Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 49 (4/2009) arrow Rozmowa z ks. Stanisławem Krajewskim SAC, misjonarzem w Amazonii
Rozmowa z ks. Stanisławem Krajewskim SAC, misjonarzem w Amazonii Drukuj Poleć znajomemu
R. – Informacje z Księdza parafii – Matki Bożej Chwalebnej w Manaus – niejednokrotnie ukazywały się na łamach „Horyzontów” (m. in. nr 28, 33). Na ich podstawie można sądzić, że wiele osób chętnie angażuje się w aktywną działalność na rzecz swojej parafii, swojej wspólnoty.

K. – To prawda. Świadczy o tym chociażby to, że w parafii działa aktywnie 13 grup, z wieloletnim już stażem. Ich powstanie było inicjowane przez samych parafian. Grupa Ministrów Eucharystii działa już 25 lat. Jest ich obecnie ośmioro.
Są też grupy: liturgiczna, Serca Jezusowego, Miłosierdzia Bożego, Duszpasterstwo Dziecka.
Mamy również Głos Parafialny (radiowęzeł parafialny), prowadzony przez grupy: Młodzież Zjednoczona z Nauczaniem Chrystusa (JIEC) (kiedyś byli młodzi, a obecnie mają lat np. 40 i dalej są „młodzieżą”) i Młodzież Zjednoczona z Chrystusem (JUC). Co niedziela przez radiowęzeł parafialny nadawana jest liturgia słowa Bożego, a co wtorek prowadzona jest nowenna do Matki Bożej Nieustającej Pomocy na faveli, wśród tych, którzy mieszkają w domkach na palach.

Moja parafia niedługo zmieni oblicze, ponieważ jest program, finansowany przez bank światowy, że wszystkie tutejsze favele mają zostać zburzone, a rzeka i jej dopływy oczyszczone. Być może za 2 lata znikną domki na palach, a z nimi nasze przedszkole powodziowe. Ale na razie to tylko projekty, o których słyszę już od 10 lat. Teraz zostały już urzeczywistnione w niektórych częściach miasta. U nas na razie to spekulacje i „ból głowy” starszych mieszkańców.

R. – Co w zamian mają otrzymać ludzie z tych domków?

K. – Jeżeli w tej chwili ktoś by się sam wyprowadził, dostanie 21 tys. reali. To nie jest dużo. Albo...

... dostanie mieszkanie w innej części miasta, a tego nie chcą.
Trzeci wariant, najlepszy dla nas, to utworzenie tam z odpływami i wybudowanie na tym terenie nowego osiedla mieszkaniowego w naszej parafii. Budowano by 2-, 3-piętrowe domy i może wtedy by się udało pomieścić ludzi, którzy tam mieszkają.

Z powodu tych projektów niektórzy ludzie chorują – bo mieszkali tu 30-40 lat i naraz muszą się wynosić. A jeszcze na domiar złego nie podano dokładnie, kiedy i jak ma być to przeprowadzane. W 2008 r. była spora panika, postrach, a do tej pory nikt nawet palcem nie kiwnął. Przyklejone zostały plastikowe tabliczki: „do wyburzenia”.

R. – Mówi się, że dzieci w miastach brazylijskich mają łatwy dostęp do nauki.

K. – Teoretycznie tak. Wszyscy mają jednakowe możliwości skończenia szkoły, także średniej. Ale nie ma żadnej motywacji. Nie ma też poparcia ze strony rodziców, którzy sami są półanalfabetami lub analfabetami. Jeżeli ktoś chce się uczyć, musi wykazać wiele samozaparcia.

Jeżeli szkoła nie ma klimatyzacji jest w niej strasznie gorąco. W naszej szkole Matki Bożej Chwalebnej, która jest przy kościele, zrobiono w tym roku klimatyzację. Daj Boże, że się nie zepsuje.

Państwo i urząd miasta w naszym regionie oferują bezpłatne nauczanie, bezpłatne książki i nawet bezpłatne koszulki. Oprócz tego jest tzw. merenda czyli coś w rodzaju drugiego śniadania. Mimo to frekwencja uczniów jest bardzo słaba. Chodzą do szkoły na 7.00 rano i po 3 godzinach już wracają do domów. Nauka ogranicza się tylko do zajęć szkolnych.

Zatrważający jest też poziom nauczania, mimo że wielu starszych nauczycieli z mojej parafii dokłada dużych starań i wysiłku, by te dzieci czegoś nauczyć. Niestety, brak respektu do zawodu nauczyciela sprawia, że wielu ma lekceważące podejście do wykonywanego zawodu. Także w Brazylii

Był taki przypadek, że nauczyciel nie wytrzymał nieustannego gadania ucznia (przenoszonego już bodaj do 8 szkół) i zakleił mu buzię plastrem. Nauczyciel został poddany badaniom psychiatrycznym.

Kiedyś salezjanie, a także Siostry św. Doroty, zaczęli tworzyć szkoły katolickie, które miały służyć ewangelizacji i nauce dzieci biednych, zaniedbanych. Obecnie prawie wszystkie szkoły wyznaniowe są płatne i nie służą pierwotnemu celowi, a klasie średniej, bo są to szkoły dość drogie (czesne).

R. – Czy leczenie jest również bezpłatne?

K. – Są szpitale publiczne, zawsze pełne, i prywatne – płatne, gdzie można zrobić badania, otrzymać pomoc bez kolejki. Dla księży diecezja przygotowała plan ubezpieczeń – badań i leczenia – dogodny dla nas.
W Manaus nie ma dobrych specjalistów. Jeśli masz jakiś wypadek czy złamiesz rękę, lepiej być zawiezionym do szpitala publicznego niż do najlepszego szpitala prywatnego, gdyż w publicznym nabyli już praktyki, bo mają z tym stale do czynienia. Wyuczyli się na własnych błędach, nie są analfabetami w swoim zawodzie.
Bogaci ludzie z poważnymi schorzeniami leczą się w São Paulo.

R. – Czy w Manaus mieszka dużo obcokrajowców?

K. – Jest ich coraz więcej. Mówimy, że nawet wodę pijemy francuską, gdyż Francuzom zostały sprzedane wodociągi miejskie.
To przedziwne, ale Manaus, miasto, które leży nad największym zlewiskiem wód słodkich na świecie odczuwa ciągły brak wody.

Gdybym ja w domu nie miał cysterny na wodę (mam 3 po 500 l), to w ciągu dnia nie miałbym w ogóle wody, bo ciśnienie jest tak słabe, że nie jest w stanie wpompować tej wody na 1. piętro. Dopiero jak wszyscy „na dole” – w igapó – pozakręcają kurki, woda dochodzi do mnie – tak mniej więcej o 12.00 w nocy. Przy większej liczbie gości ta ilość wody i tak jest niewystarczająca.
A ceny wody idą w górę.

R. – Wracając do tematu projektów zmiany życia ludzi na faveli – z różnych doniesień dowiadujemy się raczej o projektach typu akcyjna pomoc niż o czymś co pomoże ludziom zmienić trwale życie.

K. – Taka akcja doraźnej pomocy ma sens w wypadku kataklizmów, ale ludzie z faveli potrzebują czegoś innego, co zmieni ich życie. Jest wiele projektów nietrafionych, jak zbieranie książek i tworzenie bibliotek. Przeznaczono na to ogromne pieniądze, ale do bibliotek nikt nie zagląda – wielu mieszkańców faveli jest analfabetami lub półanalfabetami, o czym już wspominałem.

Takie nietrafione projekty biorą się z nieznajomości realiów regionu, dla którego są przygotowywane.
Teraz są bardzo modne szkoły dwujęzyczne. Tworzy się takie w 200-300 osobowych wioskach indiańskich w dżungli, twierdząc, że chodzi o zachowanie ich języka tradycyjnego. A oni nie znają tego języka lub znają go tylko dziadkowie. To języki mówione, więc ich zapis za pomocą portugalskich liter i tak nie oddaje wszystkiego.
Zastanawiam się, czy tu rzeczywiście chodzi o odtwarzanie kultury czy robienie doktoratów, kariery naukowej. Przyjeżdża wielu naukowców z Włoch, Hiszpanii, Niemiec.

Osobiście mam ogromny szacunek dla tych księży, którzy przyjeżdżają tu, żyją i pracują z tymi ludźmi. Nasz ks. Józef Maślanka jest jednym z nich. W Amazonii żyje już od 36 lat. Są zakonnicy z Włoch, Hiszpanii, Stanów Zjednoczonych, których znam osobiście. Oni również spędzili tu 35, 40 i 50 lat. To jest prawdziwe świadectwo i pomoc ludziom.
Oni są na co dzień z ludźmi. Pracują dla nich, ale też czegoś ich uczą, np. odpowiedzialności za kościół, za szkołę.

R. – Czyli budzenie odpowiedzialności jest nieodzowną częścią skutecznej pomocy?

K. – Pomoc musi być udzielana mądrze, by, jak mówi popularne już stwierdzenie, dać im wędkę i nauczyć się nią posługiwać, a nie tylko dawać ryby. Przyjeżdżają misjonarze z niektórych krajów ze sporymi pieniędzmi – są wspierani przez licznych sponsorów lub organizacje i budują kościół czy tworzą szkołę w stu procentach z „własnych” środków, jakby ludziom mówili: ja od was nic nie potrzebuję. Ludzie, dla których powstaje kościół czy szkoła, dostają gotowy obiekt. Jeszcze misjonarz stara się ze swojego kraju ściągnąć wyposażenie.
W ten sposób ludzie nie czują się za niego odpowiedzialni. Kościół jest pusty. Nawet nie ma kto posprzątać.

U mnie ludzie sami sprzątają, bo to jest ich kościół. Wybudowali go Holendrzy, ale od 1992 r. przejęliśmy go my, polscy pallotyni. Przede mną był tu ks. Zbyszek Dobek SAC. A my staraliśmy się obudzić w ludziach cechy ofiarności na rzecz wspólnoty. Zawsze też byliśmy do dyspozycji wiernych.

U nas, na Glorii, Msza św. jest odprawiana codziennie – tak jest w niewielu kościołach w Manaus.
Mówiłem im, że byłoby wstyd ciągle prosić o pomoc – parafia ma 50 lat i nie dorobiliśmy się niczego?
Zrobiliśmy wspólnie bardzo dużo. I teraz się cieszą, bo wiedzą, że mogą sobie sami pomóc. Robimy takie imprezy charytatywne, np. wigilię, na które wszyscy przynoszą jedzenie i dzielimy się tym – przychodzi 200-300, czasem 400 osób. Jest to forma wspólnego świętowania i obdarowywania się tym, co mamy.
Zastałem w parafii 62 osoby, które deklarowały się jako współpracownicy Kościoła, osoby, które miesięcznie opodatkowywały się na rzecz Kościoła. Dziś, po 10 latach, jest ich 391. Mówiłem im, że musimy wyremontować kościół – składali datki na miarę swoich możliwości.

Zawsze powtarzam im: Dzięki wam jem chleb i dla was pracuję, ale też dlatego mogę was krytykować, jak potrzeba, bo się wami przejmuję. To jest ich kościół, a ja jestem ich księdzem. Nawet na misjonarski urlop mi ciężko wyjechać, bo się obawiają, że mógłbym nie wrócić.
Ale nie pozostawiła ich bez opieki duszpasterskiej. Zawsze staram się o jakiegoś księdza w zastępstwie na czas mojego urlopu.

Może są trochę przeze mnie rozpieszczeni, bo jestem tam na wszystkie okazje: chrzty, śluby, pogrzeby i inne. A jeszcze przychodzą ludzie z innych parafii, „bo nasz ksiądz jest stale zajęty”. Dlatego nazywam siebie księdzem „wałęsającym się”, bo wszyscy są zajęci (studiami, niekoniecznie cokolwiek z duszpasterzowaniem mającymi wspólnego) i tylko ja muszę iść do innych parafii pochować kogoś, odwiedzić w szpitalu… W efekcie oprócz mojej, 13-tysięcznej kochanej Glorii, jestem do dyspozycji dla ludzi z sąsiednich parafii.
Kiedyś nie wytrzymałem i powiedziałem: no tak, ja nie mam nic do roboty i tylko jestem takim wagabundą, zawsze na podorędziu.

Ale ja jestem dla nich. Myślę, że nie przesadzam, powtarzając raz jeszcze, że znalazłem tu „ziemię obiecaną”.

Jest jeszcze jeden aspekt, który w Brazylii pojawia się często: jeżeli w Kościele katolickim wszystko jest za „Bóg zapłać” (a tak bywa w parafiach w całości utrzymywanych przez datki zagraniczne), to Bóg jest nic nie wart i ludzie przechodzą do innego wyznania, gdzie muszą płacić. Pastor robi pranie mózgu, obiecuje cuda w zamian za oddanie dziesięciny na rzecz swojej wspólnoty.
Ów człowiek przestaje pić, palić i nagle odkrywa „cud”, bo zostają mu jakieś pieniądze. Odkrywa, że płacenie za „wiarę” pomogło mu zmienić swoje życie.
Niestety, ten „cud” działa na krótką metę.
W Brazylii, a w Manaus w szczególności, jest wielka wędrówka z „kościoła” do „kościoła”.

Są obszary, gdzie pomoc z zewnątrz jest nieodzowna, tak jak w Novo Airão.  Tu najbardziej kosztowne są wyprawy do ludzi, do wiosek odległych czasem o 2 tygodnie drogi. Drogie jest paliwo, barka też wymaga remontów. To są konkretne koszty dotarcia do ludzi z orędziem ewangelicznym.

I są one naprawdę duże. Trzeba zebrać spore sumy, by móc coś zdziałać (przeliczając na reale: 100 dolarów = 200 reali). Dla przykładu: organizuję dla dzieci z mojej parafii wycieczki do ZOO, które jest w tym samym mieście, a na odwiedzenie którego ich nie stać – trzeba opłacić przejazd. Po niższej, specjalnie dla nas, cenie wynajęcie autobusu na trzy godziny to 180 reali.
W Manaus wszystko jest droższe, bo wszystko, łącznie z benzyną, trzeba dowieźć.

R. – Jaka jest średnia płaca? Czy jest praca, skoro tak wielu ludzi z interioru przenosi się do Manaus?

K. – Ci, którzy ściągają do miasta zasilają przede wszystkim szeregi niewykwalifikowanych, a praca, którą mogą wykonywać, jest niskopłatna, np. robotnik, który kopie doły albo przerzuca cement zarabia za cały dzień 25 reali, a fachowiec, np. mechanik, robiący przeglądy techniczne w serwisach Forda, zarabia 85 reali za godzinę. Płace są bardzo nierównomierne – to jest przepaść niesamowita. Dzisiaj murarz za 50 reali dziennie nie będzie pracować.
A dla porównania – minimum socjalne wynosi 465 reali czyli tyle, ile zwykły pracownik, np. sprzątaczka, zarabia przez cały miesiąc, murarz zarobi przez 8 dni. Brakuje siły wykwalifikowanej i dlatego tak się cenią technicy, lekarze, ludzie wolnych zawodów.

R. – Jeżeli jest praca, a dzieci nie chcą się uczyć to znaczy, że stale brak fachowców. Jakie są przyczyny takiego podejścia do życia?

K. – Manaus rozrosło się w ciągu ostatnich lat prawie pięciokrotnie nie dlatego, że nagle zaczęło się rodzić tak dużo dzieci, ale ponieważ coraz więcej ludzi przychodzi z interioru do miasta. Mówi się, że do Manaus przybywa rocznie ok. 20-30 tys. migrantów z interioru.
Ks. Józek miał kiedyś 87 wspólnot, a dzisiaj jest ich 51 – zniknęło 36 wspólnot. Z tych 51 też blisko połowa wyjechała do miasta, goniąc za złudzeniami spowodowanymi przez reklamy w telewizji, „cudowne” nowele. Życie natomiast okazało się brutalne i powiększyli, i stale powiększają favele wokół Manaus.

Z moich obserwacji wynika, że w Manaus najbardziej pracowici są Japończycy i Chińczycy, którzy mają własne restauracje i firmy. Wokół całego Manaus są gospodarstwa ogrodnicze, które dostarczają nowalijki: sałaty, warzywa, owoce dla całego miasta. Właścicielami są Japończycy, którzy nauczyli się uprawiać ziemię, nauczyli się tu żyć.

Ale wiele można zdziałać przez własny przykład, co widzę z własnych doświadczeń. Kiedy na faveli postawiliśmy nasz dom – centrum parafialne, był to najlepszy dom w okolicy. Wtedy ludzie, przez wzgląd na ten dom, zaczęli swoje też porządkować. Nie ma się co łudzić, że nagle zmieni się obyczaje. Trzeba włożyć bardzo wiele pracy, żyć z ludźmi i dla ludzi, dawać świadectwo.

R. – Czy rozwinięte życie religijne w parafii ma wpływ na sytuację społeczną w mieście?

K. – Oczywiście, tam, gdzie katolicy czynnie biorą udział w życiu swojej dzielnicy, jest znacznie lepiej. Daje się zauważyć, że w parafiach, gdzie jest ksiądz, szczególnie blisko ludzi, jest znacznie mniejsza liczba przestępstw, bardziej są przestrzegane prawa człowieka. Rozwinięta jest też działalność charytatywna – solidarność międzyludzka.
Tam, gdzie nie ma księży, jest o wiele gorzej. Na peryferiach Manaus są ogromne dzielnice, w których z braku księży i życia religijnego przestępczość jest nieporównanie większa niż w innych dzielnicach.

R. – To znaczy, że ludzie czekają z otwartymi rękami na księdza?

K. – I tak i nie. Jest ogromna potrzeba księży, ale najpierw ksiądz musi się sprawdzić w określonych warunkach, coś z siebie dać. Muszą poznać, że jest jednym z nich, a nie żyje obok nich. Teraz już wiem, że na mnie czekają. Ale na początku, kto cokolwiek wiedział o ks. Stasiu? A teraz moi parafianie wiedzą, że najmilszym prezentem imieninowym dla mnie jest udział we Mszy Świętej.

W Brazylii jest wiele powołań, ale niewielu bywa wyświęconych. Na ten temat wypowiedzą się lepiej moi współbracia, ks. Marek Karny SAC, długoletni rektor naszego seminarium i ks. Paweł Kowalczyk SAC, wieloletni mistrz nowicjatu oraz inni moi współbracia bezpośrednio zaangażowani w formację.

R. – Jakie są Księdza plany w odniesieniu do parafii Gloria?

K. – W tym roku obchodzimy 50-lecie kościoła parafialnego i pierwszej Mszy Świętej. Ciesząc się tym jubileuszem chciałbym jeszcze wybudować ze swoimi parafianami Centrum Katechetyczne dla podniesienia poziomu katechezy i być świadkiem święceń kapłańskich jednego z moich parafian (to moje marzenie).

R. – W takim razie życzymy zrealizowania planów i spełnienia marzeń.

K. – Bóg zapłać.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia ks. Artur Karbowy, archiwum ks. Stanisława