Strona główna arrow Korea Południowa arrow Pan Jezus tego chciał
Pan Jezus tego chciał Drukuj Poleć znajomemu
Przyleciałem do Korei 10 kwietnia 1991 roku. Leciałem z Australii – należałem do drugiej, niewielkiej grupki, która miała dotrzeć do Korei.

W pierwszej polecieli ks. Zbyszek Wasiński i ks. Jurek Ciesielski. Byli o 11 miesięcy wcześniej. Zainstalowali się u księży Maryknoll – jest to amerykańskie zgromadzenie księży i misjonarzy świeckich, którego głównym charyzmatem jest zakładanie struktur Kościoła. Toteż jadą, gdzie się da, gdzie jest bardzo trudno i robią, co się da. Zakładają wspólnoty, budują jakiś prosty kościół według możliwości i oddają to wszystko lokalnemu biskupowi. Ich charyzmat jest całkowicie bezinteresowny, może trochę trudny, ale bardzo piękny. Zgromadzenie cieszy się ogromnym uznaniem Kościoła katolickiego w Korei.

I właśnie do mieszkających u nich księży Zbyszka i Jurka dołączyłem ja. Przez jakiś czas mieszkaliśmy razem, a potem oni poszli pomagać w różnych parafiach, osobno, żeby praktycznie uczyć się tego wspaniałego języka.
Mieszkałem tam przez rok.

Warto nadmienić, że Korea...
... jest drugim krajem na świecie pod względem kosztów utrzymania.
Najdroższa jest ziemia. Jej sztucznie podbijana cena kształtuje ceny wszystkiego – w Seulu za domek bliźniak, jaki się widywało w Polsce przed 20 laty, trzeba zapłacić ponad milion dolarów. Takich pieniędzy raczej nikt nie jest w stanie samodzielnie wyłożyć. Dlatego mieszkaliśmy osobno, w różnych miastach i parafiach, by praktycznie szlifować język i móc się utrzymać.

Trudno było w tym czasie mówić o życiu wspólnotowym – spotykaliśmy się co jakiś czas i z powrotem uciekaliśmy do pracy.
Perspektywy dla niektórych mogły wydawać się przerażające – nie mieliśmy funduszy itd.

Wydaje się, że jak się jedzie na misje na zaproszenie miejscowego biskupa, to otrzymuje się pracę, jakiś dach nad głową i coś na utrzymanie – nic, tylko brać się do roboty. Tu jednak jest inna kultura – dostajemy tylko zaproszenie i błogosławieństwo od biskupa (a jak błogosławieństwo to już dużo), a reszta wymaga inwencji własnej.

Później zdołaliśmy wynająć mieszkanie, byśmy wreszcie mogli rozpocząć działanie i życie jako wspólnota. Było to możliwe dzięki biskupowi Angelo Kim, który nas zaprosił, oraz Sekretariatowi Misyjnemu, którym kierował wówczas ks. Stanisław Kuraciński Przede wszystkim właścicielowi mieszkania trzeba było zapłacić kaucję. Jest to zwykle większa suma. Właściciel oddaje ją, gdy wynajmujący wyprowadza się. On ma zysk z procentów od obrotu tymi pieniędzmi, a to, co uzyskuje, jest dużo większe niż procenty w banku.

Wspólne mieszkanie było skarbem. Wreszcie po 8 latach mieliśmy gdzie wracać.

Pamiętam wigilię któregoś roku (tu nie ma wigilii) – robiliśmy ją sobie w drugim dniu świąt. Jak siadłem do konfesjonału w wigilię o 9.00 rano – a bracia na pewno nie spowiadali mniej – to wstałem o 9.00 rano następnego dnia.
W każdym razie z powodu zajęć w parafiach spotykaliśmy się o 2.00-3.00 w nocy. Chcieliśmy zrobić choć namiastkę świąt. Wziąłem się za drożdżowe ciasto, a że wysiadła nam kuchnia gazowa, wylądowało w mikrofalówce. Wyszedł mocno spalony placek, o wysokości 2 cm. Jurek, słynący z poczucia humoru, wstawił zapalone świeczki, jak na torcie urodzinowym. Nie pamiętam, kto zrobił zdjęcie. Ciasta zjeść się nie dało – no, może oskrobane i namoczone w herbacie…
Jedna z nauczycielek, oglądając zdjęcie, powiedziała: „Jaki piękny tort czekoladowy”. Oczywiście był zaraz „donos”, że to nie tort, to Paweł spalił…

Ale wróćmy do głównego wątku.

Pewnego dnia ks. Jurek odebrał telefon. Nieznana osoba pytała, czy chcemy ziemię w górach.
Pewnie, że chcemy!

Pojechaliśmy – oglądaliśmy… Pamiętam, że było mokro od początku. Padało. A i rzekę trzeba było przejść w bród 2 razy, po kamieniach. Potem wspinaliśmy się stromo w gęstych zaroślach przez ok. 30 min. Na półce skalnej stała chata zbita z kilku płyt, od środka ściany miały płyty styropianu. Był to dom niewielkiej wspólnoty (4 panie, 1 pan). Parę lat temu – na wzór pierwotnych wspólnot chrześcijańskich zostawili rodziny, wszystko i spędzali życie na modlitwie i prostej pracy. Nie mieli prądu. Korea to bardzo cywilizowany kraj, ale kto by w zalesionych górach prąd puszczał? Toteż siedzieli przy świecach, a ze światem komunikowali się przez telefon, na ich prośbę podłączony metodą gospodarczą.

Ci ludzie pokazali nam kawałek ziemi – ok. 2000 piongów. Piong to jednostka miary powierzchni równa 3,3m 2. Dostaliśmy zatem ok. 7000 m2.
 
Dopiero po pewnym czasie zaczęliśmy rozumieć, co się wydarzyło. Mamy ziemię! Owi darczyńcy namawiali nas, żebyśmy tuzbudowali swój dom i jakiś skromny kościół. Ależ tak! Pragnienie wielkie, ale budowa to są ogromne koszty, a tu niczego nie ma: drogi, prądu, nawet porządnej wody (ta, co była, wypływała gdzieś spod skały).

 Przed nami nikt z zakonników tej ziemi nie chciał. Myśleli, że to jakiś żart. My, nie znając kultury i wartości rzeczy, przyjęliśmy dar. I to można uznać za początek tajemnicy – Jezus chciał, by tu czczono Jego Miłosierdzie.

 Mówimy Yangdeogwon, ale to nazwa najbliższej miejscowości, która jest zaznaczana na mapach – to ułatwia orientację. Właściwie miejsce to nazywa się Namyeon Sindae Ri San, a tubylcy mówią Mul Kubi (zakręt rzeki – to dlatego trzeba ją przekraczać dwa razy).

Mijał czas, oczywiście zastanawialiśmy się, czy zacząć budowę, bo nie było środków ani ludzi. Każdy z nas miał obowiązki, każdy gdzie indziej.

 W końcu, ponieważ mieszkałem najbliżej, zacząłem tu przyjeżdżać takim pożyczonym „trupem”, który miał dziury w podłodze, większe niż moje dłonie. Kładłem na podłodze grube gumoleum, żeby w czasie jazdy nie gubić drobiazgów. Jak tylko miałem wolne 5 godzin między zajęciami w parafii, jechałem krętymi, dzikimi drogami przez 2 godz., pracowałem przez godzinę i jechałem z powrotem. Nie było to za często.

Kupno pierwszego samochodu do jazdy po tej kniei jest równe z cudem. Dawni gospodarze tego terenu zapytali mnie kiedyś, czy nie obejrzałbym kilku małych ciężarówek z napędem na cztery koła – znam się trochę na mechanice. Pojechałem i obejrzałem wszystko, co było na składzie w pobliskiej gminie. Powiedziałem, że tylko jedna by się do czegoś nadawała; reszta to złom. Namawiali mnie, bym tę ciężarówkę kupił. Pokazałem im pustą kieszeń, a za niego chcą 6 mln. To dla nas ogromna suma. Jakbym mocno pokombinował, to może za 500 tys. jakiś pojazd jeżdżący tylko po górach bym poskładał.

 Skończyło się tak: oni byli zawiedzeni, a ja pojechałem do domu. Za 2 dni zadzwonili, że jakaś nieznajoma pani z Seulu kupiła mi auto terenowe. Jak się później okazało, właśnie to, które wybrałem.

 I tak zaczęła się jazda ciężarówką. Po rzece, bo nie ma drogi po drugiej stronie, wszędzie dookoła pola ryżowe. Pierwsza jazda – 800 m, może trochę więcej – zajęła mi półtorej godziny. Dlaczego? Bo w którymś momencie zawiesiłem się na stromej ścieżce, samochód niebezpiecznie balansował – dwa koła były w powietrzu, tak po przekątnej. Siedzę i mówię pacierze: „Panie Jezu, podeślij kogoś, żeby usiadł na pace samochodu po właściwej stronie”. Gdzieś po 40 minutach szli ludzie, wsiedli, przeciążyli samochód na stronę zbocza. Ja zaś wysiadłem i wieloblokami (wielostopniowa przekładnia łańcuchowa) wyciągnąłem samochód. Straciłem przy tym trochę wagi…

Wbrew temu, co się mówi, koreańskie samochody nie są najmocniejsze, a terenowe nadają się do jazdy po asfalcie, toteż ile ich się na naszej „drodze” nałamało, jeden Pan Bóg wie.

Wielokrotnie doświadczyłem, że to miejsce Pan Bóg wybrał i Jego wolą jest, by było tu sanktuarium Jezusa Miłosiernego. Przychodzący ludzie szukają pogłębienia wiary, tworzą się grupy.

Choć nie jest zatwierdzone, mogę śmiało powiedzieć, że mamy tu sanktuarium. Od samego początku ludzie, którzy tu przychodzą są bardzo poruszeni łaskami Miłosierdzia.

Bóg kreśli wspaniałe plany. Często, stając wobec jakiegoś problemu w realizacji tego planu, pytam: „Panie Jezu, jak to zrobimy?” I nie zostaję sam.

Duży obraz Jezusa Miłosiernego, który tu mamy, otrzymałem od ludzi z zachodniej Australii, mocno zakochanych w Miłosierdziu Bożym. Nigdy przedtem ani potem nie spotkaliśmy się. Pojechali oni do Łagiewnik, uprosili obraz. Taki obraz długo się maluje. Zwykle w tym czasie siostry modlą się o błogosławieństwo Boże dla tych, którzy będą się modlili przed nim. Kiedy obraz był gotowy Australijczycy zabrali go ze sobą. Podczas peregrynacji po parafiach w Perth przychodziły tłumy. W Australii jest tak: w dni powszednie wierni często gromadzą się w domach, dzieląc się doświadczeniem wiary, a w niedzielę uczestniczą w liturgii parafialnej. Dostałem od nich wiadomość, że Pan Jezus kazał im posłać obraz tutaj. I dostałem go, na swoje imię i nazwisko, z informacją, że to obraz z Łagiewnik. Widać w tym wyraźnie działanie Boga.

Pośród wzgórz wokół kościoła znajduje się wiele koreańskich baz wojskowych (do granicy jest niewiele ponad 20 km). Są one zwykle małe i nierzucające się w oczy.

Kiedyś, jechałem akurat na budowę, spotkałem kilku żołnierzy. Zapytałem, dokąd idą. Powiedzieli, że tu jakiś ksiądz buduje kościół i tam się wybierają. „Siadajcie na pakę, to was zawiozę” – zaproponowałem.

Kiedy przyjechaliśmy na miejsce, każdy dostał swój przydział pracy. No i nosiliśmy w małych workach (25 kg) kruszywo, piach, worki z cementem i wodę. Trwało to półtora dnia. Żołnierze po pierwszych 18 godzinach padali. Przyjechała też ekipa z mojej parafii, ale z nich tylko jedna osoba nadawała się do pracy, reszta do dyrygowania.
I tak wylaliśmy pierwsze fundamenty. Można powiedzieć, że pierwsze 50 ton fundamentów wnieśliśmy pod górkę na własnych plecach.

Kiedyś przy rzece rozlokował się wakacyjny obóz dziecięcy z parafii, w której pracowałem. Sto kilkadziesiąt osób w wieku 8-12 lat. One powiedziały: „Szimbunim, my ci pomożemy”. Zrobiły „taśmociąg chiński” do pobliskiego strumienia – kamienie wędrowały z ręki do ręki i dzieci wyłożyły pierwszą warstwę pod fundamenty kościoła – zajmowała 20 piongów.
Potem laliśmy jeszcze kilka warstw fundamentów, żeby były mocniejsze. Ale to już historia.

 Dzisiejsza Korea to nie ten sam kraj. Można powiedzieć, że wyszła z budownictwa drewnianego do nowoczesnych technologii budowlanych. Można ich za to podziwiać.

To, jak pracowaliśmy, było bardzo ciekawym doświadczeniem.

Dziś jest inaczej. Trzy lata temu biskup erygował dom w porozumieniu z wyższym przełożonym i zaczął się tu nowicjat. A w ubiegłym roku dom poświęcił. Miał najpierw poświęcić tylko mozaikę Chrystusa Miłosiernego przed kościołem, ale później, na 2 tygodnie przed przyjściem, dodał, że konsekruje też ołtarz oraz poświęci cały dom. To, czego nie mogliśmy zrobić w 10 lat, zrobiliśmy w kilkanaście dni, żeby za bardzo się nie wstydzić. Resztę już będziemy robić stopniowo. Teraz bracia kontynuują, uczestniczą w dalszych pracach. Można dać coś gotowego, skończonego, ale wtedy nie ma takiego zaangażowania serca. Jak dostaniesz wszystko gotowe, nie poznasz smaku życia. A tak, szukaj rozwiązań – wtedy możesz Pana Boga poznać.

  Taki jest początek. Chodzi o to, żeby tu była prowadzona permanentna formacja dla tych, którzy stają się apostołami Miłosierdzia Bożego.

Z pomocą różnych osób, a na pewno z łaską Bożą, w drugiej połowie lipca ubiegłego roku zaczęliśmy wysadzanie bardzo twardych skał – powstały wykopy na głębokość 17,5 m – to prawie 6 pięter pod ziemią. Zanim dotarliśmy do potrzebnej głębokości trzeba był kilka razy wysadzać – był ogrom skał do wywiezienia.

Centrum będzie miało na powierzchni 4 poziomy, jeden pod ziemią. Będą sale konferencyjne, kaplica, kilkadziesiąt pokoi, zaplecze socjalne ze stołówką na jakieś 400 osób. Bo zimą ludzie nie mają się gdzie schronić.

A ludzie przychodzą. Coraz więcej. Są czuwania co miesiąc, nabożeństwa fatimskie (maj-październik), ruszyliśmy z rekolekcjami ZAK. To cieszy, ale problemem jest woda, ściślej jej brak. Do niedawna, jak zabrakło, trzeba było jechać ze zbiornikami na dół i przywieźć.

Zrobiliśmy odwierty głębinowe, zainstalowaliśmy pierwsze pompy. W noc przed grudniowym czuwaniem okazało się, że zbiorniki na naszej wieży kościelnej są puste. Za parę godzin mieli przyjechać ludzie – trzeba załadować zbiorniki na ciężarówkę i przywieźć ze 2 tony wody. Pomyślałem, że jak w nocy pojadę ciężarówką wszyscy w okolicy się pobudzą – teraz mamy taką starą, ale dobrego typu, wywrotkę 4x4 (48 biegów). Odłożyliśmy wszystko do 5.00 rano, ale już się nie dało. Sypało ostro śniegiem. Dokonaliśmy więc z bratem Andrzejem i Józkiem, klerykiem, heroicznego aktu wyjęcia z dolnych odwiertów pompy z całą instalacją (kable elektryczne, kable sterowania i giętka rura – wszystko w jednym kawałku 100 metrów) i przeciągnęliśmy to wszystko 300 m do górnych odwiertów. Mokra śnieżyca i zmaganie się ze stromym, błotnistym zboczem do 17-tej. Pierwsza próba i... popłynęła pierwsza tona wody. Odetchnęliśmy z ulgą – do wieczora woda w zbiornikach będzie.

Niezależnie od tego, co miejscowi mówią, widać, że Pan Jezus dba o sprawę. Wszystko opiera się na wierze. Kiedyś na pustyni Pan kazał Mojżeszowi uderzyć w skałę i wypłynęła woda. Sam Mojżesz, nie będąc pewny, uderzył laską dwa razy, za co odebrano mu łaskę wejścia do Ziemi Obiecanej. Człowiek się jedynie zastanawia, żeby samemu nie popełnić takiego błędu...

W każdym razie teraz mamy pełne zbiorniki. Brat Andrzej dwa razy dziennie pompuje i to wystarcza. Trzeba będzie jeszcze zrobić stałą instalację.

Najważniejsze jest to, że Bóg daje łaskę i nam, i tym, którzy tu przychodzą.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się bardzo prosto! W 1995 roku była solidna, śnieżna zima. Udało się kupić węgla w okolicy i mogłem ogrzać pomieszczenie. Przyjechało kilka osób, wśród nich polska siostra zakonna. W tej zawierusze pojawiły się też 3 osoby, katolicy, i zostały z nami. W ciepłym pomieszczeniu wspólnie modliliśmy się. To był początek comiesięcznych czuwań.

Pomyśleliśmy, że przydałaby się jeszcze pielgrzymka miłosierdzia. I zorganizowaliśmy taką. Szło się 4 dni, trzeciego przecinając pasmo gór i odwiedzając miejsce męczeństwa pierwszych Koreańczyków. Od tego czasu chodzimy co roku.

Zasadniczo na czuwaniach ani razu nie modliłem się sam. Zawsze realizowało się: „gdzie dwóch albo trzech się zbiera w imię moje…”. Bardzo żywe było odczucie obecności Chrystusa w Eucharystii.

Dopiero po kilku latach dowiedziałem się, jaką atrakcją były te czuwania dla ludzi. Każdy miał swoją świecę w ręce. Wprawdzie nie było solidnej podłogi, ołtarz był niski (40 cm), na podłodze. Zamiast lampy światło dawała świeca na ołtarzu. W miesiącach zimowych obok ołtarza stała dodatkowa świeca – służyła za piec. Jej płomień lizał fajerkę umieszczoną nad nią. Po jakimś czasie fajerka była lekko ciepła – dzięki temu była już inna wilgotność, odrobinę cieplej i już dało się wytrzymać.

Kiedy było najzimniej nie dało się spać i nocami adorowało się Pana Jezusa do świtu. Wschodzące słońce podnosiło temperaturę o kilka stopni. Sen przychodził natychmiast, 2-3 godziny. Potem można było pracować przez cały dzień.

Stopniowo pojawiało się coraz więcej ludzi. Kiedyś latem, chociaż było wysoko, babcie przyszły, żeby się modlić. Akurat zalewała nas woda – na podłodze było tak do pół łydki. Zaczęły puszkami i wiadrami zbierać ją. Mówiliśmy: „Panie Boże, prosiliśmy Cię o wodę, ale nie w kościele”. Ewangelicznie idąc dalej: darmo dostaliście, darmo dawajcie – wywierciliśmy dziurę przy podłodze w ścianie i woda popłynęła dalej, zostało tylko do połowy stopy.

Największa wilgoć jest w lipcu i sierpniu. Mocno świeci słońce i dużo pada, co nie przeszkadza jednak tu przychodzącym ludziom. Dzięki nim mogliśmy zorganizować sierpniowe 10-dniowe czuwania. To ciekawa historia…

Za pierwszym razem przeprawiłem się przez rzekę sam. Lekarze kazali mi leżeć długo. No to położyłem się na podłodze (stary koreański sposób. W normalnych domach podłoga jest ogrzewana, spanie na niej jest zdrowe. Do nas to „zdrowie” przyszło dopiero wraz z pojawieniem się nowicjuszy, czyli po 13 latach). Na ołtarzu był obecny Pan Jezus w Eucharystii. Za-częli pojawiać się pojedynczy ludzie: „Szimbunim, u spowiedzi byłem kilkadziesiąt lat temu...”. Odchodzili przemienieni. Czasem były to 2, 3 osoby na raz. W sumie przewinęło się 146 osób. Zastanawiałem się, jak tu trafili – pewnie jeden drugiemu powiedział. Zakończyliśmy 15 sierpnia.

I tak już trwa. Przyjeżdżają ludzie, modlą się, nocą śpią tam, gdzie za dnia siedzą. Pan Jezus jest cały czas wystawiony. Wiele osób, nawet spośród tych na eksponowanych stanowiskach, przyjeżdża na rekolekcje.

Teraz z daleka widać, gdzie jesteśmy, gdyż uwagę zwraca, widoczna z drogi, mozaika z Jezusem Miłosiernym, wraz z cokołem o wysokości 8 m.

Mozaika powstała w Pracowni Witraży i Mozaik pozostającej pod kierownictwem artystycznym pani profesor Teresy Reklewskiej (Warszawa).

A zaczęło się od tego, że kiedyś przyszła mi do głowy myśl: „A może by tu zrobić figurę Pana Jezusa?”. Wspomniałem o tym jednej z polskich sióstr, a ona na to: „Nawet się nie waż! Taka duża figura będzie straszyć nocą w tym lesie”. I stanęło na tym, że będzie mozaika.

Kilka dni później, kolejka do spowiedzi, przychodzi kobieta i mówi: „Słuchaj, Szimbunim, modliłam się – przed domem musi być figura Pana Jezusa”. Powiedziałem, że będzie mozaika, a ona na to: „To ja ci przyniosłam pieniądze”.
I tak zaczęły się pierwsze składki, bo to jest przecież ogromny koszt.

Wcześniej została wybetonowana podstawa, a na niej docelowa grota. Nawet staruszkowie na wysokości kilku pięter pchali taczki z betonem.

Mozaika przypłynęła statkiem po roku. W skrzyniach starannie zabezpieczono poszczególne elementy. Pojechałem samochodem, żeby je odebrać na cle, jakieś 500 km od nas. W tym czasie ludzie się gromadzili, żeby przywitać Pana Jezusa – tak jak w Polsce podczas peregrynacji obrazu Jasnogórskiej Pani. Wiedzieli, że w tych skrzynkach jest złożony Pan Jezus i koniecznie chcieli choć dotknąć skrzynki.

A potem przyjechały 3 osoby z pracowni i mozolnie układały mozaikę na wewnętrznej ścianie groty. Wzbudzała wielkie zainteresowanie. Poprosiłem biskupa o poświęcenie mozaiki.

Na dzień przed uroczystością weszliśmy z ks. Jarkiem na dach całej konstrukcji, inni na sam koniec nie odważyli się. Zaklepywaliśmy arkusze blachy miedzianej na dachu.

Tempo prac było niesamowite – trwały do ostatniej chwili. Dwie godziny przed przyjazdem biskupa kładliśmy wykładzinę na podłodze w kościele.

Od rana pogoda była piękna, słoneczna. Przygotowaliśmy ołtarz, nagłośnienie, miejsca siedzące dla ok. 300 osób. Miała być Msza św. polowa, ale zapowiadali tajfuny. Co mieliśmy robić? Przenieśliśmy wszystko do kaplicy – przewidziana jest na 120 osób, a było ok. 300. Proszę nie pytać, jak było w środku.

W tym roku chcemy przygotować miejsce na zewnątrz, żeby na Święto Miłosierdzia można było, oprócz Mszy św., zorganizować festiwal, festyn, jakieś konkursy, pokaz filmu.

Od kilku lat wydajemy „Apostoła Miłosierdzia Bożego” w języku koreańskim. Zastanawialiśmy się nad tą ideą przez trzy lata, ale brak jakości „formy” i skromne fundusze ciągle nas powstrzymywały.

Kiedy byłem w Japonii, odwiedziłem najmłodszego z grupy polskich franciszkanów, którzy wyjechali z Niepokalanowa z o. Maksymilianem Kolbe, br. Romana Kwietnia. Miał 84 lata. Zapytałem go jak to możliwe, że już w pierwszym miesiącu wychodził „Rycerz Niepokalanej”, jak sobie radzili, skoro tak wiele im brakowało, skąd brali pieniądze na farbę drukarską. Powiedział: „Pawełku, jak nie było na farbę, braliśmy z jedzenia”. To jedno zdanie zabrzmiało jak światło łaski. Miałem przed sobą ludzi, którzy mieli wszystko od Niepokalanej i dla Niepokalanej.

Dzisiaj bywa, że nasze myślenie w Kościele tym się różni, że jak mamy podjąć jakąś akcję apostolską najpierw obliczamy, czy mamy na nią środki, i dopiero bierzemy się za to. Oni podchodzili zupełnie inaczej – od razu wszystko przeznaczali na Boży cel i to realizowali. Ta wizyta trwała chyba tylko 5 dni. Wróciłem z powrotem. Wraz z tamtym poruszeniem serca wobec franciszkańskiego świadectwa, ruszył nasz pierwszy „Apostoł Miłosierdzia”. Miał pół strony i nakład 4 czy 5 sztuk.

Zaczęło się szukanie innych (bo ja jestem „niepiśmienny”), którzy by to robili.

Przypomniały mi się jeszcze słowa Matki Angieliki ze Stanów, która dzieliła się swoim doświadczeniem na temat pracy w mediach. Uważana jest za wzór, bo jej się udało. Mówiła, że jeśli masz coś do zrobienia w parafii i zaprosisz do tego 1 000 osób, jak się odezwie 5% (50 osób) jest to ogromny sukces i trzeba go przyjąć z radością. Potem zaczniesz mówić, co i jak powinno być zrobione, poczynicie pewne ustalenia – z tych, co pozostali weźmie się do pracy 5% (2-3 osoby). To też jest sukces. Imię Matki Angeliki utożsamiane jest z najprężniejszą katolicką stacją ewangelizacyjną w Stanach Zjednoczonych (EWTN). Mają piękne programy, świetne nauczanie teologiczne.

Doszedłem do wniosku, że zrobię inaczej. Nie będę szukał 1 000 osób, żeby dla nich drukować – nie ma na to pieniędzy. Postanowiłem wydrukować ową pierwszą kartkę („Apostoła Miłosierdzia”) tylko dla takiej osoby, która tego chce. Wybrałem „poczekanie” na te 2-3 osoby z 1 000. Z ust do ust wieść się rozchodziła – pisemko dotarło do 6 500 osób. Regularnie drukujemy 4 200 egzemplarzy. Dostają je Koreańczycy w 9 krajach, wszystkie na indywidualne zamówienia. Nie pamiętam statystyk, ale na 28 więzień w Korei w 24 dostawali nasze pismo, oczywiście na ich prośbę.

Piszą do pisma różni ludzie, ja czasami też, choć nie czuję się w tym specem. Był taki czas, że pismo miało nawet ponad 100 stron i jeden z biskupów mówił, że jest to jedno z dwóch najlepszych pisemek katolickich w kraju.

U nas nie ma sztabu osób zajmujących się przygotowaniem. Przez 6 lat zajmowała się tym pewna świecka pani. Robią wszystko osoby, na co dzień zajmujące się zupełnie czymś innym, przygotowują coś, kiedy mogą. Bogu dzięki, że w ogóle robią.

Naśladując franciszkanów wszystko najpierw drukowaliśmy na dwóch japońskich maszynach. Nakład wymagał wydrukowania 240 tys. arkuszy na raz. Potem ręczne rozsortowywanie, falcowanie, zszywanie, obcinanie po ostatecznym zagięciu. Za każdym razem praca trwała już nie dzień, jak dawniej, ale dzień i noc, i dzień, i kawałek następnej nocy. A potem jeszcze pakowanie według wskazań poczty, grupami według systemu kodowego, bo wtedy mamy 50% zniżki przy wysyłce – a to kilkaset dolarów oszczędności. Na koniec w pośpiechu rozjeżdżaliśmy się, każdy do swojej pracy, czyli polscy studenci na poszczególne uniwerki do Seulu do pisania doktoratów, a ja najczęściej do bazy lotniczej. Nikt nie pytał, czy spałeś czy nie.

Ile w czasie tej pracy było rozmów o Bogu i na inne tematy, jedzenia lodów, śmiechu… A kiedyś jedliśmy nawet jajecznicę z rodzynkami, bo tylko to umiałem zrobić i takie produkty były pod ręką. Do dzisiaj mi wypominają, że im kazałem to jeść.

To ciekawe doświadczenie dla grupki świeckich, którzy przy tym pracowali. Dla sprawiedliwości trzeba jeszcze dodać fakt, że nasze pisemko „ciągle” jest opóźnione, nie wszystko wychodzi tak, jak w prawdziwej drukarni czy wydawnictwie. Ot, ułomność ludzka.

Był taki moment, że „Apostoł” miał swoją stronę internetową – niestety, utknęła.

Od 14 lat pracuję również w amerykańskiej bazie lotniczej. Wśród jej żołnierzy powstała inicjatywa utworzenia „latającego uniwerku” raz w tygodniu. Wtedy jeszcze nie było katolickiego katechizmu w Internecie. Rozmawialiśmy o trudnych problemach Kościoła. Wyrażali swoje opinie. Nie miałem czasu, by oceniać ich wypowiedzi, więc tylko mówiłem, jakie odpowiedzi są prawidłowe, albo – szukaj dalej, nie znalazłeś. To byli oficerowie wysocy rangą, ludzie po studiach, mający pasję robienia czegoś.

Były też próby pozostawiania nagrań dźwiękowych w Internecie, dla tych, którzy nie mogli przyjść na wtorkowe Msze św. Ale kontynuowanie tego nadal pozostaje „marzeniem ściętej głowy”.

Od paru lat uczestniczymy w kongresach Miłosierdzia w krajach Azji i nie tylko. Szkoda wymieniać wszystko, bo można zbyt dobrze wypaść. Chętnych do jeżdżenia i stania godzinami za kamerami telewizyjnymi przez 4-5 dni – brak. Za każdym razem jest to partyzantka. Na I Światowym Kongresie Miłosierdzia w Rzymie za jedną z kamer stała pani, która... nigdy tego nie robiła. A mimo to, u wielu osób budziliśmy podziw. Dobrze, że za wysięgnikiem telewizyjnym stała Ania i jej tata Waldek. Idea jest taka: próbujemy robić dokumentację video dla tych, którzy o tym jeszcze mało wiedzą czy sprzętu nie mają.

Dobrze, że łaska działa, tak jak chce. A dowodzi tego taka sytuacja:

Na lutowym czuwaniu nocnym pojawiły się po raz pierwszy dwie starsze już kobiety z wyspy Dokdo. Przez lata marzyły o wyprawie na Górę Miłosierdzia (tak ludzie nazywają nasze miejsce). Ich wzruszone twarze przypomniały mi dawną historię.

Ok. 14 lat temu byłem u nich, by powiedzieć coś o Bożym Miłosierdziu. Wypłynęliśmy z portu Incheon, 4 godziny na pełnym morzu. Przyjęto mnie bardzo serdecznie. Ludzie skromni, serca ogromne. Do jedzenia tylko ryby. Trudne warunki życia „zachowują” ich zwyczaje przed skażeniem szybko żyjącego świata. Woda, łodzie, sieci, ryby... i tak w kółko. Prostota urzekająca. Potem do iluś chętnych osób wysyłaliśmy „Apostoła”, ale w większości otrzymywaliśmy zwrot z notatką, że nie ma takiego adresu – a miejscowość tak mała, że wszyscy znali się doskonale. Jak się później dowiedziałem, na prośbę księży lokalnych listonosz odsyłał pismo.

Tak było – kiedyś księża lokalni protestowali przeciwko głoszeniu orędzia Miłosierdzia Bożego, nie roz-mieli go, a kult i tak się rozszerzał. Pan Jezus tego chciał, działała łaska Boża…

Notatki z rozmowy z ks. Pawłem Zawadzkim SAC spisała Jolanta Fidura
 
SMS misje