Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 47 (2/2009) arrow Rozmowa z ks. Zdzisławem Jowikiem, Kazachstan
Rozmowa z ks. Zdzisławem Jowikiem, Kazachstan Drukuj Poleć znajomemu

 R. – Proszę o przedstawienie się naszym Czytelnikom. K. – Nazywam się ks. Zdzisław Jowik. Jestem jedynym kapłanem z diecezji siedleckiej, który wyjechał do Kazachstanu. Pracuję tam już 12 lat, obecnie w Oziornoje.

Tam był wcześniej proboszczem obecny biskup, ks. Tomasz Peta. Przyjechałem w trudnym momencie – akurat zaczynała się pierestrojka. Było bardzo ciężko, bo był wyłączany prąd, nieraz nawet na kilka dni. W Oziornoje niejednokrotnie brakowało prądu nawet przez 30 dni. Ludzie nie otrzymywali emerytury przez 9 miesięcy. Dziwiłem się, że można żyć w takich warunkach.

Ale najpierw pracowałem na Ukrainie, w Żytomierzu. Tam mnie odwiedził ksiądz Polak, który pracował na Syberii. Namawiał mnie do wyjazdu na Syberię, bo tam bardzo brakuje księży. Miałem 5 godzin na decyzję.
Bp Purwiński proponował, żebym został i spowiadał młodzież powołaniową. To dobra funkcja, ale Syberia ciekawsza. Nie miałem pieniędzy, wiza mi się kończyła tego dnia, ale kolega mówił: „Co się martwisz? Jedź!”.
I chyba Duch Święty działał albo Matka Boża pomagała, bo Jej swoje kapłaństwo ofiarowałem – pojechaliśmy.

Z Ukrainy mnie wypuścili, ale pogranicznicy rosyjscy pytają: „Wiza jest? Nie masz, to...

... wychodź!” Ale ksiądz-kolega mówił, żeby zostać na miejscu. Kiedy ponownie kazali wychodzić, powiedział: „Spuść nogi, ale nie wychodź!”. Posłuchałem. I w końcu kazali nam jechać do Omska i zapłacić karę. Nie wiedzieliśmy jak wysoka ta kara, ale jedziemy: „Panie Boże, pomóż!”.
Przyjechaliśmy do Omska... kara wynosiła 3 dolary. Uprzejma urzędniczka wyrobiła mi wizę na rok. Przez miesiąc przypatrywałem się pracy na Syberii.

R. – Jaka była pierwsza parafia Księdza w Kazachstanie?

K. – Bp Lenga, który wtedy był jedynym biskupem na cały Kazachstan i 5 krajów sąsiednich, skierował mnie do Krasnoarmijska. Myślałem wprawdzie o innej placówce, ale skoro Bóg tak chciał, zostałem tam. Zastałem kościół czarny, z czerwonymi słupami, jak za rewolucji, podłoga zabetonowana, szyny było widać i wystające druty.
Przyjechałem 15 stycznia 1996 r. Początek był ciężki.

Wtedy, w czerwcu, miała przyjechać figura Matki Bożej z Fatimy. W każdej wiosce przebywała jeden dzień. W mojej parafii była tydzień. W czasie tego tygodnia spałem tylko 2 godz. – chciałem cały czas być z ludźmi, uczyć ich modlitwy. Przychodziło dużo młodzieży, dzieci. Był różaniec, Msza św., pasterka.
Dla mnie to było wielkie przeżycie i wielka radość, że mogłem witać Matkę Bożą. Przywiozłem Ją samochodem ciężarowym z sąsiedniej parafii. Towarzyszyli dwaj ministranci, ubrani w czerwone stroje. Na powitanie Matki Bożej wyszło ok. 1,5 tys. ludzi – katolików, prawosławnych i muzułmanów. Przy pierwszej dziesiątce różańca wszyscy płakali ze szczęścia.

Wspólnym wysiłkiem doprowadziliśmy kościół do pięknego stanu: odmalowaliśmy go, otynkowaliśmy z zewnątrz, zrobiliśmy betonowe schody, zmieniliśmy ogrodzenie, bo kościół był otoczony szczelnie zabitymi deskami, żeby go nie było widać. Po konsekracji kościoła poprosiłem biskupa o zmianę. Byłem tu już 9 lat i znałem ludzi na pamięć.
Ludzie byli życzliwi, zawsze coś przynosili – nigdy głodny nie byłem, a i jak ktoś przyjechał, miałem czym ugościć.

Pomagałem też biednym, starszym. Dzieliłem się tym, co otrzymałem. A 2 razy to złodzieje pomogli pozbyć się zapasów – kiedy pojechałem do wioski, ukradli słoninę i 3 chleby, ale zostawili kawałek słoniny i jeden chleb, żeby ksiądz głodny nie był. Nawet się nie złościłem: „Dzięki, Panie Boże, jak głodni, niech jedzą, byle nie sprzedali na alkohol”. Przychodzili nieraz ludzie i prosili o pieniądze na chleb. Podawali kwotę taką jak cena butelki wódki. Wtedy nie dawałem, ale czasem im się udało oszukać. Takim to już tylko chleb i coś do chleba dawałem.

We wsi Podolskoje, wiosce niemal całkowicie polskiej (mieszka tu jedynie paru Rosjan, nie ma żadnego Kazacha), na różaniec, prowadzony przez ministrantów, przychodziło 40 dzieci. Zabrałem kiedyś ministrantów na obóz do swojej parafii i tam przez tydzień uczyłem ich różańca, modlitwy. Zabierałem ich też na zajęcia sportowe. Graliśmy w piłkę nożną o Puchar Biskupa. Zdobyli dwa puchary – była to dla nich wielka satysfakcja. Wyjechali z wioski pierwszy raz, zobaczyli stolicę. Tu ludzie z wiosek mało podróżują.

Była to też okazja powiązania piłki nożnej z religią. Brakowało nam jednego zawodnika – chłopcy mówili: „Księże, mamy takiego dobrego chłopaka, on świetnie gra, ale nie mógłby być ministrantem”. Zgodziłem się: „Dobrze, powiedzcie mu, niech przychodzi”. Przychodził przez miesiąc, potem pojechali na zawody, zdobyli puchar. Chłopak przychodził na Mszę św. Potem zaczął studia, zamieszkał we Wspólnocie Błogosławieństw i tam pozostał. Był w Szwajcarii, nauczył się języka i teraz z tamtejszą wspólnotą pracuje.

Bóg często działa przez dzieci. One chodzą do kościoła, na katechezę, to i mamę przyciągną. Mama patrzy, że większość ludzi idzie do Komunii Świętej. Pyta: „co robić?” Mówię: „Brać ojca, ślub weźmiecie i będziecie chodzić”. I ojciec chodzi na katechezę, do kościoła razem z żoną i dziećmi. To jest piękne. Tak samo jak rodziny, które w październiku odmawiają różaniec wspólnie z dziećmi. To jest budujące, ale rzadkie zjawisko.

Pamiętam taką rodzinkę, która przyszła zamówić Mszę św. za mamę. Mówię: „Dobrze. A wy ochrzczeni?” „Nie”. „A dzieci?” „Też nie”. „A może byście się ochrzcili?” – zapytałem. „No dobrze”. Piękne były te katechezy – ja tylko temat rzuciłem, a oni pytaniami zasypywali. Chciało się być z nimi jak najdłużej, bo widać było jak chłonęli tę wiedzę. Potem wzięli ślub, chłopcy są ministrantami. To radość, że ktoś odnalazł Pana Boga, że cała rodzina przyszła do Jezusa Chrystusa.

Pan Bóg powołuje w różny sposób. Z tej parafii wywodzą się dwie siostry zakonne. Jedna pochodzi z polskiej rodziny, obecnie pracuje w Polsce. Jest coraz więcej powołań miejscowych.

Mnie biskup przeniósł do Oziornoje – zostałem wikarym (z czego się ucieszyłem, bo nie ma tyle papierkowej roboty) i kierownikiem pierwszej pielgrzymki archidiecezjalnej – wyjeżdżam z Oziornoje, żeby tu przyprowadzić ludzi z całej diecezji.

R. – Proszę opowiedzieć o tej pielgrzymce.

K. – Wyruszyliśmy z Kielarówki. Szliśmy ok. 30 km drogą bez drzew, przez pola. Jak wychodziliśmy, o godz. 10.00 temperatura wynosiła +33°C, a w południe prawie +40. Była też telewizja – Polacy, którzy kręcili dla telewizji niemieckiej.
Po ok. 20 km zatrzymaliśmy się w małej wiosce, z której wyjechała połowa mieszkańców. Tam jest kaplica, do której tylko 2 babcie przychodzą. One przygotowały obiad, herbatę i ciasto.
Ważne jest, że dużo ludzi szło do spowiedzi – niektórzy nie byli przez kilka lat. Przychodzili też po poradę. Było wiele modlitwy i śpiewu. Modliliśmy się o powołania dla Kościoła, toteż częste były wywiady z siostrami, z księżmi. Wśród 76 uczestników było 3 księży, 7 sióstr zakonnych i klerycy. Klerycy pochodzili stąd i wnosili wiele wesołości, np. ogłaszali: „Uwaga, uwaga! Dzisiaj jest spowiedź bezpłatnie!”. Było też sporo młodzieży, trochę starszych – najstarsza uczestniczka miała 82 lata.

To była pierwsza pielgrzymka. Siostry Karmelitanki pomogły mi zrobić znaczki – z pokrywek od masła, na których naklejaliśmy wizerunek Matki Bożej Królowej Pokoju. Zawieszaliśmy je na tasiemkach. Zrobiliśmy je dla kleryków, dla sióstr – nie mieliśmy tyle pokrywek, żeby starczyło dla wszystkich. Na następną już zamówiłem znaczki w Polsce.

Myślę, że pielgrzymka była bardzo udana, bo i owoce duchowe były. A to najważniejsze, bo celem pielgrzymki jest nie tylko, by przejść, ale żeby człowiek otworzył swoje serce, pojednał się z Panem Bogiem. Żeby te rekolekcje w drodze dały jakiś pożytek dla duszy.

W Oziornoje są też organizowane od 10 lat zjazdy młodzieży, co 4 lata jest to zjazd międzynarodowy (młodzież z ościennych krajów, m.in. Uzbekistanu, Turkmenistanu, Kirgizji). Przyjeżdża ponad 400 osób. Zjazdy te umacniają wiarę, pokazują, że jest dużo młodzieży.

R. – Jakimi założeniami kieruje się Ksiądz w swojej pracy?

K. – Dzisiaj trzeba być Janem Vianey – iść np. do rodzin, wtedy znajdzie się ludzi. W ubiegłym roku ochrzciliśmy ponad 80 osób – już dawno w tej parafii nie było tylu chrztów. Ale to dlatego, że ja chodzę po domach, jak mnie zapraszają – nie tylko do katolików, ale i prawosławnych, luteranów czy baptystów.

Nieraz ludzie sami nic nie wiedzą o swojej religii – ma napisane „prawosławny”. Pytam kiedy był ostatni raz w cerkwi. „Jak chrzcili”. To jaki z niego prawosławny?

To zupełnie inna rzeczywistość. Jest radość szukania, znajdywania nowych ludzi. Pewna pani powiedziała: „Dzięki temu, że mnie ksiądz zauważył, przyszłam do kościoła”. Dzisiaj tak jest, że trzeba każdego człowieka zauważyć, podać rękę, zagadać.

Ważne jest też, by świadczyć życiem o Bogu. Patrząc na nas, na nasze okazywanie wiary ludzie odkrywają Pana Boga. Dzisiejszy kapłan nie może się zamknąć w swoim domu – Jan Paweł II mówił, że musimy wyjść do ludzi, że ludzie muszą widzieć życie kapłana, a wtedy pójdą za Chrystusem. Tu trzeba być do dyspozycji 24 godziny – zawsze ktoś może przyjść, o coś zapytać, po radę, a więc kapłan spotyka się z ludźmi.
Jeżeli działa się z wiarą, wiele można osiągnąć. Właśnie z wiarą chodzę do ludzi, mówię im o tym, czym żyję, uczę modlitw, które sam odmawiam. Uczę życia Ewangelią, ile można, bo komunizm wiele zniszczył i dużo ludzi jest obojętnych.

Kiedyś zaprosiła mnie pewna rodzina na obiad. Przyszedł mąż z pracy (tam jest dłuższa przerwa na obiad). Podchodzi do stołu i mówi: „Księże, ja nie umiem się przeżegnać”. A dzieci chodzą na katechezę i potrafią się modlić. Mama też. Prosiłem dzieci, by zaczęły uczyć tatę.
I właśnie dlatego widzę celowość odwiedzania rodzin. Na początku trzeba siać i przypominać. Później można czegoś wymagać, a jeszcze później przygotowywać do sakramentów. Jak żona zacznie przychodzić, to i mąż przyjdzie.

Tak jak w wiosce Podolskoje – kiedy tam przyjechałem chodziły same babcie, ok. 30. Zacząłem tłumaczyć mężczyznom: jeżeli nie możesz przychodzić w niedzielę, to przychodź chociaż na Boże Narodzenie i Wielkanoc. Nauczyłem chodzić do spowiedzi na Wielkanoc, potem na Boże Narodzenie. Po jakimś czasie okazało się, że do Komunii Świętej może przystąpić jakieś 150 osób, także mężczyzn i młodych chłopców. Tam ludzie sami postawili krzyż, zrobili grotę Matki Bożej. Teraz kaplica jest powiększona, są ławki. To naprawdę piękna polska wioska, która troszczy się o Boga.

R. – Co jest najważniejsze w pracy misyjnej?

K.
– Najważniejsze jest to, że budujemy kościół w duszach ludzkich. Jeżeli człowiek będzie chodził do kościoła, korzystał z sakramentów – będzie żył Bogiem. Wiedzę zdobędzie, bo będzie go interesować. Jaką mogę dać wiedzę, jeśli ktoś nie umie się przeżegnać? Co będzie wiedział, jak nie będzie znał żadnej modlitwy? Nauczyć ludzi modlić się, chodzić na Mszę Świętą, żyć w przyjaźni z Bogiem – to jest najważniejsze. Jeżeli człowiek będzie słuchał Pana Boga, to wtedy i Ewangelia będzie się rozszerzała i ludzie pójdą za Chrystusem.

Ważne też jest jak siostry i księża, niezależnie od narodowości, współpracują. Wtedy można osiągnąć wspaniałe efekty.
W jednaj wiosce było 6 osób, a dzisiaj już przychodzi około 50.
Kiedyś przyjechałem do wioski w święto zmarłych. Było kazanie dialogowane. Pytam dzieci: „Gdzie człowiek pójdzie, jak jest dobry, grzeczny?”. Jeden chłopiec odpowiedział: „W gości”.
Takie kazania lubią też babcie, bo wtedy i one się nauczą, i dziecko będzie wiedziało. Proste pytania, adresowane do dzieci, pomagają też rodzicom zrozumieć prawdy wiary.
Kiedyś przyjechał ksiądz i czytał z kartki, to babcie przerwały i powiedziały: „Niech ksiądz to wydrukuje i nam da; niech się ksiądz nie męczy”.

Ważne też jest, by oduczać materialistycznego myślenia. Bo jak na razie to często widać, zwłaszcza w „zazdrościach” z otrzymywanych darów. To co otrzymujemy, staramy się rozważnie dzielić między potrzebujących.

Jak dzieci mówią: „Lubimy księdza”, pytam: „Co naprawdę lubicie księdza czy cukierki, które daje?”.
Z babciami bywa tak samo: „U baptystów to jest dobrze – mąkę, olej dają, a u nas nic nie dają”. Jeszcze nie było pierestrojki, a sekty już zaczynały działać. Mieli pieniądze, więc udzielali różnej pomocy i tym kupowali zwolenników. Tłumaczenie, że sekty są niebezpieczne, jest jednak utrudnione przez prawo, które zakazuje występować przeciwko innym religiom pod groźbą 2 lat więzienia.

Mogę powiedzieć, że moje kapłaństwo tam dojrzało.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: panie Alicja i Elżbieta