Strona główna arrow Rok 2004 arrow Nr 28 (3/2004) arrow Czuć się potrzebnym
Czuć się potrzebnym Drukuj Poleć znajomemu

Od siedmiu lat pracuję w Wenezueli, w tym od pięciu w diecezji Ciudad Guajana, w mieście Upata, w parafii św. Antoniego z Padwy (2 lata pracowałem niedaleko Caracas). Parafia ta została założona ok. 1762 r. przez kapucynów. Wtedy też powstało miasto.

Kapucyni bardzo pozytywnie zapisali się w pamięci wiernych: pomagali ludziom, uczyli ich np. uprawy roli i hodowli bydła. Byli tu do lat 40 ubiegłego wieku, do czasu, gdy postanowili przejść dalej na południowy wschód, by zastąpić franciszkanów, których liczba znacznie zmalała i zająć się pracą wśród Indian.
Nasza parafia liczy ok. 120 tys. osób w mieście i 26 okolicznych wioskach. To bardzo duża liczba, ale z tego praktykuje zaledwie ok. 1% (tzn. w niedzielę do kościoła przychodzi 800 - 900 osób). Podobnie jest w całej Wenezueli - na 95% ochrzczonych praktykuje zaledwie ok. 1%. Notuje się stale odejścia od Kościoła katolickiego do sekt i odłamów protestanckich oraz świadków Jehowy i mormonów. To bardzo nas boli i choć staramy się bardzo, jednak ciągle...

...czujemy niedosyt i wiemy, że jest jeszcze bardzo dużo do zrobienia. Staramy się, by w każdej dzielnicy (nawet jeśli nie ma tam kaplicy) było miejsce modlitwy.

Głównym elementem naszej pracy jest organizacja katechezy. Do niedawna była to tylko katecheza, przygotowująca do I Komunii św., do bierzmowania. Obecny program ma obejmować 8 lat, ale na to brak ludzi i środków - robimy ile możemy.

Sytuacja społeczno - polityczna w Wenezueli jest bardzo trudna. Prezydent w swoich działaniach jest nieobliczalny, depcze prawa ludzi; działania rządu przypominają totalitaryzm komunistyczny. 80% ludzi nie ma pracy. Mówi się, że 80% społeczeństwa to ludzie biedni. Niesamowicie rozwija się świat przestępczy. Prawa człowieka narusza też policja. Są powołane specjalne oddziały, które robią czystki. Opowiadała mi pewna kobieta, iż policja zastrzeliła mężczyznę na ulicy, chociaż głośno prosił o litość. Matka młodego chłopaka opowiadała, iż jej syn wsiadł do taksówki, którą niedawno skradli i prowadzili dwaj chłopcy. Na widok patrolu policyjnego uciekli, a chłopaka, pomimo iż wysiadł z podniesionymi rękami i głośno krzycząc, że nie ma nic wspólnego z uciekającymi, że jest tylko przypadkowym pasażerem, zastrzelono. Życie ludzkie nie jest szanowane.

Realia zmuszają, by przestrzegać pewnych reguł, np. respektować godziny i omijać pewne miejsca, żeby nie narażać życia swojego i innych. Jesteśmy zadowoleni, że jak na razie możemy wyjeżdżać z młodzieżą. Zdesperowani ludzie docierają do nas, prosząc o pomoc, ale często niewiele poza osobistą rozmową możemy zaoferować. Taki osobisty kontakt, czas poświęcony drugiemu człowiekowi jest w tej kulturze bardzo ważnym elementem. Od Wenzuelczyków można się uczyć delikatności w stosunku do drugiego człowieka.

Nasze zadanie to przede wszystkim opieka pastoralna. Mamy nauczać i pomagać w różnych sytuacjach. W przekazywaniu Ewangelii dla tych ludzi trzeba dużo cierpliwości, dużo taktu, żeby ich pozyskać, żeby zewangelizować ich serca, a potem ewangelizować ich życie. Całe powodzenie misji to umieć się zatrzymać dla drugiego człowieka, dobrze czuć się z ludźmi wśród których się jest, żeby oni z nami się dobrze czuli, żeby umieć zatrzymać się nad teraźniejszością.

Mój współbrat ma pod opieką wioski czyli codziennie ma kontakt z najuboższą ludnością. Ja z kolei jestem w mieście, gdzie jest duży przepływ ludzi. Często przychodzą ze swoimi problemami; jesteśmy bardzo poszukiwani, gdy ktoś ma kłopoty – do każdego trzeba podejść ze świeżością i cierpliwością. Większość problemów wiąże się z rodziną. Nasze życie dokonuje się w rodzinie, a rodzina wenezuelska często jest rozbita – cierpią dzieci, cierpią osoby pozostawione. Mało notuje się związków cywilnych, jeszcze mniej sakramentalnych. Jeżeli nie ma dobrego wychowania w rodzinie, sprawy duchowe są odkładane – następuje zanik poczucia grzechu. To się z kolei zazębia ze sprawami, wynikającymi z dawnych wierzeń, ciągle jeszcze silnych (szamani, czy jak się tam mówi brucho – czarodziej; w jęz. hiszpańskim nie znane jest potocznie pojęcie dobrej wróżki; jeśli wróżka to jest to magia) i np. jeśli ktoś się źle czuje idzie do brucho i dopiero jak ten nie pomaga szuka się księdza.

Zachowało się wiele dawnych zwyczajów, także „zmodyfikowanych chrześcijańskich”, np. polewanie wodą. Brakowało księży i robiono tzw. warunkowy chrzest z wody, który wszedł w zwyczaj. Dziecko po urodzeniu polewa się wodą nie w celu ochrzczenia, ale obrzędowo, rodzinnie. Chrzest odkłada się na 2, 4, 5, 10 lat, a czasami w nieskończoność. To jest bardzo powszechne. Częste są choroby psychiczne, depresje, ale też zdarzają się wstąpienia złego ducha czy demona, co ma związek z zabobonami i praktykami magicznymi, tym bardziej, że u nas są pokazywane w telewizji i ciągle jest „moda” na nie. Wierzenia, rodem z Afryki, są ciągle kultywowane. W każdym miasteczku jest wiele sklepików z olejkami, zapachami i z różnymi specyfikami o magicznych właściwościach, np. jak zachować przy sobie mężczyznę. To oczywiście oszustwo i wiedzą o tym sprzedający, którzy czasami podrabiają specyfik. A jest też prawdą, że i księża stają wobec problemu – kupić w takim sklepie np. węgielki do kadzidła czy sprowadzić z kraju.
Przez 6 lat pracy w Wenezueli wiele się nauczyłem, wiele zrozumiałem. Istotne jest to, czego się wspólnie nawzajem uczymy.

Jest niewiele miejsc, gdzie jeszcze nie dotarła Ewangelia, ale pozostaje jej umocnienie, sprawienie, by stała się zrozumiała i by przekładała się na życie. Tu spełnia się moje pragnienie – czuć się potrzebnym, by realizować swoje kapłaństwo.

Ks. Tadeusz Popiołek SAC, misjonarz w Wenezueli
Zdjęcia: archiwum