Po ponad miesiącu „szaleństw” i szwendania się (od wyspy do wyspy, od wioski do wioski – bo moja parafia leży na wyspach) po wodach z wiatrami - częściej pod wiatr, zjechałem do bazy już dobrze po świętach, a do miasta dopiero dziś.
Morze, jak na tę porę roku przystało, było bardzo różne. Częściej jednak było pod górkę niż z niej. Ale jednak w dalszym ciągu nie było jeszcze źle. Pamiętam czasy, kiedy bywało gorzej. Czasami wydaje mi się, że każdy dostaje takie morze, na jakie zasługuje i ewentualnie, z jakim może sobie poradzić lub takie, by go umocnić wierze. Aż przyjdzie ten raz, kiedy go wezwą przed Sąd Najwyższy, no i to jest właśnie ten ostatni raz.
Święta...
... były wesołe i ciekawe. Parafianie się postarali i przygotowali co trzeba, najlepiej jak ich było stać. Nawet zrobili sztuczne kanu normalnych rozmiarów dla potrzeb tańców tradycyjnych i „pływali” nim po kościele co chwilę. Co prawda nie wszędzie mogłem być w święta, bo dwa dni to czas na maksymalnie dwie wyspy, a reszta musiała zadowolić się obecnością księdza w adwencie. W sumie było ciekawie.
Co do duchowości przeżyć świątecznych się nie wypowiadam, bo to kwestia każdego z osobna, a z mojej strony święta wyglądają trochę inaczej. Definitywnie nie były one białe, choć grzywy fal były białe. Przynajmniej tyle.
Ks. Darek Woźniak SAC |