Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 47 (2/2009) arrow Siostry Pallotynki w Kamerunie
Siostry Pallotynki w Kamerunie Drukuj Poleć znajomemu
W poprzednim numerze zamieszczone zostały wspomnienia Siostry Rafały Raś, pallotynki, z pracy w Rwandzie, a ściślej z czasu wojny. Po jej zakończeniu niektóre polskie siostry nie mogły powrócić do tego kraju, gdyż zagrożone było ich życie. Podejmowały więc pracę w innych krajach misyjnych.

R. – Sytuacja polityczna uniemożliwiała powrót Siostry do pracy w Rwandzie. Wspomniała Siostra, iż po krótkim okresie pobytu we Francji i w Polsce wyjechała Siostra do Kamerunu. Proszę nam opowiedzieć o tym kraju.

S. – Kamerun jest zupełnie innym krajem niż Rwanda. Przede wszystkim ludność rwandyjska była bardziej otwarta. Kameruńczycy podchodzą do innych z większą rezerwą, są zamknięci. Trzeba ich poznać, żeby nawiązać z nimi kontakt, zdobyć ich zaufanie. Są natomiast spontaniczni.

Kamerun tworzą dwie części: francuska i angielska. Ja pracuję w części francuskiej, tzw. zielonej, w diecezji Yaounde.
Stacja misyjna znajduje się w buszu, w odległości ok. 80 km od Yaounde. Ma już ponad 80 lat i wiele ze znajdujących się tu budynków wymaga remontu. Przed nami były tu już 3 zgromadzenia zakonne. Misja została opuszczona ... ...przez siostry Kanadyjki, a że my szukałyśmy miejsca do osiedlenia, więc podjęłyśmy się pracy w tej misji.

Pod względem cywilizacyjnym ludność jest tutaj bardzo zaniedbana. Utrzymuje się głównie z rolnictwa, ale pod każdą uprawę trzeba wyrąbywać potężny busz. Wyrąbują maczetami lub wypalają małe działki i od razu sadzą. Nie mają narzędzi do odpowiedniej uprawy ziemi, ale też nie są do tego przyzwyczajeni. Nie mogłam tego zaakceptować.

R. – Jakie rośliny Kameruńczycy uprawiają na tych poletkach?

S. – Przede wszystkim sadzą maniok, który jest ich głównym pożywieniem. Także ziemne orzeszki, których dodają, choć parę, do każdego posiłku – mielą je albo pieką. Uprawiają również gatunki bananów, nadające się do usmażenia lub ugotowania oraz kukurydzę, której zawsze jest za mało, słodkie pataty (ziemniaki), których jednak sadzą niewiele, gdyż uprawiane w takich warunkach niezbyt dobrze rosną. Ostatnio zaczęli zakładać plantacje ananasów, na które jest obecnie zbyt. Uprawiają też kakao.

Miesiące grudzień i styczeń to tutaj miesiące „miodowe”, bo wtedy odbywa się skup kakao, za które dość dobrze płacą i niektórzy mają wtedy dużo pieniędzy. Ale im pieniądze szybko się rozpływają – wtedy jest dużo picia, dużo dobrego jedzenia. Nie pomyślą nawet, żeby opłacić dzieciom szkołę, kupić jakąś działkę czy wybudować dom. Oni po prostu nie myślą takimi kategoriami.

Kameruńczycy są narodem wolnym, ale ciągle Francja ma na nich duży wpływ. Uważam, że nie pomogła im w rozwoju, ale ich zdemoralizowała. Można tu zobaczyć najbrudniejsze filmy francuskie. Ludzie nie mają nic, ale mają radio czy telewizor w tych miejscowościach gdzie jest prąd.

R. – Jaka jest sytuacja dzieci i młodzieży?

S. – Dzieci w praktyce nie mają obowiązku chodzenia do szkoły, chociaż formalnie taki obowiązek istnieje. W razie potrzeby, zawsze można sobie dodać lub ująć lat i zapisać się do szkoły. Dyplom i prawo jazdy można zresztą kupić. Jeśli ktoś ma pieniądze, może sobie wszystko załatwić. Jest bardzo wielka korupcja, chyba największa w Afryce.

W miastach są bardzo bogaci ludzie, tak bogaci, że czasami kupują samochody tylko po to, żeby dekorowały podwórko. Właśnie w Kamerunie widziałam najdroższy samochód świata.

A obok żyją nędzarze, ludzie umierający z głodu, nie mający pracy.
Młodzi nie mają perspektyw. Czasami kończą studia (Kameruńczycy są bardzo zdolni), ale nie otrzymują pracy, więc się zniechęcają.
Nie wszystkie dzieci idą do szkoły, bo szkoła jest płatna. Nie są płatne państwowe szkoły, ale tam z kolei często nie ma lekcji. Nauczyciel przychodzi, kiedy zechce. Nic więc dziwnego, że ludzie raczej nie posyłają dzieci do szkół publicznych. Natomiast szkoły prywatne nie posiadają dotacji od państwa, więc rodzice muszą płacić za naukę dzieci. Niestety, wielu z tych, którzy chcą tam posyłać dzieci, nie ma pieniędzy, by zapłacić za naukę.

W Kamerunie bardzo wysoko jest cenione macierzyństwo. Ale nie macierzyństwo w rodzinie, bo rodzina tutaj właściwie się rozpadła. Dziewczyny, często kiedy tylko dojrzeją, rodzą dzieci, ale nie wychowują ich same. Dopóki dziecko jest karmione piersią, trzymają je, ale jak tylko trochę je odchowają, zostawiają albo u matki chłopaka, albo u swojej i idą dalej. Za jakiś czas mają następne.

Dziewczyny, które po skończeniu podstawówki idą do szkoły średniej, często jej nie kończą, bo zachodzą w ciążę – często z kolegami, ze starszymi mężczyznami, nieraz w rodzinie (czasem bywają zgwałcone, czasem namówione). Bywają takie przypadki, że jak dziewczyna ma 16 lat, czy nawet mniej, i nie ma dziecka, matka wypędza ją z domu, żeby przyniosła coś do jedzenia. Za co kupi? Jak zarobi?

Nasza praca polega m.in. na tym, żeby w jakiś sposób temu zapobiegać w środowisku, w którym jesteśmy. Podjęłyśmy się również pracy w szkolnictwie. Organizujemy też Adopcję Serca, troszkę jednak inaczej niż jest to znane w Polsce. Zainteresowani przesyłają ofiary, 35 euro na rok, bezpośrednio do naszego Centrum Misyjnego. Z tego opłacamy naukę dzieci, przybory szkolne. Nie przeznaczamy tych środków na żywność.

W strefie zielonej, w której my żyjemy, dzieci powinny być wyżywione w rodzinie. Tu ziemia może wydać dobry plon. Działamy raczej w taki sposób, by ludzi zachęcić, przymusić nawet do pracy, nauczyć ich myślenia o przyszłości, a nie tylko o dniu dzisiejszym.
Bardzo dużo ludzi przychodzi ciągle po pomoc, ale nikomu nie dajemy w formie prezentu, tylko dajemy możliwość zarobienia. Ponieważ misja jest duża, toteż, żeby tylko oczyścić teren trzeba dużo rąk do pracy. Zresztą zawsze znajdzie się coś do zrobienia. Najczęściej angażujemy na kilka dni młodzież, która chce zarobić na szkołę, młodych chłopaków czy tych, którzy chcą się leczyć, a mogą pracować. Jeżeli widzimy, że ktoś nie może pracować, wtedy pomagamy.
Pomagamy też w ramach Caritasu.
Ciągle jednak zmierzamy do tego, by oduczyć tutejszych ludzi, że my musimy dać. Oni generalnie mają takie podejście: jesteś biała to masz i musisz nam dać. Dam, ale ty musisz zapracować, może ktoś z rodziny. Chociaż tydzień czy dwa czy nawet kilka godzin.

W naszej pracy szczególną troską obdarzamy dzieci, sieroty. Tutaj jest dużo sierot. Młodzi ludzie umierają na AIDS, zostawiają sieroty. Toteż właśnie one oraz dzieci z rodzin wielodzietnych mają pierwszeństwo do pomocy. Jeżeli mężczyzna i kobieta żyją razem i są sobie wierni, wtedy też pomagamy.
Natomiast jeżeli ktoś, tak jak te dziewczyny, które ciągle „nosi” i dzieci dziadkom podrzucają, przychodzi po pomoc, odmawiamy. Dziadkom też mówimy, że jeżeli przyjęli dziecko córki i ona znowu może „ganiać”, my na taką pomoc nie mamy, bo rodziny, które pomagają, chcą wiedzieć, komu pomagają.
Z taką rodziną mamy kontakt; przynajmniej 2 razy do roku wysyłamy list od dziecka (dziecko pisze list, my tłumaczymy, coś od siebie dopisujemy – takie sprawozdanie – i wysyłamy). Dołączamy też zdjęcie dziecka. W tej chwili mamy ok. 400 dzieci objętych tą akcją. Niektóre osoby przysyłają trochę więcej niż 35 euro. Z tych pieniędzy możemy opłacić nauczyciela (w prywatnych szkołach trzeba opłacać nauczycieli), czy zrobić coś w szkole. Teraz na przykład chcemy kupić podręczniki dla wszystkich dzieci.

Na naszej misji jest szkoła, w której nic nie robiono przez 70 lat. Prawie nie ma ławek. Chcemy z tych dodatkowych pieniędzy odnowić szkołę, zakupić ławki – powoli coś robimy. Tam, gdzie są sieroty, są również jacyś wujkowie, dziadkowie. Chcemy, żeby przynajmniej 2 razy do roku przyszli na 2 godz. do pracy, żeby mieli poczucie, że im się pomaga, ale oni też mają w tym swój udział. Organizujemy dla tych rodzin i dzieci Mszę Świętą, żeby razem modlić się za dobrodziejów, żeby podziękować Panu Bogu. Chcemy, żeby umieli przyjąć pomoc w duchu wdzięczności, a nie poczuciu „mnie się należy”.

R. – Czy w misji Sióstr jest też ośrodek zdrowia?

S. – Jest ośrodek zdrowia z porodówką. Jedna z sióstr jest za niego odpowiedzialna i zajmuje się też leczeniem.
W Kamerunie leki są bardzo drogie. Z Europy nie bardzo można je dosłać, toteż szukamy pomocy w różny sposób.

Przeważnie przychodzą do nas osoby z bardzo ciężkimi chorobami, a to dlatego, że na tym terenie jest wielu czarowników. Ludzie, nawet chrześcijanie, są zastraszeni i najpierw idą do czarownika. Jak już choroba się bardzo rozwinęła, czarownik nie pomógł, a wyciągnął, co się dało, wtedy przynoszą chorych do nas. Bardzo trudno wyleczyć takich pacjentów.

Często przychodzą ludzie pogryzieni przez węże. Czarownik nie bardzo może sobie z tym poradzić. Jest dużo przypadków AIDS, wymagających drogich antybiotyków. Do porodu przychodzą matki. Robione są szczepienia, konsultacje przed porodem. Szczepienia i witaminy kobiety otrzymują bezpłatnie.

Mamy też szkołę dla młodych matek, które mają nawet po kilkoro dzieci lub kilkoro poroniły. One są bardzo niewytrwałe w nauce, ale chcemy, choć troszkę, podnieść ich poziom. Nauczyć troszkę gospodarstwa, szycia, wyszywania, jak pielęgnować swoje dzieci. Niektóre uczą się też czytać i pisać. Uczymy także religii.
Przeważnie dziewczyna pochodzi kilka miesięcy i nagle znika. Pojawia się za kilka miesięcy z następnym maleństwem. Wydaje się, że to syzyfowa praca, ale są i rezultaty. Ileż mają radości, jak nauczą się coś skroić i uszyć. Będą potem mogły przyjąć jakieś zamówienie i coś zarobić. Chciałybyśmy się postarać o maszynę do szycia dla tych dziewcząt, ale na razie nas na to nie stać.

R. – Czym Siostra zajmuje się w Kamerunie?

S. – Zajmuję się właśnie tą szkołą dla dziewcząt i uczę religii, przygotowuję do sakramentów tak starszych, jak i dzieci... W czasie wakacji lub ferii organizujemy także spotkania, sesje dla młodzieży interesującej się życiem zakonnym.

R. – Wspomniała Siostra, że przychodzą ludzie i szukają pomocy na zasadzie: „należy mi się – jesteś biała to masz i masz dać”. Czy w ramach nauki, że na pomoc trzeba zapracować, podejmowane są jakieś działania, np. uczące uprawy ziemi?

S. – Tak, planujemy zorganizować szkołę gospodarczą w szerszym tego słowa znaczeniu. Na terenie misji jest sporo pola uprawnego, więc mówimy: uprawiaj taką i taką działkę, posadź np. orzeszki. Później je sprzedasz i będziesz mieć pieniądze.

Kiedy przyjechałam do Kamerunu nie miałyśmy ogrodu. Założyłam go i uprawiałam z jednym pracownikiem. Nauczyłam go, jak robić kompost z liści i chwastów. Teraz ludzie przychodzą i przyglądają się naszemu ogrodowi. Aż się dziwią, że taką „niedobrą”, skalistą ziemię dało się uprawić.

Jest nas tylko trzy, więc na razie nie jesteśmy w stanie zrobić więcej. Ma dojechać s. Anna, która pracowałaby w duszpasterstwie, bo jest bardzo duża potrzeba.

Jest tu tylko jeden ksiądz, Rwandyjczyk, na 2 duże parafie z kilkoma filiami. W miarę naszych możliwości pomagamy mu w pracy parafialnej. Obecny Ksiądz Proboszcz odnowił duchowo parafię. Kiedy jedzie na filie pyta, czy nie chciałybyśmy jechać z nim. Jeśli tylko możemy – jedziemy. Ludzie widzą wtedy, że to jeden Kościół, że jesteśmy razem, razem pracujemy, a nie czarny ksiądz sobie, a białe zakonnice sobie.

R. – Czy misja Sióstr to misja pallotyńska?

S. – To jest misja diecezjalna. Jest przy niej duże centrum formacyjne, w którym są organizowane sesje różnych organizacji religijnych, np.: Sprawiedliwość i Pokój, katechetów, grup młodzieżowych, grup powołaniowych. My mamy nad tym pieczę. Jest to dość trudne organizacyjnie.

R. – Jak Ewangelia jest przyjmowana przez ludzi, wśród których Siostra pracuje?

S. – Wiara katolicka jest tu jeszcze młoda, bo właśnie niedawno Kościół kameruński przeżywał swoje stulecie. A wiarę przynieśli tu pallotyni. Myślę, że oddanie Kamerunu pod opiekę Matce Bożej Królowej Apostołów to jest ratunek dla Kamerunu. Ludzie odnajdują się w ruchach maryjnych, np. w środowiskach miejskich jest dużo katolików, którzy angażują się w różnych organizacjach maryjnych. Ponieważ lubią się ładnie ubierać, mają specjalne stroje, mężczyźni jednakowe koszule i spodnie, a kobiety materiały z określonymi emblematami.

Kameruńczycy bardzo kochają Matkę Bożą. Są piękne kościoły w Yaounde czy Douale pod Jej wezwaniem; jest piękna bazylika pod wezwaniem Matki Bożej Królowej Apostołów. Odbywają się pielgrzymki do miejsc kultu Maryi.

Myślę, że ludzie potrzebują świadectwa, nie tyle głoszenia, ile bycia z nimi. My staramy się być dla ludzi otwarte, znajdować dla nich czas. Jeżeli ktoś przychodzi, to poświęcamy dla niego trochę czasu – nieraz potrzebuje się tylko wygadać, kiedy indziej mówi i mówi, aż w końcu o coś poprosi, ale nawet jeśli się odmówi albo powie: słuchaj, nie mogę Ci pomóc, ale będę się modlić za ciebie … pozostaje pozytywne nastawienie.

R. – Czy coś zapisało się szczególnie w pamięci Siostry?

S. – Jednym z takich zdarzeń było ochrzczenie czarownika. To był mały czarownik – 10-letni chłopiec, który został wzięty przez czarownika do posługi i do przyuczenia. Był niesamowicie bystrym chłopakiem – bardzo szybko się nauczył. W jakimś momencie coś za dużo powiedział i został wygnany. Wszyscy go wyganiali, wyrzekła się go rodzina. W końcu przygarnęła go pewna staruszka, nawet nie z rodziny. Ona się ledwo ruszała. Chłopak chodził głodny, obdarty, brudny.
Od czasu do czasu przychodził do nas i prosił o jedzenie. I dostawał je, bo wiedziałyśmy, że jest bardzo biedny. Nie wiedziałyśmy, kto to jest. Nawet dałam mu jakąś koszulę.

Zaczął chodzić do naszej katolickiej szkoły. Był bardzo zdolny. Nie wiadomo kto opłacał jego naukę. Przychodził do nas dość często, aż któregoś dnia poprosił o chrzest, gdyż, jak powiedział, my go nie wypędziłyśmy, jak wszyscy go wyganiali i dałyśmy mu jedzenie, kiedy o nie prosił.
Wtedy zaczęłyśmy się zastanawiać, kim on jest. Stopniowo dowiedziałyśmy się od ludzi. Poszłam z nim do Księdza Proboszcza, który w języku eundo doszedł do sedna sprawy. Poszedł jeszcze do tej babci, u której chłopak mieszkał. Okazało się, że ona nie ma z czarownikiem nic wspólnego. Zaczęłyśmy więc przygotowywać chłopca. Potem na jakiś czas zniknął. Myślałyśmy, że nasz Symeon zrezygnował z chrztu. Po pewnym czasie wrócił – przypuszczałyśmy, że dlatego, bo był głodny. Ludzie mówili, że chorował.

Chłopiec bardzo się dopraszał o chrzest. Zastanawialiśmy się, czy nie chce go do jakichś czarów wykorzystać, ale nie. Przygotowywałyśmy go dalej. Ksiądz Proboszcz również pomagał, aż w końcu zadecydował, że skoro chłopiec tak bardzo pragnie chrztu, może go otrzymać, ale nie może przystąpić do I Komunii Świętej, bo się musi lepiej przygotować.
Uszyłyśmy mu białe ubranko.

Wprost trudno opisać, jak się ten chłopiec zmienił w czasie chrztu. Jakby w jego oczy niebo wstąpiło. Bardzo rzadko zauważa się taką przemianę.
Mamy nadzieję, że już nigdy do czarownika nie powróci. Ksiądz Proboszcz obiecał, że weźmie go na probostwo. Teraz pieczę nad nim ma s. Maria, która przygotowuje go do I Komunii Świętej.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Verena Moos, misjonarka świecka