Święto w Mandi 2010 Drukuj Poleć znajomemu
Mandi to jedno z 3 centrów naszej parafii w Wewak. Cały region ma nazwę MASOMA - od pierwszych liter wiosek, które do niego przynależą: Mandi, Sawarin i Maur. Na tym terenie, w Brandii, jest też szkoła średnia i stacja pomp zaopatrująca miasto Wewak w wodę pitną.

W Mandi znajduje się kościół pod wezwaniem św. Jana Chrzciciela, natomiast w Sawarin i w Brandi, przy stacji pomp są kaplice. Ludzie z regionu schodzą się co niedziela na nabożeństwo albo na Mszę św.

Każdego roku, w niedzielę ok. 24 czerwca, obchodzimy w Mandi święto patronalne. Przychodzą wtedy ludzie z wyżej wymienionych miejscowości oraz uczniowie i nauczyciele ze szkoły średniej, oczywiście katoliccy, bo trzeba pamiętać, że Papua jest krajem wielowyznaniowym.

Tegoroczne święto pragnąłem przeprowadzić inaczej. Chciałem ludzi do niego trochę przygotować przez krótkie rekolekcje. Zaczęliśmy w czwartek pokazem filmu „Szata”, na który przyszły tłumy, choć początkowo nie zapowiadało się dobrze, bo jak przyjechałem prawie nic nie było przygotowane: ani agregatu prądotwórczego, ani przedłużaczy, aby doprowadzić prąd od jednego z mieszkańców, który miał agregat, potem wysiadł mój odtwarzacz DVD. Lecz wtedy ktoś przyniósł swój odtwarzacz, ktoś inny głośnik, który mogliśmy podłączyć do odtwarzacza, aby nie oglądać niemego filmu i w ten sposób projekcja się udała, aczkolwiek z powodu przestojów skończyła się stosunkowo późno. Na szczęście 10 kilometrowa droga Mandi - Boram, nie jest zła, toteż przed północą byłem już w łóżku.

Następnego wieczoru była adoracja....

... Najświętszego Sakramentu, na której już tłumów nie było, ale też nie było źle, bo większość ławek była zajęta. W Słowie Bożym, które wygłosiłem, ukazałem św. Jana jako tego, który przygotowuje drogę Chrystusowi do naszych serc. Ukazałem też wszystkie miejscowe „doliny i pagórki”, które czynią drogę dla Chrystusa nieprzejezdną. Są to: ciągła obecność dawnych praktyk magicznych, odpłacanie złem za zło, brak wybaczenia win, praktykowanie tzw. „sangumy” czyli magii w celu niszczenia i zabijania innych, sprowadzania na nich chorób i nieszczęść przez podawanie trucizn, ale także i odtrutek, jeśli wszystkie animozje załatwiono wypłacając odpowiednią sumę pieniędzy itp.

Następnego dnia, w sobotę, przyjechałem rano. Ludzie sprzątali i dekorowali kościół na święto, a ja spowiadałem. Podczas spowiedzi zrozumiałem, że moje słowa poruszyły akurat nie tych, do których były szczególnie adresowane, tj. ludzi zaangażowanych w wyżej wymienione praktyki. Poruszeni zostali natomiast ludzie dobrzy, którzy regularnie do kościoła przychodzą i starają się żyć po chrześcijańsku. Chyba już tak jest, że kto jest święty, tego Słowo Boże jeszcze bardziej uświęca, bo jest na nie wrażliwy, słucha go i przyjmuje je, a kto ma coś na sumieniu, zamiast skorzystać z łaski i się nawrócić jeszcze bardziej się zasklepia i mówi, że „jego to nie dotyczy”.

Widzę, że trzeba wiele modlitwy i pokuty, aby Słowo Boże zostało przyjęte i zaowocowało w życiu wielu z moich masomskich parafian.

W niedzielę, 20 czerwca, o 10 rano rozpoczęła się świąteczna Eucharystia. Kościół był świątecznie udekorowany, a jak się potem okazało właśnie w tym roku obchodziliśmy 50 lat od kiedy ten kościół zbudowano. Nadszarpnął go już „ząb czasu”, bo część belek jest poważnie nadgryziona albo zżarta przez termity i czeka nas remont, do którego zachęcamy już od ponad 10 lat, ale jakoś ten apel nie przynosi owoców, bo coraz więcej belek zamienia się w proch. 2 lata temu po moim „płomiennym” kazaniu udało mi się nakłonić jednego z liderów, by oddał jedno ze swoich drzew na kościół - zostało ścięte i pocięte na belki. Belki oszlifowano i od tej pory (już ponad rok) znowu nic się nie dzieje. Ciągle tłumaczą się, że nie ma pieniędzy, ale nikt z nich nie postara się, aby te pieniądze zebrać. Czekają na mnie, ale ja im ciągle tłumaczę, że czas misyjny już minął i teraz „oni są Kościołem – Yumi yet i Sios” i to jest ich odpowiedzialność, a ja co najwyżej mogę im pomóc czy pokierować tym.

Jak zwykle w Papui była procesja taneczna na wejście. Idąc wraz z ministrantami w rytm melodii tańczonej przez zespół doszliśmy do ołtarza - zajęło nam to sporo czasu, ale tutaj czasu nikt nie mierzy.
Przed rozpoczęciem liturgii Słowa kolejna procesja taneczna, tym razem uczniów szkoły średniej, wniosła księgę Pisma Świętego. Zrobili to w sposób młodzieżowy i w rytm nowoczesnej muzyki.
Jedna z lektorek włożyła bardzo oryginalny, lokalny strój, co br. Janusz, nasz niestrudzony fotograf, uwiecznił na filmie.

Przygotowałem na tę Mszę płomienne kazanie, poruszające szereg problemów, z którymi borykają się parafianie w tej części mojej parafii, ale spiesząc się po pierwszej Mszy św. w Boram nie włożyłem kartki z notatkami do mojego koszyka i trzeba było „tworzyć” kazanie na bieżąco. Śmiałem się do ludzi, że sam Duch Święty chciał ich chyba „oszczędzić”, by nie nasłuchali się za dużo o swoich słabościach i zaniedbaniach i poprowadził mnie w czasie kazania w trochę innym kierunku. Często bowiem rzeczywiście Duch Jana Chrzciciela odzywa się we mnie podczas kazań w tym kościele i moje kazania nie są zbyt łagodne, ale wymagające, chociaż ile naprawdę z tego ludzie przyjmują do serca to tylko Duch Święty wie.

W procesji z darami weszła grupa z sąsiedniego rejonu naszej parafii - Perigo. Zapraszamy na uroczystości reprezentantów wszystkich rejonów parafii, tak aby były to celebracje w duchu ogólnoparafialnym. Następne etapy naszej liturgii eucharystycznej przebiegały pięknie i podniośle, „okraszane” śpiewami prowadzonymi przez młodzieżowy zespół muzyczny z Mandi. Wielu przystąpiło do Komunii św. Zawsze stanowi wielką radością, kiedy widzi się ludzi otwierających swe serca dla Boga, aby im towarzyszył w codziennych zmaganiach.

Po ostatnim błogosławieństwie od ołtarza odprowadzała nas (procesja wyjścia) grupa z Boram. Młodzi ludzie śpiewali i tańczyli, a my z br. Januszem i ministrantami próbowaliśmy dotrzymać im kroku.

Po Mszy św. przeszliśmy wszyscy do dużego i przestrzennego domu spotkań wioskowych, przewiewnego i pokrytego tzw. morotą czyli płatami dachowymi zrobionymi z liści palmowych i całkiem dobrze chroniącymi od deszczu i słońca. Tam, pośród rozmów i zgiełku, kobiety przygotowywały ucztę świąteczną. Zostały nakryte stoły z przyniesionymi, lokalnymi delicjami. Kiedy już prawie wszystko było gotowe kilka grup przedstawiało albo dramę, albo śpiewało piosenkę, albo śpiewało i tańczyło ku radości wszystkich obecnych. Postanowiłem też „zaszaleć” i zaśpiewałem piosenkę o Janie Chrzcicielu przy własnym akompaniamencie gitarowym. Parafianie chcieli, aby br. Janusz też coś zaśpiewał, ale nie dał się wrobić.

Powoli nasze święto w Mandi dobiegło końca i późnym popołudniem wróciliśmy z Januszem do naszego domu parafialnego na długo oczekiwaną sjestę.

Ks. Jan Rykała SAC