Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 47 (2/2009) arrow Pożegnanie z Amazonią
Pożegnanie z Amazonią Drukuj Poleć znajomemu

Po upływie prawie pięciu lat odkąd podjąłem posługę w Amazonii, otrzymałem dekret z zadaniem objęcia probostwa parafii Miłosierdzia Bożego w Rio de Janeiro od dnia 15 marca 2009 r. Przyszedł czas dokonania pewnego podsumowania mojej pracy w Novo Airão.

Jak kiedyś pisałem, było to moim marzeniem życiowym, ale przez wiele lat czekałem na znak zewnętrzny od strony przełożonych, by być pewnym, że taka jest wola Boża. Często sobie wyobrażałem, czego należałoby dokonać w takiej rzeczywistości. Po kilku latach stwierdzam, że wyobrażenia są dalekie od rzeczywistości misyjnej Amazonii. Dla ukazania tej rzeczywistości chcę opowiedzieć jedno z ostatnich doświadczeń duszpasterskich w Novo Airão.

Jednym z poważniejszych problemów w pracy duszpasterskiej jest alkoholizm. Niemal każda uroczystość religijna jest połączona z nadużywaniem alkoholu. Chciałem zmienić ten zwyczaj, ukracając nadużycia, ale przez to naraziłem się wielu ludziom, którzy zaczęli mówić źle o mnie, interpretując negatywnie moje poczynania duszpasterskie. Niektórzy nawet chcieli...

...domagać się u biskupa mojego przeniesienia. Dla tych ludzi moje odejście z parafii będzie znakiem zwycięstwa. Wydarzenie, które opisuję poniżej jest swego rodzaju odpowiedzią na sposób przeżywania tych problemów.

Otóż w styczniu mamy jedną dużą wyprawę misyjną, która trwa ponad dwa tygodnie, bo trzeba odwiedzić 17 miejscowości położonych na prawym brzegu Rio Negro w kierunku Manaus. Jak zwykle ks. Józef Maślanka oczekuje na taką możliwość i zawsze jest gotowy do wyjazdu. Tak też było tym razem.

Podczas tego wyjazdu przypada święto św. Sebastiana, obchodzone w jednej ze wspólnot nad rzeką Cuieiras. W tym roku przyszli do nas przedstawiciele ze wspólnoty Saraca położonej na prawym brzegu Rio Negro, gdzie nie ma możliwości dopłynięcia ze wspomnianej wyprawy. Ich patronem jest też św. Sebastian. Ku jego czci wybudowali nowy kościół, który należało poświęcić. Dlatego zdecydowałem się popłynąć tam wynajętą motorówką. Popłynął ze mną nasz kleryk Glenio, który u nas spędzał wakacje i dwie osoby dla zorganizowania oprawy muzycznej.

Uroczystość była piękna: Msza Święta, chrzty, uroczyste poświęcenie kościoła. Następnie była kolacja przygotowana dla wszystkich uczestników oraz festyn z losowaniem nagród i bingo z cennymi nagrodami. Podziwiałem, jak ci ludzie stawiali wysokie kwoty na proste losy, żeby w ten sposób dopomóc w pokryciu kosztów budowy kościoła. Ostatnim elementem była zabawa taneczna dla wszystkich mieszkańców łącznie z dziećmi.
Ale kiedy zostało wyłączone światło, zostało jeszcze kilkunastu gorliwców, którzy przy dosyć głośnej muzyce z nagłośnienia na akumulator wytrwali przez całą noc na uroczystości.

Położyliśmy się spać na hamakach w jednym z bardziej oddalonych domków, ale mimo wszystko byliśmy zmuszeni do słuchania muzyki przez całą noc. Dziwiłem się, że czasami muzyka ustawała i wszyscy głośno odmawiali Ojcze nasz i Zdrowaś Maryjo oraz wzywali wstawiennictwa św. Sebastiana.

Gdy wstałem rano, jeszcze kilku najwytrwalszych kończyło rytuał uroczystości swojego patrona. Obok nich znajdowało się kilkadziesiąt pustych puszek po piwie. Innych napojów alkoholowych w wiosce nie było.
Na zakończenie wszyscy wstali, utworzyli krąg i usłyszałem ich gorliwą modlitwę, mniej więcej w następującym brzmieniu: „Dziękujemy Ci Panie Boże, że mogliśmy być razem przez całą noc. Dziękujemy Ci, że wypiliśmy tyle piwa, ale się nie pokłóciliśmy. Dziękujemy Ci, że wytrwaliśmy w przyjaźni przez całą noc, nawet bez najmniejszego sporu. Ojcze nasz... Zdrowaś Maryjo... św. Sebastianie – módl się za nami. Niech żyje św. Sebastian!”.
Na zakończenie, przy uściskach pożegnalnych, życzyli sobie, żeby w przyszłym roku mogli się spotkać wszyscy na nowo i tak samo jak w tym roku obchodzić uroczystość ku czci św. Sebastiana. Jeszcze raz w tej intencji odmówili modlitwy i w duchu „prawdziwie religijnym”, trochę słaniając się na nogach, udali się do swoich domów.

Nigdy w życiu nie spotkałem się z tak szczerą modlitwą podpitych mężczyzn. Zastanawiałem się, bo dla tych młodych mężczyzn picie piwa było swego rodzaju rytuałem religijnym. Popijali piwo przy głośnej muzyce, ale się przejmowali, żeby przypadkiem nie nadużyć „klimatu religijnego i braterskiego” festy św. Sebastiana.

Wszystkim Czytelnikom i Współpracownikom Misyjnym dziękuję za pomoc duchową i materialną w prowadzeniu naszej misji amazońskiej. Teraz na moje miejsce przychodzi ks. Artur Karbowy. Ponieważ lubi on pisać i robić zdjęcia, z pewnością będziecie mieli wiele informacji o naszej misji i dalej zechcecie ją wspomagać.

Ks. Jan Sopicki SAC, misjonarz w Brazylii
Zdjęcia ks. Jana