W jednym z polskich filmów, który nota bene bardzo lubię, podczas wywiadu pada niespodziewanie pytanie: „Powiedz mi, kim tak naprawdę jesteś, Panie N. N".
Trudno pisać o sobie samym, lepiej pisze się o innych, o swoich doświadczeniach czy też sytuacjach, których człowiek z premedytacją czy też przez czyste zrządzenie losu był świadkiem. Ale o sobie? Nigdy nie pisałem pamfletu na swój temat, więc proszę wybaczyć wszelkie uchybienia, które przez nieuwagę, nie z zamysłu, mogą się pojawić.
Mężczyzna, lat 35; 1,98 wzrostu. Wagę pominę. A tak naprawdę i przede wszystkim to kapłan od 10 lat, pallotyn. Swoją przygodę kapłańskiego życia rozpocząłem w polskiej parafii Międzyrzecz, gdzie spędziłem dwa piękne lata. Rok przebywałem w Szkocji w Livingston, gdzie pod bacznym okiem tutora, ks. Jurka Suszko SAC i nauczycieli ze Stevenson College stawiałem pierwsze kroki w języku angielskim oraz w pracy parafialnej, posługując się innym językiem niż polski. Przy okazji pozdrawiam gorąco wszystkich, moich dawnych parafian, z którymi dzieliłem radości i smutki.
Po tym przygotowaniu wyleciałem do Papui Nowej Gwinei, do której dotarłem...
... 3 listopada 2003 roku. Minęło już prawie 7 lat od czasu, gdy przybyłem do miejsca, dźwięcznie nazwanego „Rajską Wyspą".
Początki nie były łatwe. Wszystko było nowe: palmy za oknem, słońce zmieniające kolor skóry w mgnieniu oka, ciepła woda w oceanie, kolejny język do nauki... Zagłębiając się w tajniki pidgin myślałem, że jest to język nie do nauczenia. Ileż to razy w kaplicy mówiłem Bogu: pomóż, jeśli chcesz mnie tu mieć. I jakież było zdziwienie współbraci, kiedy po tygodniu nauki wyrecytowałem z pamięci swoje pierwsze zdanie w pidgin: Liklik boi i tromoi spia i go long narapela sait bilong wara (Mały chłopiec rzucił włócznię na drugą stronę rzeki). Teraz, z perspektywy czasu, jest to śmieszne i zawsze kiedy myślą wracam do tego czasu szeroki uśmiech pojawia się na mojej twarzy.
Po krótkim wprowadzeniu w pracę misyjną zostałem proboszczem w parafii Boram, gdzie do obowiązków związanych z parafią dochodziła praca kapelana w szpitalu, więzieniu, „wykładowcy" w nowicjacie zgromadzenia Rosary Sisters.
Pamiętam swoje pierwsze odwiedziny chorych w „wojewódzkim" szpitalu w Boram. Niszczejące oddziały wypełnione chorymi, członkowie rodziny leżący pokotem gdzie tylko było miejsce: pod łóżkiem, w przejściu, tuż przy łóżku na ziemi. „Zapach" - z pewnością nie środków dezynfekujących - przyprawiał człowieka o ból głowy, prysznice w postaci 200-litrowych beczek po paliwie wypełnionych deszczówką i bezsilność personelu w ratowaniu ludzkiego życia ze względu na brak sprzętu, doświadczenia, wiedzy...
To był mój pierwszy kontakt z rzeczywistością i realiami Papui Nowej Gwinei, raju, do którego przybyłem: ubóstwo, bieda, cierpienie, bezradność, z którymi człowiek nigdy chyba się nie oswoi; chyba, że ktoś jest bezdusznym typem i potrafi wobec nieszczęścia przejść do porządku dziennego.
Po 3 latach pobytu w Boram zostałem proboszczem na ruchomym lądzie: czyli na wyspach Kairiru i Mushu. Wyspy się nie przemieszczają. To ja przemieszczam się między nimi starą motorówka z nowym (na szczęście) silnikiem. Nim to było możliwe zaczynałem od szorowania pokładu -jak na majtka przystało - czyli zdobywałem umiejętności jak i w jaki sposób przemieszczać się z punktu A do punktu B po pofalowanej tafli oceanu. Nie było i nie jest to łatwe. Ale z Bożą pomocą wszystko wydaje się być możliwym.
To, co w każdym pierwszym miejscu pobytu było początkowo problemem: nauka pidgin, nauka jazdy łodzią, ciągnikiem, cofanie z przyczepą etc. nie są już przynajmniej trudnością. Trudnością, na którą lekarstwo człowiek stara się odkryć każdego dnia, jest, co robić, by ludzi wśród których człowiek żyje i pracuje przyciągnąć do Chrystusa, by być dla nich, by ludzie mogli powiedzieć kiedyś za Pallottim: Zachwyca mnie mój Bóg.
Powracając do pytania zacytowanego na początku: „Powiedz mi kim tak naprawdę jesteś..." Staram się być w bardziej lub mniej udolny sposób misjonarzem, pallotynem, który z dala od kraju żyje wiarą i tą wiarą się dzieli z tymi, którzy jej pragną.
Nie zapominajcie o nas.
Ks. Paweł Kotecki SAC |