Przez naszą parafię przeszła wichura... Drukuj Poleć znajomemu
Żebyśmy nie mogli „narzekać” na brak „urozmaicenia” w ostatnią niedzielę w nocy nawiedziła naszą parafię wichura. Wieczorem wracałem do domu i dobrze, że nie jechałem zbyt szybko, bo kiedy wyjechałem z za zakrętu na ostatniej prostej, tuż obok kościoła parafialnego, drogę zagrodziło mi złamane drzewo. Na szczęście udało mi się wyhamować, zawrócić i okrężną droga dojechać do domu.

Następnego ranka oczekiwała mnie jednak dalsza część efektów wichury. Zadzwonił do mnie jeden z liderów kościoła filialnego w Perigo informując mnie, że wielkie drzewo poleciało na kościół i są duże zniszczenia.
Czym prędzej więc wsiadłem do samochodu i popędziłem. Przez głowę przelatywały mi różne obrazy: kościół zniszczony doszczętnie, częściowo itp. Wyobrażałem sobie też to drzewo, które spadło i tak, z głowa pełną katastroficznych obrazów, dojechałem do kościoła filialnego, odległego około 5 km od parafialnego.

Zobaczyłem mnóstwo ludzi, z których część zajęta była usuwaniem zniszczeń, a inni komentowaniem wydarzeń... ... ostatniej nocy. Bogu dzięki, zniszczenia nie były aż takie duże, bo nie cały kościół, lecz „zaledwie” połowa uległa zniszczeniu. Co do drzewa, to sprawdziły się moje przewidywania. Któryś z misjonarzy wiele lat temu przywiózł i zasadził gatunek sosny śródziemnomorskiej. Drzewo pięknie się przyjęło i wyrosło na wspaniałą ozdobę placu kościelnego. Przez wiele lat wytrzymywało wichury, trzęsienia ziemi itp., aż do ostatniej nocy, kiedy to pień pękł, a drzewo poleciało na kościół. Tam, gdzie spadla korona po dachu i belkach zostały tylko kawałki, a tam gdzie poleciał pień ocalało nieco więcej.

I tu pozytywny i zaskakujący  dla mnie akcent - zaangażowanie parafian i ich organizacja w usuwaniu szkód. Ktoś przyniósł piłę mechaniczną, inni siekiery, pod ręką były maczety. Kiedy przyjechałem korona drzewa była już obcięta. Część zmiętej blachy dachowej i połamane belki usunięte.
Zabraliśmy się do usuwania głównego pnia – trzeba było go odcinać kawałkami, a resztę ściągnąć przy pomocy liny z dachu, który i tak musi być rozebrany. Po paru godzinach to, co się dało, zostało uprzątnięte i zabezpieczone.

Pojechałem na spotkanie z dziećmi pierwszokomunijnymi w miejscowej szkole katolickiej, a ludzie jeszcze ciągle debatowali - ciekawe co z tego wyniknie. Pewno będą doszukiwać się przyczyny takiej kolei rzeczy (innej niż tylko wichura).
U Papuasów nic nie dzieje się naturalnie czy przypadkowo – w ich mentalności zawsze coś albo ktoś stoi za wszystkimi nieszczęściami.
Akurat około miesiąc temu była kłótnia pod kościołem związana z dyskusją na temat kto jest właścicielem ziemi, na której stoi kościół, a co za tym idzie kto powinien domagać się rekompensat czy odszkodowań za użytkowaną ziemię. Gdybym szedł po linii myślenia Papuasów - wytłumaczenie nasuwa się samo: kara Boża! Chcieli odebrać ziemię, którą ich przodkowie ofiarowali pod budowę kościoła i na odpowiedź nie trzeba było długo czekać.
Poczekam jednak, niech sami wytłumaczą jak oni to widza i wtedy przekonam się czy miałem rację tak myśląc. Wtedy już nie powinno być żadnych roszczeń o rekompensatę.
A teraz czeka nas remont.

W najbliższą niedzielę mamy tam Pierwszą Komunię. Mimo zniszczeń uroczystość się odbędzie.

Ks. Jan Rykała SAC