|
Z minionych lat... 20 lat pracy polskich pallotynów w PNG |
|
|
Oj, działo się tu, działo... I to niejedno!!!
Nie sposób tego wszystkiego spamiętać, a co dopiero mówić o ujęciu i spisaniu?!?!
Każdego dnia i godziny życia i pracy tutaj każdego z nas, kto tylko miał okazję tu popracować przynajmniej kilka lat, HISTORIA Polskich Pallotynów w Papui Nowej Gwinei była pisana wyrzeczeniami, poświęceniem, oddaniem, zaufaniem Bogu, potem, bólem i cierpieniami licznych ataków malarii, niebezpieczeństwami, samotnością, trwaniem „mimo wszystko", wiernością misyjnemu powołaniu....
Z pierwszych stron Kroniki naszej Delegatury:
„1 luty 1990 rr. Data ta - Wigilia Ofiarowania Pana Jezusa w Świątyni - wyznaczać będzie początek Pallotynów z Polskiej Prowincji w historii Kościoła w Nowej Gwinei.
30 stycznia, wraz z Marianem (Wierzchowskim), wylądowaliśmy w Port Moresby, gdzie 31 dołączyli do nas ks. Kuraciński i ks. Gwarek (przedstawiciele Polskiej Prowincji Pallotynów), z którymi dzisiaj, po raz pierwszy, postawiliśmy nasze stopy na ziemi należącej do Diecezji Wewak - która od dziś staje się naszą Ziemią Obiecaną, do której wyprowadził nas Bóg z Polski...".
Do pracy misyjnej tutaj przybyliśmy na usilną prośbę ówczesnego biskupa...
... diecezji Wewak - Raymonda Kalisza. Niewielka liczba kapłanów w stosunku do ilości stacji misyjnych. Niemal „z biegu" poszliśmy do dżungli, pomiędzy prostych w rozwoju i formie życia ludzi - Papuasów.
Niektóre parafie przez nas obsługiwane, były większe terytorialnie od dekanatów w Polsce. A musiał wystarczyć tylko jeden człowiek.
Do ludzi najczęściej docierało się piechotą, w skwarze tropiku, przez dżunglę, wysokie trawy, pokonując bagna, wezbrane rzeki - niosąc na plecach wszystko co niezbędne na takie kilkudniowe pastoralne patrole. Tylko do niektórych miejsc można się było dostać samochodem. A „na wodzie" - zawsze tylko łódkami.
... I tak poszliśmy...
Rozpoczynaliśmy we dwóch. Rok później dołączył do nas jeden. Kolejnego roku - następnych dwóch. Było więc już pięciu. Dalej inni... *
Ze względu na tropikalny klimat i malarię, dwóch podjęło pracę w innej diecezji (Kundiawa), w górach - z myślą o odmiennym klimacie, by, choć czasami, ci, którzy pracują na wybrzeżu czy w rozlewiskach Sepiku, mogli chociaż krótko odpocząć w chłodniejszym klimacie. Jednak trwało to jedynie kilka lat, bo liczba nasza - z różnych powodów - zaczęła „topnieć". Trzeba więc było powrócić do pierwotnej idei i skupić s się na jednym terenie.
Zmienialiśmy stacje, tereny pracy, gdyż niejednokrotnie okazywało się, że dalsza współpraca z ludźmi na danym terenie nie jest możliwa i może grozić psychicznym załamaniem się misjonarza. Trzeba było mieć wiele wewnętrznej roztropności i rozwagi! Można by było „iść w zaparte" i... ale co potem???
Starsi Misjonarze, po których przejmowaliśmy „pałeczkę" przekazali nam zasadę: „Misje są tam, gdzie jest Misjonarz. Jak jego zabraknie to nie będzie Misji. Dbajcie więc o siebie!"
Na którejkolwiek stacji podjęliśmy pracę, robiliśmy, co tylko było możliwe. Tyle, na ile mieliśmy sił i środków. Próbowaliśmy różnych metod i sposobów. Nie wszystko przynosiło spodziewane owoce. Były i porażki, niektóre bolesne. Ale przecież nie wszystko zależało tylko od nas!
- Często nie było pozytywnego „odzewu" ze strony ludzi. Niekiedy nawet otwarta wrogość. Najczęściej jednak próby znalezienia „osobistych korzyści" ze strony najbliżej współpracujących.
- Stopniowo ograniczane były środki materialne ze strony diecezji na prowadzenie stacji i pracy misyjnej.
- No i nasze siły - stopniowo wyczerpywane klimatem, trudnościami życia, malarią, rozterkami duchowymi.
Nie nam oceniać, co dobrego jednak dokonało się poprzez naszą posługę. Zna to wszystko Bóg. A wśród ludzi zacznie to owocować później albo dopiero w przyszłych pokoleniach.
Tak to już jest: kto inny sieje, kto inny uprawia, kto inny zbiera... - to przecież praca bez nagrody teraz. Bóg policzy nam to kiedyś - w to każdy z nas wierzy!
Słowa jednej z misyjnych piosenek mówią:
„Wiele jest serc, które czekają na Ewangelię...
Sam zobaczysz, że Bóg poprowadzi cię do ludzi..."
Na nas sprawdziło się, że Bóg - Swoją Mocą - poprowadził nas do Papuasów! Często między sobą dzieliliśmy się doświadczeniem, że „ręka Boża" zawsze nad nami tu czuwa. Niekiedy były to nawet nasze osobiste przeżycia cudów Bożej łaski w tutejszej codzienności.
Ale w jaki sposób Papuasi czekali i czekają na Ewangelię...?????
Mają swoje wierzenia. Swoje obyczaje. Ewangelia „wywraca ich bożki", zaprzecza ich dotychczasowym formom i wzorcom życia!
Jeśli ktoś myśli, że tak łatwo jest przekonać ich do Ewangelii - naprawdę grubo się myli! Tylko Bogu są znane doświadczenia i trudy każdego z nas na tej niwie.
Ale właśnie do tego każdy z nas dorastał i dojrzewał, przekonywał się wewnętrznie, że powołania misyjnego nie wypełniamy ku zadowoleniu ludzi czy nawet Kościoła, ale dla samego Boga!... Jedynie z pożytkiem dla ludzi!
I oby tak pozostało!
BOGU NIECH BĘDĄ DZIĘKI za wszystko z tych lat...
Ks. Krzysztof Morka SAC
* Do dwóch pierwszych pallotynów, ks. Krzysztofa Morki i ks. Mariana Wierzchowskiego po roku dołączyli: ks. Andrzej Koźminski SAC i ks. Piotr Czerwonka SAC. W następnych latach dojechali: ks. Jerzy Suszko SAC (30.05.1993), ks. Jan Rykata SAC i ks. Dariusz Woźniak SAC (1.11.1994), ks. Jacek Bilik SAC (26.10.1996), br. Janusz Namyślak SAC (15.11.2002) i ks. Paweł Kotecki SAC (4.11.2003). Z wielu względów - przede wszystkim zdrowotnych - część pallotyńskich misjonarzy opuściło Papuę. Obecnie pracuje 5 księży i 1 brat. |
|
|
|
Odwiedziło nas 1062109 Odwiedzających
|
|