugach deszczu, dojechaliśmy do serca polskich gór. Nocleg w typowo zakopiańskim domu u zawsze uśmiechniętej, pokornej i gościnnej pani Teresy wynagrodził nam pogodę, która nie pozwoliła zobaczyć nawet masywu Giewontu. Obiecałem grupie, że tą niepowetowaną stratę będę musiał w przyszłości wynagrodzić przyjazdem na tydzień w polskie Tatry (nie byli zachwyceni – koreańska młodzież nie jest przyzwyczajona do wysiłku fizycznego, za to o wiele bardziej od polskiej młodzieży zahartowana w wysiłku edukacyjnym).
Ten pochmurny poranek zaczęliśmy od przywitania z Matką Bożą Fatimską w Jej Sanktuarium na Krzeptówkach i Mszą Świętą dziękczynną za szczęśliwy pierwszy etap naszej dwudziestoczterodniowej pielgrzymki. Nie mogło zabraknąć góralskiego jadła i zakupów na Krupówkach – to jedyna opcja na deszczowy i pochmurny dzień w Zakopanym (która mi przyszła do głowy).

Kolejnego poranka wyruszyliśmy do Wiednia, gdzie podjęci kolacją przez gościnnego Księdza Proboszcza – pallotyna niemiecko-austriackiej prowincji – mieliśmy jeszcze czas na krótki spacer po Wiedniu i rzut oka z Kahlenbergu na Wiedeń by night.

Kolejny nocleg w drodze na Forum wypadł w Wenecji – postój obiadowy u gościnnego Księdza Proboszcza w Arezzo (mojego kolegi kursowego) i wieczorna kolacja, już typowa dla Pallotyńskiego Forum Młodzieży – w towarzystwie czekającego na nas, zawsze uśmiechniętego ówczesnego Księdza Wicegenerała Zenona Hanasa SAC.

Myślę, że czas Forum każdemu z nas dostarczył i trochę nowej wiedzy o Rzymie, i trochę nowych kontaktów, i nowych znajomości. Na pewno umocnił więzi zawarte w poprzednich latach i na nowo rozpalił chęć poznawania Polski. Momentem kluczowym całej naszej pielgrzymki było spotkanie ze Świętym Wincentym Pallottim i dziękczynienie Mu za obecność polskich pallotynów w Korei Południowej. Uwieńczyliśmy to pamiątkowym, grupowym zdjęciem i kilkugodzinnym pobytem w kaplicy, mieszkaniu i domu, w którym żył, pracował i tworzył struktury Zjednoczenia Apostolstwa Katolickiego.

To spotkanie zaowocowało nowymi planami i pomysłami – ale o nich może w następnym artykule…

Droga powrotna do Polski była równie ekscytująca jak poprzednia do Rzymu. Odwiedziliśmy wcześniej wspomnianego Księdza Proboszcza w Arezzo – podjął nas kolacją i użyczył skrawka podłogi na nocleg; nawiązaliśmy nowe znajomości w Bad Tölz – pięknie położonej bawarskiej miejscowości z gościnnym Księdzem Proboszczem (załapaliśmy się nawet na odpustową Mszę Świętą – co następnego dnia pokazało swoje drugie oblicze – w czasie świąt religijnych w Bawarii wszystkie stacje benzynowe są pozamykane… – ma to plusy i minusy).

Odwiedziliśmy też Ojców Karmelitów w Pradze, a w Godzinie Miłosierdzia podczas Mszy Świętej przy Figurce Dzieciątka Jezus (bardzo znanej w Korei) modliliśmy się za matki w stanie błogosławionym. Przeszliśmy Mostem Karola, podziwialiśmy witraże praskiej katedry i Hradczany.

Na ostatni moment zajechaliśmy do gościnnych Ząbkowic Śląskich – gdzie jak już wspomniałem padły pamiętne słowa: Nareszcie w domu! Bo tak tam naprawdę się czuliśmy.

Kłaniając się Matce Bożej Częstochowskiej, podsumowaliśmy naszą rekolekcyjną pielgrzymkę u stóp Jezusa Miłosiernego w Pallotyńskiej Dolinie Miłosierdzia. Nie mogliśmy w Częstochowie bawić długo, zaglądnęliśmy tylko do Przyjaciół z Kristarex-u, by nie wracać do Korei z pustymi rękoma i zaraz potem, w strugach deszczu, ruszyliśmy na pięciogwiazdkową kolację do Domu Misyjnego w Warszawie. Zastępca Księdza Rektora przeszedł samego siebie, nie tylko kolacją, ale i wspaniałym śniadaniem pieczołowicie przygotowywanym pewnie całą noc.
Po porannej Mszy Świętej (o 5.00) musieliśmy się żegnać i wyruszać przez zatłoczoną Warszawę na lotnisko, gdzie szczęśliwie nadałem do Korei całą grupę, tak jak ją otrzymałem. Myślę jednak, że zupełnie inna młodzież przyjechała i inna odjechała. Stali się bogatsi o taką wiedzę, której nigdzie w podręcznikach czy na filmach nie poznają. I o to właśnie chodziło.

Bogu i Wam, Kochani Czytelnicy, za modlitwy i ofiary na rzecz tego, co tu w Korei możemy robić, składam ogromne Dziękczynienie. Przepełniony wdzięcznością dla Nieskończonej Miłości Boga, nie zatrzymuję się nad tym, co Pan Bóg dokonuje w nas i w tych, którym posługujemy, ale biegnę i patrzę do przodu – odczytując, co Bóg chce przeze mnie zrobić w kolejnym roku…

Ks. Jarek Kamieński SAC
Zdjęcia Autora