Strona główna arrow Rok 2004 arrow Nr 28 (3/2004) arrow Rozmowa z ks. Jarosławem Kaczmarkiem SAC
Rozmowa z ks. Jarosławem Kaczmarkiem SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Na początek pytanie tradycyjne – dlaczego Ksiądz został misjonarzem? I dlaczego w Brazylii?
K. –
Jako mały chłopiec interesowałem się bardzo świętymi. Mama czytała mi ciekawe książki przed snem – między innymi o misjonarzach. Wyobrażałem sobie, że ja jestem tym misjonarzem. Później, po szkole średniej, wiedziałem, że wybiorę drogę powołania kapłańskiego i misyjnego. W seminarium od początku mówiłem, że wybrałem pallotynów, bo chcę jechać na misje. Kiedy przed święceniami diakonatu ponownie pytano nas gdzie chcielibyśmy pracować – wiedziałem, że chcę być misjonarzem, ale gdzie? Z różnych spotkań starałem się dowiedzieć jak najwięcej. W tym czasie chciano rozbudować misję w Afryce. Nawet ks. Urbaniak, misjonarz, który jest dla mnie wspaniałym przykładem, namawiał mnie na wyjazd tam.
W czytelni, w biuletynie pallotyńskim, znalazłem krótką wzmiankę o dwóch księżach, którzy wyjechali do Brazylii i po 3 miesiącach zginęli. Wtedy pomyślałem, żeby jechać do Brazylii. Z tego co słyszałem od misjonarzy podobał mi się też charakter pracy w Brazylii – blisko ludzi. I już trzymałem się tej Brazylii.
Po pewnych przygotowaniach pojechaliśmy...

...na kurs językowy do Belgii. A potem statkiem do Brazylii – rejs trwał 2 miesiące. W Brazylii przywitał nas strajk w porcie. Wychodziliśmy z marynarzami. Poznaliśmy ciemne zaułki Rio, „zaułki życia” brazylijskiego. Dzisiaj, jako misjonarz, nie odważyłbym się tam przebywać.
Nasi przełożeni skierowali nas na początek do pracy w interiorze – praca tam jest bardziej tradycyjna – żebyśmy mogli się przyzwyczaić do nowych warunków i nauczyć dobrze języka. Pojechaliśmy do Itaperuny. Bardzo nam się praca tam spodobała. Jeździłem do wiosek, nawet koniem dojeżdżałem. W jednej z odległych wiosek przeżyłem sytuację, której nigdy nie zapomnę, a w której jako ksiądz czułem się ogromnie zawstydzony – kiedy przyjechałem, młokos w kapłaństwie, dziadek rzucił się do moich stóp i zaczął je całować. To mnie mocno zmobilizowało.

Wkrótce po moim przyjeździe proboszcz wyjechał na wakacje. Nie znałem dobrze języka, ale oddawałem się obowiązkom „ciałem i duszą”. Niestety, nie zważałem na przestrogi, zaniedbałem odżywiania – organizm osłabł i dostałem zapalenia opon mózgowych. Pierwsze Boże Narodzenie spędziłem w szpitalu.
W nauce języka pomagała mi młodzież, a także nauczycielka. Przez 3 miesiące nawiązała się wspaniała przyjaźń, więź, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że wybrałem właściwy kraj. Pokochałem swoje powołanie, pokochałem Brazylię. Daję to, co mogę z siebie najlepszego ofiarować.

R. – Jaka placówka była po Itaperunie?
K. –
Przeszedłem przez 3 placówki, poznałem 3 różne środowiska. Po Itaperunie było Itaipu (Niteroi). Tam też były kaplice dojazdowe, ale ludzie bogatsi. Przy wielu kaplicach były zespoły muzyczne i pomyślałem, że byłoby dobrze zrobić jakiś konkurs, spotkanie, żeby zebrać wszystkich, nie dla nagród, ale żebyśmy mogli wzajemnie się ubogacić. Zorganizowaliśmy I Festiwal Pallotyński. Do dzisiaj pamiętam Mszę św., na której grało 20 gitarzystów. Pamiętam też pierwsze przedstawienia, autentyczne świadectwa wiary. Odkryłem, że moje zamiłowania teatralne, radość i śmiech tu wspaniale pomagają (w Polsce oczekuje się, żeby ksiądz był poważniejszy, smutniejszy...). A dla Brazylijczyków śmiech, radość to świadectwo jak bardzo się kocha Pana Boga, jak niewiele potrzeba, by czuć radość z kapłaństwa. To jeszcze bardziej utwierdziło mnie w słuszności wyboru.

Podobne wrażenia miałem w następnej parafii – Cachoeiras de Macacu. Stamtąd zostałem przeniesiony do Rio de Janeiro, do parafii św. Elżbiety, gdzie w dalszym ciągu jestem proboszczem.

R. – Miał Ksiądz zapewne wiele ciekawych przeżyć.
K. –
Rzeczywiście, było ich wiele. W Brazylii, w pierwszym tygodniu sierpnia, obchodzi się dzień księdza. Kiedy pracowałem w Itaipu i w Cachoeiras de Macacu w dniu księdza miałem spotkanie z bandytami. W Itaipu grupa ludzi napadła na pewną rodzinę i pozabijali ich. Jednego z nich nie złapano i akurat w dniu księdza przyszedł do mnie, bo chciał porozmawiać. Wyspowiadałem go i dałem na pamiątkę krzyżyk i Pismo św. Widziałem kilka dni później jak się modlił.

W Cachoeiras de Macacu wraz z grupą ludzi odwiedzałem więźniów. „Organizowaliśmy” jedzenie, jakieś rzeczy i szliśmy do więzienia. Policjanci pozwalali na to. Po 2-3 miesiącach więźniowie zaczęli szukać rozmowy ze mną, zaczęli się spowiadać. To było dla mnie coś wielkiego.

Kiedy przyjechałem do Rio pierwszego dnia przed kościołem zobaczyłem zabitego człowieka. Nie usposobiło mnie to zbyt optymistycznie. Byłem sam w ogromnym budynku, przerażony. W godzinach popołudniowych (kiedy często ograbiają kościoły) ktoś przyszedł. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem bandytę z bronią – był to jeden z więźniów, których odwiedzałem w Cachoeiras. Wykrzyknąłem: „A co ty tu robisz?” Nie wiedział, co ma powiedzieć, taki był zawstydzony.
Od tego czasu nikt nie napadał na ten kościół, nikt nie ukradł mojego samochodu.

R. – A jak ułożyła się współpraca z parafianami w Rio?
K. –
Wspaniale. Brazylijczycy, jeśli mają zaufanie do Księdza przychodzą na rozmowę, szczególnie w trudnych czy ważnych momentach. Na te rozmowy zarezerwowałem sobie 3 godziny dziennie. Mamy 43 grupy parafialne.
Musieli się jednak przekonać jakim księdzem, jakim człowiekiem jestem. Zawsze interesowałem się i próbowałem pomóc (i dalej to robię) ludźmi w potrzebie. W pierwsze piątki miesiąca odwiedzam chorych. Przez 3 miesiące prawie codziennie odwiedzałem człowieka, który nie mógł chodzić – został postrzelony przez bandytów. Mieszkał naprzeciwko kościoła, ale wiary nie miał. To się zmienia. Także chodzić zaczął. A serca parafian zdobyłem przychylnością, opieką nad biedakami (przynajmniej tak mówią). Mamy grupę pomocy tym ludziom. Nie pomagamy cwaniakom.

Była w parafii kobieta, którą narzeczony porzucił w dniu ślubu. Wtedy zwariowała. Czasami chodziła w sukni ślubnej. Ludzie pomagali jej, ale ona zawsze przychodziła do kościoła. Po kilku miesiącach obserwowania mnie zaczęła rozmawiać. Kiedy zmarła, choć była bardzo uboga, wyprawiłem jej wspaniały pogrzeb: parafia załatwiła trumnę i wszystkie rzeczy, a ja odprawiłem bardzo uroczystą Mszę św. i ceremonię.
Z całej dzielnicy wiele osób, które nie pojawiały się w kościele od tego momentu zaczęło przychodzić – mówili, że ten gest wobec żebraczki ich przekonał.

Zawsze starałem się, żeby przy większych uroczystościach, jak Boże Narodzenie czy Pascha, pamiętać o innych ludziach. W naszej dzielnicy nie ma faveli, ale jest wiele osób biednych i co roku ich liczba się powiększa. Mobilizujemy wszystkich parafian, większe szkoły, wszystkich, którzy mają czas czy pieniądze, żeby pomagali; żebyśmy starali się wspólnie przez naszą pracę dawać rzeczy najlepsze, nie to co stare, co zbywa. To się spodobało
Staramy się pomagać jak najwięcej. Niejednokrotnie wskazuję na jakąś osobę, np. dla samotnej, 90-letniej Portugalki załatwiliśmy i opłaciliśmy miejsce w domu starców. Stałą pomocą jest objętych ok. 200 rodzin. Mamy też konkretne prace na rzecz rodzin biedniejszych, żeby dzielić się z nimi tym, co najlepsze. Do dzisiaj piekarze, których patronką jest św. Elżbieta, a których w naszej dzielnicy jest sporo, dają chleb dla biednych.

Ta pomoc owocuje – pewna kobieta, której pomagaliśmy znalazła pracę. I teraz ona stara się w miarę swoich możliwości wspomagać innych.
Otworzyliśmy przy parafii gabinet medyczny i dentystyczny. Nasi parafianie pracują, żeby zarobić pieniądze na materiał, a doktorzy i pielęgniarki pracują za darmo (12 lekarzy, 4 dentystów). Leczenie jest bezpłatne. Korzystają także ludzie z innych religii. Może przy okazji warto zwrócić uwagę, że w obecnych czasach sporo ludzi przechodzi do kościoła katolickiego.
Dla Brazylijczyka bardzo ważny jest kontakt osobisty – jest uczuciowy i wrażliwy. Jeżeli okaże mu się zainteresowanie, wysłucha to może nawet nawrócić się, ale to droga trudna, wymagająca odpowiedzialności. Trzeba uważać, by nie była to krótka chwila, ale przyjaźń, która doprowadzi do Boga.

R. – Parafia św. Elżbiety jest nie tylko bardzo aktywna, ale i ma swoją specyfikę – szerokie wykorzystanie elementów teatralnych i tańca.
K. –
Zauważyłem, że Brazylijczycy są dobrymi aktorami – mają łatwość śpiewania, przedstawiania, są autentyczni w swoich przeżyciach. Ja tylko to wykorzystałem. Tym chętniej, że mam zdolności teatralne i lubię teatr. Wymyślam różne przedstawienia, inscenizacje, bo widzę, że przez to można zdobyć wielu ludzi spośród tych, co nie chodzą do kościoła. Zainteresować ich, przyciągnąć – a potem trzeba ich „tylko” zatrzymać. Przedstawienia pomagają zatrzymać młodzież. Poprzez angażowanie dzieci w różne przedsięwzięcia zdobywamy nie tylko je, ale i rodziców. Duża w tym zasługa katechetek.
Mamy sporo nawróceń. Te sztuki teatralne to także dobry sposób na zatrzymanie młodzieży w Kościele.
Kiedyś Brazylia była krajem młodzieży, niedługo będzie krajem ludzi podeszłego wieku. Dlatego zorganizowaliśmy zajęcia dla osób starszych, samotnych (patrz „Horyzonty Misyjne” nr 24). Spotykają się, wspólnie się modlą do Miłosierdzia Bożego, mają zajęcia ruchowe, robótki. Swymi występami podbili serca wszystkich. Biskup, widząc ich, nakazał, żeby w każdej parafii były grupy „wieku jesieni”.

R. – Co, według Księdza, najbardziej różni Brazylijczyków od Polaków?
K. –
Przede wszystkim Msza św. W Brazylii nie można patrzeć na zegarek. Gdyby pozwolić, Msza trwałaby bardzo, bardzo długo. Dużo śpiewają, radośniej uczestniczą i w większym stopniu. Wykorzystywane są symbole, których znaczenie zawsze jest tłumaczone. Niedzielna Msza św. to radośnie przeżyte spotkanie. My, księża europejscy musimy znosić ich spontaniczność, nawet hałas, ale w momentach, kiedy istotna jest cisza, potrafią się uciszyć. Wspaniałe jest to, że chwilę po komunii św. przeżywają w kompletnej ciszy. Większy jest też udział ludzi świeckich.
W Polsce Mszę św. odprawiam jakby umarłym na polu bitwy.

R. – No cóż, my naszej radości nie wyrażamy tak ekspresyjnie. Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: ks. Artur Karbowy SAC