|
Z takim pytaniem zwróciliśmy się do kilku spośród misjonarzy pracujących w Brazylii. Co odpowiedzieli – możecie Państwo przeczytać poniżej.
Ks. Jan Piotr Stawicki SAC, proboszcz parafii p.w. św. Sebastiana w Niterói – Itaipu: „Gdy myślę o Maryi w moim życiu, przypomina mi się obraz Matki Bożej z nawy bocznej kościoła parafialnego w Kowalu, gdzie z jednej strony jest namalowany kanonik, prawdopodobnie miejscowy proboszcz, a z drugiej kasztelan grodu. Nie istnieje jakiś szczególny kult tego wizerunku, ale to właśnie przy tym obrazie zatrzymywałem się jako mały ministrant, nastolatek, członek zespołu młodzieżowego, nowicjusz, kleryk. Tuż obok stoi konfesjonał, do którego przychodziłem co miesiąc, aby oczyścić moją duszę i wtedy, przed spowiedzią, prosiłem Matkę o siłę i odwagę, abym mógł szczerze wyznać moje grzechy, a po spowiedzi - o wytrwałość w łasce Bożej. Lata mijały i któregoś dnia dane mi było zasiąść w konfesjonale, już jako ksiądz pallotyn i wtedy dziękowałam, przypominając sobie...
...te lata wspierania. Ilekroć wracam na wakacje do Polski i proszą mnie w tej parafii o spowiedź, wyjątkowo tylko ten konfesjonał jest wolny. Wtedy zasiadam w nim i dialoguję z moją Matką – rozmawiam z Nią wspominając o problemach parafialnych, wspólnotowych i osobistych, kiedy jedynym światłem w ciemnym tunelu była Ona; kiedy z intencji osobistych pielgrzymowałem pieszo do Częstochowy, Fatimy czy teraz Aparecidy w Brazylii, kiedy noce spędzałem w Jej sanktuariach o licznych nazwach, lecz poświęconych tej samej osobie: Maryi, Matce Chrystusa. Nigdy nie zostałem nie wysłuchany, a dowody tego budziły „gęsią skórkę”, gdy Jej odpowiedź była prawie natychmiastowa.
Dziś czuję się wielkim dłużnikiem po tylu manifestacjach Jej dobroci i opieki nade mną i moim powołaniem. Czasami aż wstydzę się jeszcze raz prosić o jakąś łaskę, ale wiem, że Ona zawsze mnie wysłucha, ta Matka – z Kowala, z Częstochowy, Lichenia, Fatimy, Aparecidy, Luján … Matka Boża!”
Ks. Stanisław Krajewski SAC, proboszcz parafii p.w. Matki Bożej Chwalebnej w Manaus, stolicy Amazonii: „Sloganem będzie użycie terminu, że „od dzieciństwa wychowywałem się w pobożności maryjnej”. Ale tak było i jest – zawsze w moim domu rodzinnym pobożność maryjna odgrywała szczególną rolę. W maju stroiliśmy przydrożną figurkę Matki Bożej i śpiewaliśmy wieczorem Litanię Loretańską. Choć do najbliższego kościoła w Wygodzie było ponad 6 km „od zawsze” chodziliśmy w adwencie na roraty – pieszo, w mrozie i po śniegu. Niektóre sąsiadki mówiły Mamusi: „Jak ci nie szkoda tych dzieci tak rano zrywać do kościoła i pieszo wysyłać”. Bogu dzięki, Mamusia ufała Bogu i wstawiennictwu Matki Najświętszej, a nie sąsiadkom.
Rodzice mieli szczególny kult do Matki Boskiej Wysokokolskiej i co roku zabierali nas (brata, siostrę i mnie) na odpust do Wysokiego Koła. Kiedy miałem 13 lat Tatuś po raz pierwszy zabrał mnie do Częstochowy. Później, co roku, już sam jeździłem na Jasną Górę.
Wielkim przeżyciem była dla mnie peregrynacja kopii Cudownego Obrazu w 1975 r. w naszej parafii Policzna. Jeszcze dziś mam przed oczyma ludzi z mojej wioski i parafii, ubierających dniami i nocami pobocza dróg, którymi miała „przechodzić” kopia Cudownego Obrazu. Nie zapomnę też zdarzenia z moim zegarkiem. Z okazji I komunii św. otrzymałem zegarek. Podczas wykopów, kiedy zbieraliśmy w polu ziemniaki, zgubiłem go. Pracując cały czas modliłem się żarliwie do Matki Bożej, powtarzając bezustannie „Zdrowaś Maryjo” – i zegarek się znalazł. Ta dziecięca wiara dziś staje mi przed oczami – czasami jak wyrzut sumienia. Z westchnieniem mówię do siebie: „Mój Boże, gdzie jest ta moja dziecięca wiara?”
W liceum moja pobożność maryjna nabrała jeszcze bardziej cech wspólnotowych. Miałem szczęście mieszkać w internacie z rówieśnikami, którzy też kochali Matkę Bożą i zawsze wspólnie odmawialiśmy różaniec (dwóch z nich jest kapłanami). Odmawianie różańca świętego jest dla mnie jak spożywanie chleba naszego powszedniego – tak naturalne i zarazem tak potrzebne dla mojego życia. Nowicjat i Seminarium to czas bardziej dojrzałego i „formalnego” zawierzenia się Matce Bożej. Wielkim przeżyciem było dla mnie pielgrzymowanie na Jasną Górę. Te piesze pielgrzymki (było ich 8) jako maturzysta, postulant, kleryk, ksiądz umacniały we mnie miłość do Boga i Jego Matki. Chwile w kaplicy Cudownego Obrazu Matki Bożej na Jasnej Górze to jakby przedsmak nieba na ziemi. Zawsze wspominam te chwile, z łezką w oku, jako najszczęśliwsze chwile mojego życia: „Jest zakątek na tej ziemi, gdzie powracać każdy chce, gdzie króluje Jej oblicze..”
Matko Najświętsza – Królowo Polski – w Twoje macierzyńskie ręce powierzam życie moje.”
Ks. Jarosław Karczmarek SAC (Pe. Lucas) – proboszcz parafii św. Elżbiety Portugalskiej w Rio de Janeiro: „Ucieszyłem się, że mogę własnymi słowami wyrazić wdzięczność Matce Bożej i naszej za obecność i czułość od dziecięcych dni po kapłańskie i misyjne lata służby. Tej, która umocniła życie mojemu Ojcu i pomogła je przemienić, wyzwolić się z nałogów; wyprosiła życie mojemu kochanemu braciszkowi, kiedy miał dwa latka, a ja trzymałem go w moich rękach, trzęsącego się z gorączki; pomogła mojej siostrze uratować małżeństwo w kryzysie; mojej mamie (zawsze wspieranej modlitwą różańcową każdej nocy przy łóżku) w trudnych codziennych zmaganiach. Cóż dopiero wspomnieć o mojej drodze powołania kapłańskiego.
Maryja była zawsze obecna w chwilach zwątpienia, rezygnacji, niesprawiedliwości – w sercu droga, cierpliwa w upadkach i łagodna w smutkach. Wierna do końca we wstawiennictwie za grzeszne postępki i wytrwała w nadziei, że dobro zwycięży wszelkie przeszkody i staniemy się Jej godnymi synami. Z Jej serca czerpię siłę w chwilach zmęczenia; z Jej tak dobrego serca płynie spokój, który mnie uspokaja w chwilach zdenerwowania; z Jej ukochanego serca otrzymuję łaskę, która wypala zło napotykane w ludziach.
Lubię śpiewać z Nią, gdy jestem w potrzebach i z Jej słowami usypiać w spokoju.”
Ks. Stefan Kajfasz SAC - proboszcz parafii pw. św. Rity w Itaperunie: „Może zacznę od dzieciństwa. Urodziłem się w wiejskiej rodzinie, w Spytkowicach koło Zatora, w parafii poświęconej św. Katarzynie. W bocznym ołtarzu kościoła umieszczony jest przepiękny obraz Matki Bożej Spytkowickiej, który jest obiektem kultu Matki Bożej w dekanacie zatorsko-spytkowickim. Moi rodzice głęboko wierzyli i wiele się modlili. Od kiedy sięga moja pamięć, słyszę do dziś wspaniały tenor tatusia, śpiewający godzinki do Najświętszej Maryi Panny. Mamuśka czasem śpiewała z nim, ale częściej widziałem ją siedzącą cichutko w kąciku izby i przesuwającą paciorki różańca świętego. Ta modlitwa płynęła z głębi serca, wynikała z głębokiej wiary i pełnego oddania się Bogu przez ręce Maryi. W naszej rodzinie cześć Matce Bożej oddawano szczególnie w miesiącach maryjnych (maj, październik). Od kiedy zacząłem chodzić do szkoły starałem się codziennie być wtedy na nabożeństwach maryjnych. Mimo, iż czasem było trudno ze względu na prace polowe.
Któregoś roku, pod koniec maja, poszedłem do szkoły boso (to było normalne). Ze szkoły nie wróciłem do domu, ale poszedłem za końmi w pole. Kiedy zbliżała się godzina nabożeństwa wieczornego poprosiłem pana Medrysę, aby mi pozwolił iść do kościoła. Kiedy wchodziłem zobaczyłem, że nie mam butów. Nie poszedłem do zakrystii (byłem ministrantem), ale cichutko usiadłem w ostatniej ławce pod chórem, wsadziłem bose nogi pod ławkę, żeby nikt nie widział, ale nie opuściłem nabożeństwa majowego. Ile to razy przy żniwach albo wykopkach w południe i wieczorem, schodząc z pola, tatuś zaczynał „Anioł Pański zwiastował pannie Maryi…” i modlitwa leciała po łąkach, po drogach, rozlewała się po zbożach i ginęła gdzieś daleko, dokąd oko ludzkie nie sięga.
Inny rozdział to adwent i nabożeństwa roratnie – i ta świeca, rozjaśniająca ciemność zimowego poranka, zwiastująca nowe światło – Maryja niosąca Chrystusa. W takiej atmosferze rosło moje powołanie (o którym jeszcze nie wiedziałem).
Po skończeniu szkoły podstawowej pozostałem w domu, gdyż ze względu na zbyt młody wiek (13 lat) nie przyjęto mnie do technikum górniczego w Krakowie. Z jakiejś okazji dostałem od ks. kanonika Andrzeja Zręby pierwszy prezent – książkę „Pan Tadeusz”. Byłem urzeczony inwokacją, której nauczyłem się na pamięć i pamiętam do dziś. Ten właśnie ks. kanonik, będący proboszczem mojej parafii, zapytał mnie pewnego dnia: „Stefek, nie chciałbyś iść do seminarium? Dominikanie otworzyli w Jarosławiu niższe seminarium.”. Złożyłem papiery, zdałem egzamin wstępny i tak zostało. W czasie żniw tatuś musiał zrobić prześwietlenie – skierowano go na Kopiec (koło Wadowic). Tam dowiedział się, że jest dodatkowy egzamin wstępny do niższego seminarium u Księży Pallotynów. I tak się zaczęło…
I znowu przyszło głębokie nabożeństwo do Matki Bożej – Królowej Apostołów. Do Brazylii przyleciałem w dniu Patronki Brazylii – Matki Bożej z Aparecidy (Nossa Senhora Aparecida) – 12. października 1976 r.; w Brazylii jest to także Dzień Dziecka.
I tak Maryja troszczy się o to swoje dziecko, któremu, kiedy miało ok. 3 lat, lekarze nie dawali 24 godzin życia. I tak żyje „na kredyt” u Pana Boga – za wstawiennictwem Matki Bożej Spytkowickiej i Królowej Apostołów Apostołów de Nossa Senhora Aparecida.”
Ks. Artur Karbowy SAC, wikary w kościele p.w. św. Elżbiety w Rio de Janeiro: „W moim życiu Maryja stała zawsze jakby z boku, przyglądając się i opiekując się mną i moimi czynami. A zaczęło się od dzieciństwa, gdyż parafia, z której pochodzę pozostaje pod opieką Matki Bożej Szkaplerznej. W kościele tego Jej imienia otrzymałem pierwsze sakramenty, w nim odprawiłem swoją mszę św. prymicyjną. Lata seminaryjne i święcenia to czas opieki Matki Bożej pod tytułem Królowej Apostołów. W trakcie seminarium pielgrzymowałem z Warszawską Pieszą Pielgrzymką w grupie 17 do stóp tronu Maryi na Jasnej Górze. Podczas tego pielgrzymowania Maryja dała mi poznać wspaniałych ludzi, którym wiele zawdzięczam. Niektórzy z nich to moi przyjaciele, z którymi dane mi było przeżyć zarówno chwile wzniosłe, jak i chwile załamań.
Po święceniach pracowałem w parafii Najświętszej Maryi Panny Królowej Świata. I zapewne pod natchnieniem Królowej Świata jako kraj swojej pracy misyjnej wybrałem Brazylię. Po ukończeniu kursu języka portugalskiego otworzyłem dekret i przeczytałem, że zostałem mianowany wikariuszem w parafii Niepokalanego Poczęcia w Cachoeiras de Macacu. Po raz kolejny moja pierwsza parafia znajdowała się pod szczególną opieką Matki Bożej. Co więcej – już w pierwszym tygodniu pobytu udałem się, wraz z parafianami, na pielgrzymkę do Narodowego Sanktuarium Maryjnego Brazylii w Aparecida. Autokar wyruszył na pielgrzymkowy szlak o północy, a ok. 5 nad ranem już byliśmy na miejscu.
Już wcześniej słyszałem, że sanktuarium w Aparecida jest duże, ale to co zobaczyłem przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Ogromna bazylika, zbudowana w kształcie krzyża greckiego, w której znajduje się malutka figurka patronki Brazylii. Szokiem była też ogromna liczba pielgrzymów – kilka tysięcy ludzi, choć była to zwykła majowa niedziela. W specjalnie wyznaczonym miejscu mnóstwo świec, zapalonych w podzięce lub z prośbą o określoną łaskę, przez tych, którzy z ufnością zwracają się do Maryi. W podziemiach mieści się sala podziękowań, wypełniona niezliczoną ilością wotów, będących dziękczynieniem, a zarazem świadectwem otrzymanych łask. Obok różnych protez, butelek po alkoholu, zdjęć szczęśliwych par małżeńskich znajdują się tu koszulki znanych piłkarzy, dziękujących Maryi za kolejne Mistrzostwo Świata dla Brazylii. Przed bazyliką ciągną się długie kolejki wiernych, którzy pragną chociaż przez chwilę stanąć przed obliczem Matki Bożej z Aparecidy, aby prosić, dziękować lub tylko powiedzieć: przybyłem, dziękuję.
Poszedłem do zakrystii, aby przygotować się do Mszy św. i kolejna niespodzianka: na ścianie wisi obraz Matki Bożej z Częstochowy. Maryi została powierzona moja praca w Brazylii. Kolejna moja parafia nosi wezwanie św. Elżbiety Portugalskiej - tu opiekuję się m.in. grupą Legiăo de Maryja (Legion Maryi), z którą spotykam się w każdą środę, aby przez półtorej godziny wspólnie odmówić różaniec i zastanowić się jak kierować się wzorem Maryi oraz jak w praktyce naśladować Syna Maryi w życiu codziennym.
Rozważając to wszystko, muszę przyznać, że Maryja w moim życiu jest taką prawdziwą Matką stojącą z boku i wskazującą, którą drogą kroczyć.”
Ks. Jan Sopicki SAC – …. w Novo Airao w Amazonii: „Jak daleko sięga moja pamięć, uświadamiam sobie specjalną opiekę Matki Bożej w moim życiu. Do niej się modliłem jako dziecko. Pewien fakt, który pozostaje moją osobistą tajemnicą, uwarunkował w jakiejś mierze moje dzieciństwo i początki powołania. Będąc już uczniem liceum wadowickiego oddałem się w szczególną opiekę Matce Bożej Nieustającej Pomocy w miejscowym kościele parafialnym, prosząc Ją o opiekę nad realizacją mojego powołania. Zobowiązałem się wtedy, że pieszo pójdę z domu do Częstochowy, aby Jej podziękować za pomoc. Nawet nie pomyślałem, że pójdę aż 8 razy z nowego domu, jakim było dla mnie seminarium.
Przed wyjazdem na misje, 25 lat temu, po zakończonej pielgrzymce, modliłem się gorąco przed obrazem jasnogórskim, prosząc Maryję, aby mnie prowadziła poprzez trudne zadania misyjne. Wielokrotnie odczuwałem tę pomoc. Podczas każdego urlopu na nowo udawałem się na Jasną Górę, aby podziękować za pomoc i na nowo oddać się w Jej opiekę. Jakże głębokie były dla mnie te spotkania! Dawały mi siłę na kolejne lata pracy misyjnej.
Dając świadectwo o moim powołaniu, za każdym razem mówię, że jestem bardzo szczęśliwy w mojej posłudze kapłańskiej, bo odkryłem, że jestem powołany do prawdziwej miłości. To doświadczenie miłowania i bycia kochanym uskrzydla mnie do pracy misyjnej. Matka Najświętsza jest dla mnie najwspanialszym wzorem realizacji powołania do miłości, które nadaje sens mojemu życiu.” Na podstawie tych kilku wypowiedzi można łatwo dostrzec, jak Maryja troszczy się o swoje dzieci, jak szczególną pomocą darzy tych, których powołał Pan. Podobnych świadectw można by przytoczyć wiele. Misjonarze, jako ci, którzy ponieśli Słowo Boże na cały świat, cieszą się Jej szczególną opieką.
|