Każda osoba poświęcona Bogu na Jego wyłączną służbę ma obowiązek i zadanie odbycia corocznych rekolekcji. Czas bardzo ważny w naszym życiu i posługiwaniu. Powiem szczerze, że zawsze rekolekcje były i są czymś bardzo ważnym w mym życiu zakonnym. Jednak jeszcze nigdy dotąd tak bardzo nie tęskniłem za tym szczególnym czasem.
Minął pierwszy rok mojej posługi misyjnej w Meksyku i jak mówi stare przysłowie: „Pierwsze koty za płoty”. Powiedzmy, że już mam to za sobą.
Ten rok przyniósł wiele zmian w mym życiu, zarówno nowych doświadczeń jak i błędów. Tak- błędów!, bo od słabości i głupoty nie jesteśmy zwolnieni. Niesamowicie wręcz potrzebowałem tych rekolekcji, rzec można: „Jak ryba wody”. Rekolekcje to czas odnowy, poprawy i naładowania akumulatorów - tych duchowych, psychicznych, ale również fizycznych. Jest to też okazja do jeszcze ściślejszego zjednoczenia się z Tym, bez którego nie da się żyć i posługiwać – z Bogiem.
W poniedziałkowe przedpołudnie moi współbracia odtransportowali mnie na miejsce mych rekolekcji zwanego Eremita ciszy - Eremita del silencio. Po raz pierwszy w mym życiu (nie tylko tym zakonnym) udałem się na rekolekcje indywidualne i to, jak sama nazwa wskazuje, do eremu.
Założył go ojciec Jeronimo – franciszkanin w miejscu przepięknym, bardzo nietypowym i zarazem surowym. Erem położony jest na zboczu wulkanu Iztaccihuatl (5230m n.p.m.) na wysokości przeszło 3000 m. Naprzeciwko, w odległości...
... kilku kilometrów, widoczny jest drugi wulkan Popocatepetl (5452m n.p.m.) z tą różnicą, że jest to czynny wulkan, przepiękny, ale i groźny. W dole znajduje się piękna zalesiona dolina i spadająca z góry w rwącym tańcu spiral i kaskad rzeka. Miejsce wydaje się jakby wyjęte z bajki. Powiem śmiało: cud natury, cud stworzenia. W dzień temperatura powietrza skacze z godziny na godzinę z uwagi na silne nasłonecznienie i nagłe zmiany pogody. A w nocy słupek rtęci zdecydowanie spada w dół, nawet w okolice zera, a czasami poniżej.
Twórca tego eremu o.Jeronimo jest artystą i określa erem jako miejsce Ewangelizacji poprzez sztukę. I rzeczywiście tak jest. Na każdym kroku można natrafić na jakiś symbol: obraz czy figurę i na wiele, wiele innych elementów mówiących nam o obecności Boga, Maryi i świętych. Po prostu nie sposób w tym miejscu nie wznosić się myślami ku Bogu.
Rekolekcje, trwające pięć dni, rozpocząłem 19 października. Pięć dni w zupełnej ciszy i samotności, choć na jej towarzystwo nie narzekałem, a cisza była mi przyjacielem. Coś niesamowitego.
Po raz pierwszy raz w życiu byłem przez piec dni pogrążony w milczeniu, z dala od cywilizacji i w odosobnieniu. Byłem tylko ja i ON, był ON i ja. Cudowne doświadczenie zarazem własnej nędzy, małości i bezsilności wobec Jego obecności , ale jeszcze bardziej przeogromnej Bożej miłości miłosiernej.
Modlitwa przeplatała się z medytacją, medytacja z zadumą, zaduma z podziwem otaczającego mnie piękna przyrody i bogactwa symboliki tego miejsca. Czułem się jakbym zawsze w tym miejscu był, jakby to miejsce stanowiło część mnie samego, a ja część tego miejsca. Po prostu było mi dobrze.
Praktyki duchowne dostarczyły mi wiele sił, ponieważ to był dialog z Nim. Ja mówiłem Bóg słuchał, Bóg mówił ja słuchałem. Pytałem, przepraszałem, dziękowałem i prosiłem nie tylko za siebie, ale i za was wszystkich, którzy czytacie ten artykuł i za wszystkich innych.
Każdy dzień upływał mi zgodnie z cyklem przyrody. Erem nie posiada elektryczności, toteż kiedy budził się dzień budziłem się i ja. Kiedy zapadała noc, ja też zapadałem w sen. Mówi się, że ktoś wstaje i zasypia z kurami - tak też było ze mną. Taki naturalny cykl życia, dyktowany nam przez obrót ziemi i przyrodę.
Także przygotowanie posiłków pozostawało w moich rękach. Skromna kuchnia posiadała piecyk gazowy, więc nie było źle. Kolejnym luksusem była ciepła woda pod prysznicem, a przynajmniej miała być. Ale przecież człowiek nie taki, żeby zaraz się zniechęcać. Przecież i pod zimną wodą można się umyć. Czyż nie? W końcu nie przyjechałem do pięciogwiazdkowego hotelu, ale do eremu.
Powiem szczerze, że te, zdawać by się mogło niedogodności, które mogły stanowić dla mnie jakiś problem, jeszcze bardziej mobilizowały mnie do dobrego gospodarowania czasem, tak aby dzień wykorzystać w pełni, a noc poświęcić na spoczynek. Samo zaś używanie świeczek nadawano temu miejscu surowości, ale i zarazem wspaniałej aury oderwania się od naszych wygód cywilizacyjnych, a bijący blaskiem i ciepłem kominek to była wspaniała nagroda po całym dniu.
Bogu dziękuje za ten szczególny czas refleksji, zadumy, modlitwy, medytacji. Bogu składam dzięki za czas, którym mnie obdarzył i za to, że pomógł mi spojrzeć na siebie z cała szczerością i prawda o mnie samym.
Dziękuję również wszystkim, którzy w tym szczególnym dla mnie czasie towarzyszyli mi swa modlitwą i towarzyszą mi przez cały czas w mym powołaniu pallotyńskim i misyjnym. Ja również pamiętałem o was… i nie zapominam. Niech was wszystkich Bóg błogosławi a Maryja otacza płaszczem swej macierzyńskiej miłości.
Z misyjnym pozdrowieniem
Hno. Miguel Szczygioł SAC
|