|
Razem z dwoma współbraćmi pracujemy w jednym z najstarszych czeskich sanktuariów w Stare Boleslavi. Niestety obecnie jest to miejsce zapomniane, choć jest „pielgrzymkowym sercem” Czech.
W mieście są dwa kościoły sanktuaryjne – oba obsługiwane przez nas. Są to: kościół św. Wacława, będący jednocześnie kościołem parafialnym, oraz kościół Wniebowzięcia Maryi Panny, w którym znajduje się wykonany w metalu obraz, zwany przez Czechów od 1609 r. Palladium (tarczą) czeskiej ziemi. Legenda mówi, że obraz ten św. Metody podarował św. Ludmile, babce św. Wacława, na pamiątkę jej chrztu. Po jej śmierci obraz odziedziczył św. Wacław. Nosił go zawsze ze sobą, jak puklerz. Miał go na szyi w chwili śmierci - szedł wtedy pomodlić się do kościoła św. Kosmy i Damiana, przy drzwiach którego został napadnięty przez ludzi swego brata, Bolesława (ojca Dobrawy, żony Mieszka I), wtedy jeszcze zwolennika pogaństwa. Sługa, widząc, że Wacław zginął i obraz może dostać się w ręce pogan, zerwał go z jego szyi i zaczął uciekać w stronę, gdzie obecnie znajduje się kościół Wniebowzięcia NMP. Kiedy zdał sobie sprawę, że nie zdoła uciec, zakopał obraz. On sam został złapany i powieszony.
Po kilku stuleciach obraz został wyorany. Na tym miejscu postawiono najpierw kapliczkę. Szybko zaczęli przybywać pielgrzymi. Ruch pielgrzymkowy...
...rozwinął się w ciągu stuleci, tak, że w XVII w postanowiono wybudować tu duży kościół, istniejący do dzisiaj.
Na miejscu męczeńskiej śmierci św. Wacława wybudowano bazylikę, pod prezbiterium której znajduje się dawny kościół św. Kosmy i Damiana. Te dwa kościoły, usytuowane po dwóch stronach rynku w 2003 r. Kardynał Vlk przekazał polskim pallotynom. I choć jesteśmy tu tylko gośćmi, którzy mają pomóc Kościołowi czeskiemu, to modlimy się o ochronę czeskiej ziemi.
Pracę rozpoczęliśmy 1 lipca ubiegłego roku. Nie jest łatwo. Tu przez ponad sto lat były tereny protestanckie (patrz „Horyzonty” nr 2/2004), co wpłynęło na wiarę tutejszej ludności. Kiedy zmieniła się sytuacja polityczna i zaczął wracać katolicyzm, poproszono jezuitów, by przeprowadzili misje, rekatolizację tych terenów. Jezuici objęli sanktuarium. Ich miejsce zajęli potem redemptoryści, których z kolei w 1950 r. przepędził komunizm. Oni właśnie pisali, już po II wojnie światowej, iż teren ten to martwy punkt. Obecnie 78% ludzi jest niewierzących. Staramy się cokolwiek zrobić, ale często nasze inicjatywy trafiają w próżnię. Można uczyć religii w szkole, ale nie ma chętnych – nieopodal kościoła i naszego miejsca zamieszkania jest szkoła podstawowa, gdzie uczy się ok. 600 dzieci. Rok przed naszym przyjściem siostra katechetka przygotowała karteczki i rozdała dzieciom, by zgłosili się chętni do nauki religii. Zgłoszenia oddało 60 uczniów – czyli 10%, a przyszło tylko jedno. Powodem jest nieżyczliwość rodziców. W mentalności większości Czechów jest coś takiego: człowiek powinien być ochrzczony i pochowany, bo tak się należy. W rozmowie, nawet przy przygotowaniu do chrztu, Czesi wcale nie obiecują, że będą chodzić do kościoła. Często dzieci są ochrzczone, a nigdy w życiu nie były w kościele, bo rodzice wychodzą z założenia, że jak dorosną to same zadecydują.
Sakrament małżeństwa jest udzielany w 95% jako obrzęd – nie ma Mszy św., bo ludzie nie życzą sobie Komunii św., nie chcą się spowiadać. Najczęściej potrzebna jest dyspensa biskupa, bo na ogół jedna strona jest niewierząca, ale deklaruje, że dzieci będą ochrzczone. W praktyce jeśli np. żona jest niewierząca i nie chce, by dziecko chodziło na religię czy do kościoła – mąż się nie sprzeciwi, bo nie chce ryzykować małżeństwa. Na szczęście nie doszedł do skutku pierwszy ślub, który miałem przygotować: dziewczyna, katoliczka z bardzo mglistym pojęciem o wierze i muzułmanin, Jonasz z Syrii, który od razu zapowiedział, że po ślubie wyjeżdżają do Syrii – mało prawdopodobne, by żona mogła wyznawać swoją religię. Innym razem narzeczeni nie chcieli nie tylko Mszy św., ale nawet Komunii św. podczas obrzędu - ona stwierdziła, że ma suknię taką, że nie będzie mogła klęknąć, a do spowiedzi nie pójdzie, bo co miałaby mówić.
Pogrzeb to też tylko ceremonia. Zmarłych najczęściej kremuje się - po obrzędach pogrzebowych w kościele trumna jedzie do kremacji. Często zakład pogrzebowy wstawia do kościoła magnetofon i głośniki – pogrzebowi towarzyszy muzyka np. Enio Moricone czy klasyczna, a bywa że nawet metalica, bo ktoś lubił. Ludzie są, ale nie uczestniczą – przez cały obrzęd nikt mi nie odpowiedział nawet „i z duchem twoim”, nikt się nie pomodlił „Ojcze nasz” – czułem się jakbym mówił do lustra: sam mówiłem i sam odpowiadałem. Pierwszy pogrzeb, na którym byłem w Czechach wyglądał tak: w kaplicy cmentarnej trumna stała na scenie. Wszyscy składali pod sceną kwiaty. Weszła rodzina i zajęła miejsca w pierwszym rzędzie. Odsłoniła się kurtyna i zaczęła się ceremonia. Przez jakieś 20-25 minut grali marsze, tanga, walce na trąbkach i organach. Potem wyszedł ksiądz i pobłogosławił trumnę – to nie trwało nawet 5 minut. Ten ksiądz mi powiedział, że często ludzie proszą aby jeszcze skrócił ten obrzęd.
Obecnie pojawia się nowa tendencja: żadnych obrzędów pogrzebowych. W Pradze w 90% nie ma już żadnych. Na naszym terenie co miesiąc umiera około 40 osób. Jesteśmy tu od lipca 2003 - to już prawie rok - a w kościele mieliśmy przez ten czas nie więcej jak 6 pogrzebów. Najczęściej zmarłego na życzenie rodziny umieszcza się w papierowej trumnie, kremuje, a potem rodzinie (która często w ogóle nie jest obecna podczas kremacji) przekazuje się urnę z prochami. Czesi twierdzą, że kremacja jest praktyczna, bo jak się rodzina przeprowadza, to nie musi jeździć na jakiś cmentarz, ale po prostu urnę bierze ze sobą. Bardzo często bowiem urna stoi gdzieś w mieszkaniu.
A często właśnie chrzest i pogrzeb to jedyna okazja do kontaktu z Kościołem. Trzeba bardzo wiele pracy, by ludzie tu coś zrozumieli, by nauczyli się zachowywać w kościele. Nasze sanktuarium odwiedzają grupy wycieczkowe, które my oprowadzamy. Niektórzy jedzą czy żują gumę, rozmawiają, chodzą w czapce – to nas szokuje.
Ale choć ciężko, jest nadzieja na zmiany. Potrzeba czasu i działania krok po kroku, by zmienić ich myślenie i świadomość religijną. Ta świadomość jest bardzo ważna, bo – co się może wydać niewiarygodne – do kościołów katolickich przychodzą też ludzie, którzy nie wiedzą sami, kim są – katolikami, husytami, protestantami. Panuje tu wielki bałagan.
W Czechach zwykle katolicyzm nie wychodzi poza kościół. Toteż wielkim wydarzeniem była pielgrzymka narodowa do Starej Boleslavi, zorganizowana ku czci św. Wacława. Z Pragi przywieziono relikwie świętego. W uroczystościach na rynku uczestniczył episkopat z kardynałem i nuncjuszem. Przybyło ok. 2,5 – 3 tys. ludzi ( jak na Czechy to bardzo dużo).
Kościół czeski organizuje wiele akcji, wysuwa wiele propozycji – tym ludziom należy się ogromny szacunek za to, że ciągle walczą, że się nie poddają, bo ten grunt jest wyjątkowo trudny. Trzeba obalić wiele stereotypów. Dyrektorium diecezjalne zaznacza, że strojem duchownym jest koszula z koloratką, a nie sutanna, bo „źle się kojarzy”. Trzeba stale wychodzić do ludzi. Jeden z polskich księży, pracujący w Pradze, zorganizował Mszę św. dla dzieci – wkrótce przychodziło ich kilkaset.
My też proponujemy różne spotkania, akcje, ale odzew jest niewielki – nie wiadomo czy to pozostałość komunizmu, lęk przed ujawnieniem czy mentalność i brak świadomości religijnej. Najbardziej chyba może pomóc kontakt osobisty, gdyż Czesi bardzo cenią ludzi dobrych.
Ks. Wojciech Zubkowicz SAC Zdjęcia z archiwum autora |