Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 49 (4/2009) arrow Bóg Bogaty w miłosierdzie
Bóg Bogaty w miłosierdzie Drukuj Poleć znajomemu
Miłosierdzie Boże ponad wszystkie dzieła Jego. Przeto miłosierdzie Boże na wieki wychwalać będę.
Jest takie miejsce w naszym sanktuarium, które dla wielu pielgrzymów, parafian, jak i dla mnie osobiście, jest szczególnie wymownym miejscem zawierzenia siebie i swych intencji Bożemu Miłosierdziu.

Tym miejscem jest tablica w rogu świątyni, przy obrazie Jezusa Miłosiernego, do której są przyczepione zdjęcia, karteczki z intencjami, kosmyki włosów, milagrosa i wiele innych rzeczy: pamiątek i symboli związanych z konkretnymi ludźmi i ich intencjami. Do tej tablicy nie tylko są przyczepione prośby, ale i podziękowania za otrzymane łaski.

Jest to swoista tablica modlitwy, którą wyrażają przyczepione do niej drobiazgi. Ilekroć znajduję się w pobliżu tego miejsca, pogłębia się moje przekonanie o tym, jak bardzo potrzebujemy w naszym życiu Jego wsparcia i łaski. Jak bardzo jesteśmy mali wobec codziennych zmagań w trosce o nasze dziś i jutro – i nie tylko nasze, ale także osób nam bliskich i dalszych..

Było to w niecały miesiąc po moim przybyciu do Meksyku. To samo miejsce, zaduma i modlitwa nad naszą potrzebą Boga. W pewnym momencie poczułem delikatne stukanie w ramię. Odwróciłem się i zobaczyłem za moimi plecami dwoje młodych ludzi z małą dziewczynką na ręku ojca. Taka najzwyczajniejsza rodzina.
Przywitałem się i zapytałem, co słychać? W odpowiedzi usłyszałem prośbę o pobłogosławienie ich córeczki, ponieważ wykryto u niej złośliwy nowotwór. Wyjaśniłem... ... im, że nie jestem księdzem, tylko bratem zakonnym i z błogosławieństwa nic nie będzie, ale mogę się wspólnie z nimi pomodlić w intencji małej Ximeny (czyt. Himena).

I tak wspólnie – przed obrazem Jezusa Miłosiernego, przy tablicy próśb i podziękowań – modliliśmy się za ich córeczkę i całą rodzinę o potrzebne dla nich siły.
Po modlitwie zamieniliśmy jeszcze kilka słów – rozmawialiśmy o chorobie ich córki. Starałem się ich jakoś pocieszyć i wesprzeć. Zapewniłem o mojej pamięci o trzyletniej Ximenie i ich rodzinie w moich modlitwach. Tak też się rozstaliśmy, nie wymieniając nawet numerów telefonów i nie mając ze sobą innego kontaktu, niż ten przez wiarę w Opatrzność Bożą.

Przez kolejne miesiące niejednokrotnie wracałem w mych modlitwach i wspomnieniach do tego spotkania, które łącznie z modlitwą trwało może 20 minut. Cały czas towarzyszył mi obraz rodziców małej dziewczynki chorej na raka. Byli tacy spokojni, a zarazem dawało się odczuć ich wewnętrzną siłę – szczególnie, kiedy powiedzieli, że zrobią wszystko, co będą mogli zrobić po ludzku, jako kochający rodzice, z pozycji wiary i opieki medycznej. Pamiętam, że jeszcze dodali, iż ich córeczka to nie ich własność, ale że należy do Boga. I tyle, nic więcej. Jednak ich postawa zakodowała się w mym umyśle na dobre.

21 czerwca br. o godz. 9.30, jak w każdą niedzielę, odprawiana była Msza Święta z udziałem dzieci – przewodniczył ks. Bartek Pałys SAC. Jak zwykle na Mszy św. z udziałem dzieci, było spontanicznie i dosyć gwarnie. Na Ojcze nasz… ks. Bartek zaprosił dzieci do prezbiterium, aby wspólnie odśpiewać Modlitwę Pańską, trzymając się za dłonie. Między dziećmi była mała dziewczynka z bardzo krótkimi włosami i niesamowicie roześmianą buzią. Pomyślałem, że z pewnością nie jest z parafii, bo twarze „naszych” dzieciaków już znam.

Po Mszy św. wyprawiłem ministrantów do domów i już miałem zamiar wyjść na plac przed kościołem, kiedy w pewnym momencie ta mała roześmiana dziewczynka zatrzymała mnie w drzwiach zakrystii i spytała: Pamiętasz mnie? Zanim wystękałem moją odpowiedź, do zakrystii weszło jeszcze kilka osób. Widząc, że nie wiem, co odpowiedzieć, przywitali się szybko i zapytali mnie, czy przypominam sobie rozmowę i modlitwę sprzed ok. 10 miesięcy w intencji chorej dziewczynki i jej rodziny.

W tym momencie wszystko stało się jasne – ta roześmiana buzia i krótkie włosy. Wtedy już byłem pewien, że to jest rodzina, o której tyle myślałem. Zanim zdążyłem zapytać o stan zdrowia Ximeny, jej rodzice powiedzieli mi z wielką radością, że przyjechali do sanktuarium podziękować Jezusowi za dar zdrowia ich córeczki.

Kamień spadł mi z serca i ogarnęła mnie wielka radość. Wraz z Ximeną i jej rodzicami przyjechali dziadek, wujek oraz starsza siostra. Udaliśmy się do pokoju gościnnego, aby wspólnie móc się cieszyć z daru zdrowia ich córki.

Jednak zanim przygotowałem kawę i ciastka, zaprosiłem wszystkich na chwilę dziękczynienia do naszej domowej kaplicy, przed oblicze Tego, który jest źródłem wszelkich łask. W spontanicznej modlitwie zostało wypowiedziane dziękczynienie za dar zdrowia córki, ale też za to, że przez czas tej trudnej próby, Bóg umocnił i zjednoczył całą rodzinę.
Po modlitwie rozmawialiśmy jeszcze dłuższą chwilę, bawiąc się równocześnie z 4-letnią Ximeną i jej starszą siostrą. Zapytałem o modlitwę z kaplicy i to dziękczynienie za dar jedności w rodzinie. Wszyscy zaczęli opowiadać o wcześniejszych relacjach i jak Pan przez chorobę Ximeny odnowił myślenie i rozpalił ognisko miłości rodzinnej między krewnymi.

Zaś sama Ximena to „czysty ogień” – dziecko pełne radości, pogody ducha i niewyczerpanej siły. W czasie tej wizyty zdążyła ze cztery czy pięć razy przewrócić i pozbierać się, by znów ruszyć do zabawy. I gdyby nie króciutkie włosy, świadczące o przebytej chemioterapii, nie sposób byłoby się domyślić, że ta mała, figlarna dziewczynka przebyła tak trudną walkę z nowotworem.

Jest radość! – tak zwykł mówić śp. Proboszcz, ks. Alojzy Brzezina, z mojej rodzinnej miejscowości. Jest radość! Jestem przekonany, że Bóg nie jest głuchy na głos naszego wołania. Nie zawsze potrafimy zrozumieć znaczenie doświadczenia cierpienia w życiu naszym i naszych bliskich.

I ja także nie jestem w tym przypadku wyjątkiem i nie znam odpowiedzi na pytanie: dlaczego? A cierpienie też przepełnia mnie trwogą. Jednak takie świadectwo wiary i postawy pełnej ufności w Boże Miłosierdzie i Jego opiekę nad nami, jakiego doświadczyłem od tej rodziny, napełnia mnie nadzieją i przekonaniem, że Bóg jest z tymi, którzy go miłują.

Imię Ximena w języku Indian Navarro znaczy: „Ta co słucha”. Tego jej życzę – aby zawsze w swym życiu słuchała i wypełniała wolę Boga. I choć to nie jest łatwe, aby się nawracała i trwała w obliczu Jego miłości miłosiernej – bo to On jest naszą nadzieją i przyszłością.

Z misyjnym pozdrowieniem

br. Miguel Szczygioł SAC

Zdjęcia: br. Michał, ks. Artur Karbowy SAC