Strona główna
Boliwijska rodzina Drukuj Poleć znajomemu

Wielkim problemem dzisiejszych czasów jest rodzina, słabnąca w niej więź i znaczenie w społeczeństwie. Problem ten dotyka też kraje misyjne, szczególnie w tych stronach, gdzie jest łatwy dostęp do telewizji, oraz gdzie ojciec wędruje za pracą.

W peruwiańskich górach rodzina jest tradycyjna – z określonym systemem wartości, wielodzietna. Kobieta jest poddana mężowi – to on kieruje domem; jest to tzw. machismo – wyższość mężczyzn. Ta rodzina się zmienia, zaczyna coraz więcej jeździć. Dzieci się uczą, ojcowie bądź całe rodziny wyruszają za pracą w pobliże miast lub do miast. Kiedy w górach jest pora deszczowa, przyjeżdżają na safra – tereny zielone, gdzie są zbiory. Tak że są długie okresy rozłąki. Ale jak wracają, np. na chrześcijańskie święta, wtedy świętują radośnie.

Ta rodzina ma swoje problemy, ale jednak jest to rodzina tradycyjna. Rzadko bywają pary żyjące bez sakramentu małżeństwa. Niekiedy pierwszym złym...

...przykładem jest nauczyciel, który przywędrował z innych stron.

Jednakże na niższych terenach, tam gdzie obecnie pracuję, jest nieco gorzej, przynajmniej z sakramentami. Może dlatego, że przez 20 lat nie było tu księdza na stałe – dojeżdżał tylko w niedzielę. Są takie wioski, gdzie większość par nie pozostaje w związku małżeńskim, nawet cywilnym. Tutaj tradycja zanika. Ludziom łatwiej żyć, łatwiej podróżować, choćby dlatego, że klimat jest łagodniejszy.

Nie bardzo się kwapią do sakramentu małżeństwa, lekceważą go, natomiast chcą chrzcić dzieci. Można, ale jak oczekiwać, że rodzice nieświadomi znaczenia sakramentów, będą dziecko wychowywać w wierze katolickiej? To trudny problem. Czasem ktoś zdecyduje się na ślub w takiej sytuacji, ale tylko niewielu można przekonać. Lepiej byłoby dzieci z takich związków chrzcić dopiero w szkole, kiedy mogą chodzić na katechizację, modlić się i wtedy można mówić, że zostanie świadomie ochrzczone i mieć nadzieję, że wytrwa w wierze. I tak protestanci pokpiwają z nas, że chrzty niemowląt z takich rodzin nie będą ważne.
Te wolne związki na ogół są trwałe, żyją dobrze. Prawdopodobnie jest ich tak dużo dlatego, że została zaniedbana świadomość sakramentalna czy też oparcie się na Ewangelii. Starają się dobrze, co nie znaczy religijnie, wychowywać dzieci.

Gorzej jest wśród młodzieży. Jest dużo dziewcząt, które przygodnie mają dziecko, które nie dadzą nazwiska ojca, bo albo uciekł, albo nie przyznaje się do dziecka, a czasem sama kobieta nie chce.

Takich dzieci jest dużo i musimy włożyć wiele pracy, by dziewczyny tak głupio nie zaczynały życia.
A to nie jest łatwe, bo księży jest zbyt mało – w mojej obecnej parafii mam pod opieką 20 wiosek (w poprzedniej było ich 60). Trzeba się dobrze zorganizować, żeby wszędzie dotrzeć, a to nie jest dojazd asfaltową drogą. Na nizinach jest łatwiej, ale w górach – tam chodzi się głównie piechotą i trzeba walczyć o każdy oddech, zanim organizm przyzwyczai się do wysokości.

Efekty naszej pracy zależą od wielu czynników, między innymi właśnie także od regionu, od wielkości parafii, od ludzi, którzy nam pomagają (po odpowiednich szkoleniach). Staramy się przede wszystkim nauczać Słowa Bożego, dążąc do tego, by ludzie je rozumieli i nim się kierowali.

Warto jeszcze wspomnieć, iż są u nas parafie, które prowadzą siostry zakonne. One też chrzczą i błogosławią związki małżeńskie. Nie mogą spowiadać ani sprawować Mszy św., toteż proszą księży sąsiadów o kapłańską posługę. To nie jest proste, nawet raz do roku, ze względu na obowiązki, jakie każdy z nas ma w swojej parafii.

Tu naprawdę potrzeba sporej liczby księży.

Ks. Ginter Pedro Rychlikowski, misjonarz z Boliwii
Zdjęcia z archiwum ks. Gintera