Być misjonarzem Drukuj Poleć znajomemu

Dzisiaj Chrystus, którego kontemplujemy i miłujemy, znów wzywa nas, byśmy wyruszyli w drogę: „Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego” /Mt 28,19/.

Ten misyjny mandat wprowadza nas w trzecie tysiąclecie, wzywając nas, byśmy naśladowali entuzjazm pierwszych chrześcijan: możemy liczyć na moc tego samego Ducha, który został wylany w Dniu Pięćdziesiątnicy, a dzisiaj przynagla nas, abyśmy wyruszyli w drogę pokrzepieni nadzieją, która „zawieść nie może” /Rz, 5,5/. Zdanie to pochodzi z pięknego listu – programu dla Kościoła trzeciego tysiąclecia „Novo millennio inneunte” /p.58/. Papież wzywa nas wszystkich, byśmy nowy wiek rozpoczęli od Chrystusa i byśmy w nowym wieku znów wyruszyli w drogę, mało tego, byśmy „przyspieszyli kroku”. Nie wystarczy więc utwierdzać wierzących i ewangelizować nie znających jeszcze Chrystusa, ale trzeba to czynić z palącą świadomością upływającego czasu, trzeba to czynić przeżywając godzinę Zmartwychwstania Pana i oczekując godziny Jego ponownego przyjścia, trzeba to czynić z najwyższą...

...gorliwością i oddaniem. Do tego „apostolskiego biegu” jest zaproszony każdy z nas, bez względu na zajmowane stanowisko, wykształcenie, na płeć, na zamożność. Piękne arabskie przysłowie mówi: jeśli nie możesz być gwiazdą na niebie, bądź lampą we własnym domu. Otóż to: nie zawsze i nie każdy może wyjechać z misją ewangelizacyjną na inne kontynenty, ale każdy może utwierdzać w wierze lub nakłaniać do wiary braci i siostry sobie najbliższe, osoby, z którymi żyje pod jednym dachem, na jednej ulicy, z którymi przeżywa wspólne godziny pracy i odpoczynku. Co jednak trzeba zrobić, aby zadanie to podjąć i wypełnić? Jakie warunki musi spełnić każdy z nas, by głosić Dobrą Nowinę?

Po pierwsze: osobiście wierzyć w Zmartwychwstałego Pana!
To jest fundament wszelkiej ewangelizacji i wszelkiego świadectwa. Gdybyśmy wchodząc w nowy wiek nie byli pewni, pewnością wiary, że grób Jezusa jest pusty, gdybyśmy w naszej wierze do tego grobu nie weszli, gdybyśmy w Jego zmartwychwstanie nie wierzyli, skupieni na naszych codziennościach i doczesnościach, wtedy – jak przekonuje święty Paweł - próżne byłoby nasze nauczanie, próżne byłyby nasze wysiłki (por.1 Kor 15,14), a my sami - zamiast pomagać w nawróceniu naszych sióstr i braci, w utwierdzaniu ich w wierze - stalibyśmy się przyczyną ich zgorszenia! Uwierzyć w zmartwychwstanie, to fundamentalny warunek bycia misjonarzem. W Wielki Piątek i w Wielką Sobotę – pisze papież – Kościół nadal kontempluje nieustannie zakrwawione oblicze, w którym ukryte jest życie Boże, a światu zostaje ofiarowane zbawienie. Jednakże ta kontemplacja oblicza Chrystusa nie może zatrzymać się na wizerunku Ukrzyżowanego. Chrystus jest Zmartwychwstałym! (...) Właśnie w Chrystusa Zmartwychwstałego wpatruje się dzisiaj Kościół /NMI,28/.

Niezwykle ważne jest, aby nasza wiara w Zmartwychwstałego była „osobista”, oparta na doświadczeniu spotkania Go naprawdę. Nie każdy w tym celu może i musi wyjechać do Jerozolimy, by ujrzeć na własne oczy pusty grób Pana. Tu chodzi o coś poważniejszego; o niezadowalanie się jedynie wiarą „z drugiej ręki”. Najlepszy, najwierniejszy przekaz kogoś drugiego nie jest tym samym, co przeżycie. Jest różnica pomiędzy słuchaniem o tym, że Jezus zmartwychwstał (nawet jeśli mówiący byłby bardzo wiarygodny i przekonujący – ksiądz, katecheta, misjonarz), a przeżywaniem spotkania ze Zmartwychwstałym. Wiara „z drugiej ręki” (a niestety wielu katolików taką wiarą zadowala się przez całe życie), nie jest w stanie zmotywować do świadectwa. Wiara „z pierwszej ręki” nikogo nie pozostawi obojętnym.

Po drugie: wyznawać wiarę z kulturą i odwagą.
To są dwie bardzo ważne charakterystyki dzieła ewangelizacji. Jeśli chcemy, aby było ono skuteczne, potrzeba ewangelizatorom kultury i odwagi. W historii Kościoła były już żałosne chwile, kiedy próbowano Dobrą Nowinę przekazywać bez kultury (nie szanując odbiorcy) i bez odwagi (nie szanując głoszącego). Zawsze była to antyewangelizacja. Papież w swoim liście na nowy wiek, wzywa Kościół do dialogu (międzyreligijnego, ekumenicznego, wewnątrzkościelnego, do dialogu z niewierzącymi), który ma być prowadzony „ze szczerą wolą słuchania” /NMI, 56/. Jednocześnie przypomina, że: dialog nie może się jednak opierać na obojętności religijnej, zaś my – chrześcijanie – mamy obowiązek prowadzić go składając pełne świadectwo o nadziei, która w nas jest (por. 1P 3,15). Nie powinniśmy się obawiać, że może uwłaczać tożsamości kogoś innego to, co w rzeczywistości jest radosnym zwiastowaniem daru, który przeznaczony jest dla wszystkich i który trzeba wszystkim proponować, okazując jak największy szacunek wolności każdego.../NMI,56/.

Jeśli nasza posługa ewangelizacyjna będzie prowadzona z kulturą i odwagą, nie trzeba będzie wykonywać żadnej apostolskiej akrobatyki, żadnych specjalnych wieców, ewangelizacyjnych arcywyczynów. Każdy bowiem nasz gest, każdy czyn, nasz sposób bycia i życia, będzie innych zbliżał do Pana.
Kościół nie potrzebuje apostołów żyjących w defensywie, nieśmiało, nie potrzebuje apostołów zastraszonych i niepewnych (nie tylko tego co się dzieje, ale nawet tego co może się stać) i nie potrzebuje też Kościół apostołów aroganckich, nieczułych, niewrażliwych, po prostu chamskich. Prowadzenie ewangelizacji z kulturą i odwagą jest trudne, naraża na porażki, ale tylko takie da siłę, skuteczność i wiarygodność naszemu proroctwu.

Po trzecie: być człowiekiem prawego sumienia.
Na pewno pamiętamy krótką, bo zaledwie kilkugodzinną wizytę Ojca świętego w Ojczyźnie, na Podbeskidziu. Podczas Mszy świętej w Skoczowie, papież wezwał Rodaków, aby byli ludźmi prawego sumienia, których potrzebuje odradzająca się – po okresie komunistycznego totalitaryzmu – Ojczyzna. Niestety, nasze sumienia są dziś często bardzo mocno zdeformowane, wręcz chore. Kryteria, wedle których podejmujemy rozmaite decyzje, są niejasne i niejednoznaczne. Oddzielnym torem idą nasze poglądy, a oddzielnym nasza codzienność. I ta dwutorowość nie przybliża do Jezusa, wręcz przeciwnie wszystkim oddalonym daje dodatkowy argument: „nie warto – mówią - chrześcijanie to ludzie mali”! Trudno wtedy być apostołem. Opowiadają jak to kiedyś do Aleksandra Macedońskiego przyprowadzono żołnierza, który uciekł z pola bitwy. „Jak masz na imię” – zapytał król? „Aleksander – jak ty panie” – odpowiedział żołnierz! Po chwili król rzekł: „to idź wolno i albo zmień imię, albo zmień siebie”! Otóż to! Jeśli nosimy zaszczytne miano „chrześcijan”, to albo żyjmy zgodnie z tym imieniem, albo.... zmieńmy imię!

Świadek Chrystusa, jeśli chce występować w imieniu swojego Pana, nie musi odbywać specjalistycznych kursów ewangelizacyjnych (choć i takie są), na pewno jednak musi dbać o swoje sumienie. Jak powie Sobór jest ono: najtajniejszym ośrodkiem i sanktuarium człowieka, gdzie przebywa on sam z Bogiem, którego głos w jego wnętrzu rozbrzmiewa /KDK,16/, a według kardynała Newmanna, sumienie jest: prawem naszego ducha, ale go przewyższa; upomina nas, pozwala poznać odpowiedzialność i obowiązek, obawę i nadzieję... Jest zwiastunem Tego, który w świecie natury, jak i łaski, mówi do nas przez zasłonę, poucza nas i nami kieruje. Sumienie jest pierwszym ze wszystkich namiestników Chrystusa. Dobrze uformowane sumienie czasem będzie naszym oskarżycielem, jak Natan wobec Dawida (gdy będziemy żyć niezgodnie z duchem Ewangelii, dopuszczając się zła, lub zaniedbując nasze świadectwo), a czasem sumienie będzie naszym obrońcą, kiedy będziemy fałszywie oskarżani przez innych o przestępstwa, których nie dokonaliśmy, o grzechy, których nie popełniliśmy. Wtedy będziemy mogli szczerze powtarzać za świętym Pawłem: chlubą bowiem jest dla nas świadectwo naszego sumienia, bo w prostocie serca i szczerości wobec Boga, a nie według mądrości doczesnej, lecz według łaski Bożej postępowaliśmy na świecie, szczególnie względem was” /2 Kor 1,12/ i będziemy mogli powtórzyć za świętym Augustynem: świadectwo naszego sumienia to jest nasza chluba. Są ludzie nierozważni, wyrokujący, oszczercy, donosiciele, buntownicy, gotowi zarzucić nawet to, czego nie podejrzewają. Cóż pozostaje przeciwko nim? Świadectwo naszego sumienia.

Oto trzy fundamentalne warunki „bycia misjonarzem”. Zapytajmy jeszcze o jedno: gdzie dzisiaj świat najbardziej potrzebuje naszej ewangelizacyjnej posługi? Najkrócej można by powiedzieć: wszędzie. Papież w swoim liście pewne obszary wymienia jako szczególnie ważne:
- podejmowanie konkretnych dzieł miłosierdzia
- poszanowanie życia każdej ludzkiej istoty
- troska o rodzinę i małżeństwo
- wykorzystywanie nowych zdobyczy nauki (zwłaszcza biotechnologii) dla dobra człowieka
- poszanowanie podstawowych ludzkich praw
- troska o pokój
- poszanowanie środowiska naturalnego
- ekumenizm

Mogłoby się wydawać, że są to obszary bardzo odległe od naszej codzienności i powinny być oddane raczej instytucjom, organizacjom i politykom. Niewątpliwie im także. Na pewno jednak nikt z nas nie powinien czuć się zwolniony od konkretnej ewangelizacji. Powiedzmy to raz jeszcze: nie jesteśmy powołani do zmieniania całego świata, ale jesteśmy powołani do świadczenia o Panu w środowiskach nam najbliższych. Nie musimy pisać globalnych programów odnowy rodzin, możemy jednak wnieść światło Chrystusa do naszej rodziny i do rodzin naszych przyjaciół. Nie musimy zakładać organizacji ekologicznych, możemy zadbać o czystość najbliższego nam otoczenia i zareagować, gdy jest ono niszczone i dewastowane. Nie jesteśmy powołani do pisania pokojowych manifestów, jesteśmy jednak wezwani do życia w pokoju ze wszystkimi oraz do podejmowania roli mediatorów w bolesnych sporach, które wyniszczają naszych najbliższych. Nie będziemy najpierw dopominać się sprawiedliwości między narodami, ale będziemy sprawiedliwi, jednoznaczni i przejrzyści wobec ludzi, z którymi spotykamy się na co dzień.

Czy ta misja nam się uda? Nie wiadomo! Zamiast odpowiedzi, przytoczmy pewna opowiastkę: Do pewnego miasta przybył prorok i zaczął na rynku głośno wołać, że koniecznie trzeba zmieniać kierunek, w jakim zmierza kraj. Prorok nawoływał i nawoływał. Spory tłum zebrał się, żeby go posłuchać, chociaż wiedziony raczej ciekawością niż zainteresowaniem. Z biegiem czasu jednak coraz mniej ciekawskich zbierało się wokół proroka i ani jeden nie wydawał się być gotów do zmiany swojego życia. Ale prorok nie tracił zapału i dalej wołał. Aż w końcu któregoś dnia nikt się nie zatrzymał, żeby go posłuchać. Prorok wciąż nawoływał, stojąc samotnie na placu. Mijały dni. Prorok nadal wołał. Nikt go nie słuchał. W końcu ktoś podszedł do niego i zapytał: „Dlaczego wciąż nawołujesz? Czy nie widzisz, że nikt nie ma zamiaru się zmieniać”? „Nawołuję – powiedział prorok – bo gdybym umilkł, oznaczałoby to, że im udało się mnie zmienić”. (J.L.Descalzo, Dlaczego warto kochać, 95).

Czy ta misja nam się uda? Nie wiadomo! Wiadomo jednak na pewno, że należy ją podjąć jak najgorliwiej, resztę zostawiając Panu. I niech nam nie daje spokoju zdanie papieża: nowe stulecie i nowe tysiąclecie rozpoczynają się w świetle Chrystusa. Nie wszyscy jednak widzą to światło. Naszym zadaniem, porywającym i trudnym, jest być Jego „odblaskiem” /NMI, 54/.

Ks. Adrian Galbas SAC