Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 49 (4/2009) arrow Refleksja o misjach w Kamerunie
Refleksja o misjach w Kamerunie Drukuj Poleć znajomemu
Każdy misjonarz, gdy decyduje się na pracę misyjną, zdaje sobie sprawę z tego, że wybiera coś, co jest bardzo miłe Bogu i konieczne dla Kościoła. Misjonarz decyduje się na ofiarę z siebie na służbę drugiemu człowiekowi o jakże odmiennej mentalności i kulturze.

W Afryce, a szczególnie w Kamerunie, spotkałam ludzi zastraszanych przez czarowników. Łatwowierni szukają pomocy u czarownika, który ich zastrasza i wyciąga od biednych wszystko, co mają, nieraz ostatnią kurę. Czarownik zawsze współpracuje z szatanem i sprowadza go na tych, którzy mu nie wypłacają żądanej zapłaty.

Ludzie przypisują wszelkie nieszczęścia przekleństwu czarownika, np. gdy ktoś nagle zachoruje, umiera, kogoś ugryzie jadowity wąż lub skorpion, czy tropikalna burza rozwali chatę, a burze tropikalne są niebezpieczne. Gdy czarownik się rozzłości, wygrzebuje potajemnie z grobu kości i obrzuca nimi chatę, a wtedy przekleństwo spoczywa na długie lata i pokolenia.

Misjonarz stara się odwrócić przekleństwo przez modlitwę, egzorcyzmy, kropienie wodą święconą, dąży do doprowadzenia ludzi do sakramentów świętych i zachęca do wytrwałej modlitwy. Tam, gdzie są kapłani, gdzie są misjonarki, ludzie...

... czują się bezpieczni.
Na naszą misję przychodzą ludzie ze wszystkimi potrzebami, problemami o każdej porze dnia, a nawet w nocy, jeżeli ktoś ciężko zachoruje, kogoś ugryzie wąż czy przychodzi czas porodu.

Pierwsi misjonarze i misjonarki przybyli do Kamerunu 100 lat temu – byli to Księża Pallotyni i Siostry Pallotynki pochodzący z Niemiec. Pierwsza wojna światowa usunęła ich z tego kraju. Ich miejsce zajęli misjonarze z Francji i Anglii.

Nasza misja ma 80 lat, ale z powodu braku powołań we Francji została opuszczona i dopiero po wielu latach przyjechały tu polskie pallotynki. Misja leży 80 km do miasta Yaoundé, z czego 30 km stanowi błotnista droga, w porze suchej zamieniająca się w tuman kurzu i głęboki las, busz, zwany dżunglą afrykańską.

Wprost trudno sobie wyobrazić jak mieszkają i z czego żyją tam ludzie. Kiedy przemierza się gęsty busz, mieszkających tam ludzi prawie nie widać. Budują nędzne lepianki i wyrąbują maczetami gęsty, splątany busz, by w porze deszczu zasadzić orzeszki ziemne, których używają do większości potraw, maniok (główne pożywienie), banany w różnych odmianach nadające się do gotowania lub smażenia oraz „owocowe”, kukurydzę czy jarzyny lebiodowe. Chleb jedzą tylko w święta (w mieście ludzie, którzy mają pracę, jedzą chleb na co dzień).

Pod każdą uprawę muszą wyrąbać bardzo szybko rosnący busz, a gdy to, co wyrąbią, wyschnie, trzeba to spalić, by móc coś posadzić. W porze suchej wszystko zamienia się w pustynię – słońce wszystko wypala, pęka ziemia. Wtedy ludzie chodzą daleko w busz, by zerwać z niektórych drzew liście na jarzynę, stanowiącą często podstawę posiłku. Dodają do tego orzeszki ziemne lub olej palmowy.
Mleka nie znają, chyba tylko w postaci proszku z Europy. Miejscowy Ksiądz Biskup opowiadał nam, że po raz pierwszy pił mleko, gdy wstąpił do seminarium.
Białko zwierzęce znajdują w buszu – różnego rodzaju zwierzynę, robactwo, termity czy też węże, na które zakładają sidła. Dzieci umiejętnie władają procą i polują na ptaki, wiewiórki czy szczury.
W Kamerunie ludzie jedzą wszystko, co się rusza.

W misji, gdzie obecnie pracuję jesteśmy trzy siostry z Polski, a pracy dla misjonarek jest ogrom.

Jedna siostra prowadzi ośrodek zdrowia z porodówką. Bardzo często przynoszą tam chorych wymęczonych i ogołoconych przez czarowników. Trudno ich wyleczyć, bo często jest już za późno – choroba rozwinęła się. Możliwości ośrodka zdrowia są ograniczone. Potrzeba wielu drogich lekarstw, a chory nie ma czym zapłacić, bo wszystko oddał czarownikowi. Nam też trudno je zakupić.
Bardzo dużo młodych ludzi umiera na AIDS, pozostają sieroty. Przyczyną śmierci wielu osób jest malaria, choroby skóry – są to różne choroby roznoszone przez muchy (mucha filera, mucha tse-tse, mutu-mutu i inne).

Druga siostra zajmuje się remontami starych budynków, by je przystosować do potrzeb, dojeżdża do ludzi najbiedniejszych, starych, chorych, do rodzin wielodzietnych w wioskach. Organizujemy dla nich pomoc materialną, leczenie. Nierzadko przywozi się je do kościoła czy ośrodka zdrowia.

Prowadzi też adopcję serca dla sierot czy dzieci najbiedniejszych. Osoby, które podejmują się adopcji serca, opłacają dziecku szkołę i podstawowe leczenie w kwocie wynoszącej rocznie 35 euro.

Szkoły państwowe w Kamerunie są darmowe, ale ludzie nie chcą do nich posyłać dzieci, gdyż w nich praktycznie niczego się nie uczy. W szkołach katolickich państwo niczego nie dotuje, toteż rodzice muszą opłacać dziecku naukę. Sieroty i dzieci biedne nie mogą się uczyć, bo nie ma kto za nie zapłacić.

Trzecia z sióstr prowadzi szkołę życia dla dziewcząt – młodocianych matek.
W mentalności afrykańskiej już bardzo młoda dziewczyna ma urodzić dziecko. Takich dziewcząt jest dużo. Właściwie to one same jeszcze potrzebują opieki, a muszą się zaopiekować swoimi niemowlętami. Nie mogą ukończyć szkoły, bo mają nawet i po kilkoro dzieci i często z różnymi ojcami, którzy nie poczuwają się do odpowiedzialności i pomocy w wychowaniu dziecka. Uczymy te dziewczęta, jak sobie radzić w życiu. Jakże często nieszczęśliwe są te dzieci – niedożywione, nie otrzymują ciepła ani ze strony matki, ani ojca.

Ciągle szukamy pomocy, by kupić mleko lub inną odżywkę dla zagłodzonych dzieci.
Dla misjonarki to wielki ból, gdy dziecko umiera i nie można mu pomóc.

Uczymy także w szkole religii, przygotowujemy do sakramentów świętych starszych i dzieci. Pracy nam nie brakuje.

W imieniu wszystkich misjonarek i ludzi, którym pomagamy, składam serdeczne „Bóg zapłać” za każdą pomoc.

S. Rafała Raś SAC
Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek, Verena Moos