Czy Afryka to kraj rodzinny? Drukuj Poleć znajomemu
Kiedy już wydawało mi się, że moje marzenie o wyjeździe na misje nie zostanie zrealizowane i nawet się z tym pogodziłam – pracowałam wtedy we Francji – odwiedziły nas współsiostry z Kamerunu. Zapytały czy nie zechciałabym tam pojechać i pomóc im. Uzyskałam zgodę i 15 października 2007 wraz z s. Orencją wyruszyłyśmy do Kamerunu.

Przyleciałyśmy, a tam gorąco i duszno. Ja ubrana podwójnie, potrójnie, żeby jak najwięcej rzeczy zabrać ze sobą. Nasze kochane współsiostry wyjechały na nasze powitanie. Oglądając wszystko bardzo szeroko otwartymi oczami, przyjechałyśmy pod wieczór do Yaounde. Podziwiałam piękne jezioro, piękny błękit, pustynię najpierw skalistą, potem piaszczystą, wyrzeźbione koryto, bo tylko w porze deszczowej jest tam woda. Przepiękne widoki. A potem widziałam nad mokradłami jedynie baraczki kryte blachą. I wszędzie woda, woda, woda...

Nie miałam problemu z aklimatyzacją. Ale po 4 miesiącach zaatakowała mnie pierwsza malaria. Dostałam bardzo silne tabletki, po których kręciło mi się w głowie. Z czasem się przyzwyczaiłam, leki zostały dostosowane do mnie. Ale po malarii przyczepiła się jakaś bakteria. Trudno, trzeba zaakceptować, to co jest.
Jakiś rok, półtora temu Pan Bóg mnie doświadczył. Byłam bardzo osłabiona po lekach, do tego stopnia, że zaczęłam mdleć, a potem nie mogłam chodzić. Męczyłam się przez 3 miesiące, a potem poszłam do pracy, do której się przygotowywałam. Miałam przejąć szkołę szycia – prowadzić zajęcia z dziewczętami, zająć się stroną organizacyjną, przygotowaniem pracy. Umiem także robić na drutach i na szydełku, choć nie jestem w tym mistrzynią.

We wszystko wprowadzała mnie s. Rafała – to była jej szkoła, ona ją zakładała i uczyła mnie, jak się w tym odnaleźć.
Wprowadziła mnie też w katechezy dla dzieci. Pokazała mi salkę przy parafii i powiedziała: „Tu, Siostro, będziesz przygotowywać dzieci do I Komunii Świętej”.

Na początku umierałam z obawy, czy dobrze mówię, czy prawidłowo buduję zdania. Ale Duch Święty działa i rozumiemy się. Jeśli braknie mi słowa, potrafią...

... mi to słowo podpowiedzieć.
Moim marzeniem było, aby dziewczyny nie tylko mobilizować do dobrej pracy, ale uczyć je czegoś więcej. Mówiłam im: „To, czego się przy nas nauczycie, przyda się wam w przyszłości. Będziecie mogły tym zarabiać na życie”. I rzeczywiście, dziewczyny się zmobilizowały i dużo ładniej pracowały.

Dzięki temu podczas urlopu z entuzjazmem zabrałam się za zbieranie środków na nowe maszyny dla nich. Znaczną pomoc otrzymałam z parafii św. Wawrzyńca we Wrocławiu, gdzie mieszka moja siostra rodzona z córką. Dzięki ks. Proboszczowi mogłam ludziom opowiedzieć o ich warunkach życia i pracy w Afryce. Powiedziałam, że tak naprawdę to nikomu oprócz Kościoła katolickiego i Kościołów protestanckich nie zależy na ludziach w Afryce.

Pomoc dla dzieci często bywa taka, żeby dziecko nie było głodne, a tam potrzebna jest pomoc, która nauczy ich radzić sobie.

Jest wiele rodzajów działalności pomocowej Kościoła. Oprócz dożywiania prowadzone są ośrodki zdrowia, małe szpitaliki.
Ważnym zakresem działań jest opieka nad szkolnictwem. Do tej pory tylko chłopcy mogli się uczyć. Dzięki Kościołowi mogą się uczyć także dziewczyny. W buszu na ok. 500 dzieci, które są w naszej parafii, tylko kilkadziesiąt dziewczyn może chodzić do szkoły.
Dzięki Adopcji Serca wzrasta wiara, moralność i nadzieja na lepszy start w dorosłość – że dzięki nauce będą sobie w przyszłości jakoś radzić. Wymieniłam moralność, gdyż tam dziecko nie jest szanowane, a tak pokazana jest inna postawa – poszanowania godności każdego człowieka.

Mówimy, że Afryka to kraj rodzinny. Według moich obserwacji to jest nieprawda. Jeżeli dziecko jest we własnej rodzinie, u ojca i matki, wychowywane jest z szacunkiem, bardzo rzadko bywa krzywdzone. Widzę, że tu ludzie nie rozumieją, co to znaczy kochać, wspierać się wzajemnie, być dla siebie podporą. Oni korzystają z siebie nawzajem, stają się niewolnikami wobec siebie nawzajem.
Jeżeli dziecko trafia do obcej, nawet spokrewnionej, rodziny już od 5 roku życia ciężko pracuje. Nawet młodsze widuję z maczetą w ręce. My drżymy, jak dziecko sięga po nóż, a tam, kiedy matka ścina trawę maczetą, dziecko nie mające dwóch lat sięga po nóż i próbuje matce pomóc. Ona dopiero po naszej interwencji powoli zabiera ten nóż.
Nie przejmuje się, że siedzące na ziemi dziecko coś gryzie. Są tam takie malutkie pchełki, których nie widać gołym okiem, a jak ugryzą, to człowiek puchnie i dostaje uczulenia – tak jest dopóki organizm się nie przystosuje.
Kobiety, które trafiają do obcej przecież rodziny nie umieją opiekować się dziećmi, nawet jeśli jako dziewczynki opiekowały się młodszymi dziećmi.
Nie ma tak silnej więzi uczuciowej z rodzicami, jeśli dziecko jest przyjęte do rodziny.

Jeżeli dziecko jest objęte Adopcją Serca, żeby mogło się kształcić, i rodzice wiedzą o tym, to i tak, jeśli jest praca, to zamiast do szkoły poślą dziecko do pracy. Nie troszczą się też zbytnio o zdrowie dziecka, chociaż ma darmowe leczenie. Jak dziecko samo nie przyjdzie, to go nie przyprowadzą. Jak można leczyć takie dzieci? Dorosły musi nadzorować branie leków. Siostra da dawkę potrzebną w danym momencie, a co dalej?
Dziecko jest samo, choć niby w rodzinie.

Dzieci starsze bywają wykorzystywane nie tylko do pracy, ale także seksualnie. Jedna z uczennic (ma 16 lat) opowiadała, że jej matka „poszła w świat” i zostawiła ją z ojcem. Ten oddał dziecko swojej matce, a ta rodzinie syna czy córki. Została już wykorzystana przez swego wujka.

Podobny los spotkał Josane. Dziewczynka mieszkała z matką, której mąż – ślubny czy nieślubny – chorował. Mieli dużo dzieci. Starsze córki powychodziły za mąż. Josane miała 15 lat, kiedy ojciec zmarł na gruźlicę. Zgodnie ze zwyczajem, że jeśli ktoś umarł, musi być winny tej śmierci, rodzina oskarżyła żonę. Matka musiała dzieci opuścić, bo groziła jej śmierć. Przerażona dziewczynka została z młodszym rodzeństwem. Siostry daleko, nie wiadomo czy mężowie pozwolą im wziąć dzieci. I przyszedł młody, 25-letni człowiek, który powiedział, że się nimi zaopiekuje. Taka była ta opieka, że ją zaciągnął do łóżka. Nie wiedziała („bo mama nie mówiła”), że konsekwencją może być ciąża. Matka jakoś odnalazła wujka, który wziął ich do siebie i zaakceptował sytuację dziewczyny.

Dziewczyny chętnie eksponują swoją piękność. Niektóre w telewizji podpatrzyły modę na chodzenie z brzuchami na wierzchu i też tak się ubierają. Mówię im: „Dziewczyny, dziewczyny, szanujcie się, nie wolno tak robić, bo się narażacie na wykorzystanie”. A przy tym są nieuświadomione.

Zaobserwowałam, że jedna z uczennic, Josefine, dziewczyna bardzo ładna, zgrabna, mądra i zdolna, od stycznia jest bardzo smutna. Kiedy zapytałam, czy ma problemy, tylko uśmiechnęła się szeroko. Pytam, czy ma problemy z wujkiem. Przyznała, że tak. „A co ciocia na to?” – zadaję kolejne pytanie. „Dotąd nie pozwalała, ale teraz jest chora i zgadza się, bo woli, żeby nie chodził do obcych kobiet”. Kolejne pytanie: „Czy wujek cię wykorzystał?”. "Jeszcze nie, ale ciągle nagabuje”. Przez to jest taka smutna i przerażona. Mówi, że gdyby mogła, wyprowadziłaby się natychmiast, byle tylko tego nie przeżywać. A także, że chętnie by została zakonnicą.
Zaproponowałam: „Napiszę list do cioci, ale czy mogę napisać, że wszystko wiem?”. „Nie!”. Napisałam, że Josefine jest bardzo zmęczona, że się o nią niepokoję, że jest bardzo dobrą uczennicą i w przyszłości chciałaby zostać siostrą zakonną. Chciałabym przejąć nad nią pieczę, żeby miała bliżej do szkoły i nie męczyła się. Poprosiłam o odpowiedź. I po jakimś czasie ciocia mi odpowiedziała, że jak wrócę po urlopie, będę ją mogła zabrać.

Zależało mi na uratowaniu tej dziewczyny, tym bardziej, że następstwem będzie ciąża, a wtedy już nie mogłaby zostać siostrą zakonną, gdyż ma obowiązek względem dziecka.
Dziewczyny nieraz pytają: „Proszę Siostry, czy my nie możemy urodzić dziecka i oddać go rodzicom, bo wszyscy na dziecko czekają? A my pójdziemy do zakonu”.
Nawet jeśli dziewczyna ma powołanie, które trzeba pielęgnować, jako stary pedagog, chciałabym abyśmy mogły się nią zająć, a nawet gdyby nie została, po prostu wziąć ją pod opiekę, by chronić ją przed mężczyznami, przed wykorzystaniem seksualnym.
Chętnie bym taką dziewczynę wzięła do naszej pracowni krawieckiej, uczyła ją, by, gdy nas zabraknie, umiała być nie tylko mistrzynią krawiecką, bo to wiele dziewcząt potrafi, ale umiała także gospodarować ekonomicznie środkami, które ja otrzymuję. Materiały, zamki błyskawiczne, nici, igły, nożyczki – ludzie dają nam, co mogą. I by nauczyła się gospodarować tym, nie zmarnować niczego.
Ofiary ludzi, nawet najuboższych, nawet najdrobniejsze, są bardzo cenne. Jak kobieta daje 10 zł i mówi, „żeby chociaż na 2 chlebki starczyło” – odnoszę się do tego z ogromnym szacunkiem. Tak też traktuję każdy kawałek nici czy materiału. Mówię dziewczynom: „Wolę wam to dać do domu, żebyście sobie coś zrobiły niż zmarnować. Nie rzucaj tego na ziemię, nie marnuj, bo tam ktoś sobie czegoś odmówił, żeby nam to przekazać. Jeżeli mam coś, czego potrzebujecie, chętnie się z Wami podzielę”.
Uczymy je, że to, iż mogą się uczyć za darmo, to łaska dana od Pana Boga.

W szkole szycia dziewczyny mogą się wiele nauczyć. Zastanawiałam się, czy nie wprowadzić takiego „dnia gospodarczego”, żeby nauczyły się gotować i piec troszeczkę. Zobaczymy, co dalej. Na razie niech się uczą szyć.

Moim marzeniem jest też, żeby podarować im książkę krawiecką, by wiedziały, jak odmierzać materiał w zależności od figury i kroju.

Widzę wielkie możliwości pomagania tym ludziom, żeby w przyszłości umieli być zaradni. Żeby dziewczyny nie musiały sprzedawać swojego ciała. Żeby dziewczyny i chłopaki wiedzieli, że przez te „zabawy” AIDS będzie się coraz bardziej rozszerzać i zbierać żniwo.

Dowiedziałam się, że połowa sierot to dzieci rodziców chorych na AIDS. Jeżeli nie zaprzestaną tych „zabaw”, sierot będzie coraz więcej. Nie chcą zaakceptować, że jest to choroba przenoszona drogą płciową. Niektórzy nawet uważają, że jak zarażą kilka osób, to się pozbędą choroby. To jest zgubne dla nich i ludzi, których narażają na zarażenie. Jeżeli dziewczyna w 5 lub 6 klasie leczy się na chorobę weneryczną – wiadomo dlaczego.
Nie rozumieją tego problemu. Chociaż choroby weneryczne i AIDS są tu plagą, oni nie przyznają się do tego, bo to „temat wstydliwy”. Mówią, że ktoś „umarł na chorobę”.

Ważną częścią naszej pracy jest katecheza. Żeby dotrzeć do człowieka, by zrozumiał, kim jest naprawdę, musi najpierw poznać Pana Boga, drogę, moralność, by szanować siebie i drugiego człowieka, by szanować pracę i swoją godność.To wszystko jest w naszej wierze i dlatego katecheza jest tu tak bardzo ważna. Dopiero wtedy dziecko dowiaduje się, jakie jest przeznaczenie człowieka, że nasza droga zmierza do nieba. I jaka winna być ta droga. Dzieci chętnie słuchają, chętnie śpiewają, korzystają z tych katechez.
Oczywiście, jak wszędzie, trzeba je zainteresować, ale są dużo karniejsze, bardziej zdyscyplinowane. Nikt ich nie oszczędza w żadnych pracach. Jeśli jednak kogoś lubią – tak myślę – potrafią z siebie bardzo dużo dać.

Np. w maju mieliśmy 2 tygodnie na przygotowanie rocznicy I Komunii Świętej. Mówiłam o tym przed Wielkanocą, ale dużo dzieci nie chodzi do spowiedzi, a już 3 lub 4 lata temu były u Komunii Świętej.Na naszej misji jest katolicka szkoła podstawowa i przedszkole i tam zbieramy dzieci, ale wszystko zależy od proboszcza. A ten powiedział, że wyspowiada wszystkie dzieci w okresie wielkanocnym. Przygotowałam dzieci do I Komunii Świętej (miała być przyspieszona Komunia Święta jednego dziecka, ale nie chciałam, by grupa była porozbijana i przygotowałam wszystkie).

Proboszcz był lokalnym młodym księdzem – zaledwie rok pracował w duszpasterstwie. Chciał być traktowany jak król wioski: „do mnie ze wszystkim przychodźcie, mnie się we wszystkim radźcie”. A jeśli ktoś (przynajmniej my, siostry) przychodził z jakąś propozycją, uważał, że się chce nim dyrygować, a nie wspierać go. Zaczął opowiadać, że ja się nie nadaję do pracy katechetycznej, nawet na ambonie. Mimo to, jak z nim kiedyś rozmawiałam, powiedziałam, że proszę o przebaczenie, ale niech mi powie, co w takim razie jest źle, „bo moim powołaniem jest katecheza. Zajmuję się tym od wielu lat, a ks. Proboszcz mówi, że robię to źle. Przyjedzie Siostra Prowincjalna, bo tylko ona może mnie odwołać, powiedzieć, że teraz siostra ma pracować gdzie indziej, w innym charakterze”. Mówił, że nic złego nie miał na myśli.

A ludzie darzą nas wielką sympatią. Pierwszy raz w 2008 r. przyszli do nas, aby podziękować za nasz wkład w misje, bo 2 lata temu, dzięki ofiarom ludzi i współpracy z warszawską fundacją „Ad gentes”, która dała nam niewielką dotację, mogliśmy zrealizować projekt zakupu nowych ławek szkolnych. Udało nam się kupić 100 nowych ławek, pomalować stare, odnowić klasy, pomalować przedszkole z zewnątrz. Zostało również odświeżone otoczenie.

Ponad 500 dzieci uczestnicy w Adopcji Serca. Kiedy ludzie mają jakąkolwiek potrzebę wyjazdu do np. Yaounde, a są biedni, dajemy im pracę, by mogli zarobić na swoje potrzeby (wydatki) – nam zawsze potrzebna jest pomoc w uporządkowaniu terenu, bo wokół nas jest busz i wszystko szybko zarasta.

Nie możemy dawać ludziom wszystkiego, bo nie jesteśmy bankiem, no i żeby nie uczyć ich postawy roszczeniowej, chcemy im pokazać, że można godnie zarobić na swoje utrzymanie. Nawet kiedy widzą, że coś dajemy za darmo, to wiedzą, jaki wysiłek w to wkładamy. I ludzie przyszli nam podziękować, bo, jak powiedzieli, żadna misja, żadne zgromadzenie nie pomogło im tyle, co obecna wspólnota.
Byłyśmy mile zaskoczone, jak bardzo Ci ludzie docenili naszą pomoc, bo oni nie dziękują. Oni są dumni.

S. Maria Michalska, pallotynka, Kamerun
Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek