Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 46 (1/2009) arrow Różnorodność bogactwem Kościoła
Różnorodność bogactwem Kościoła Drukuj Poleć znajomemu
O Kościele w Armenii i swojej drodze do Zgromadzenia opowiada Hripsime, Mała Siostra Jezusa

Kilka słów o kraju

Armenia leży na wulkanicznym płaskowyżu, u stóp góry Ararat (5160 m). Jest krajem górskim – wzniesienia sięgają tu 1600-1800 m, a najwyższe szczyty ponad 3-4 tys. m – poprzecinanym głębokimi dolinami rzek, kotlinami i rozpadlinami. Zimy są tu ostre, a lata gorące i słoneczne.
 

Położenie geograficzne Armenii (graniczy obecnie na wschodzie z Azerbejdżanem, na południowym wschodzie z Iranem, na zachodzie z Turcją, na północy z Gruzją) sprawiało, że ścierały się tu wpływy sąsiadujących mocarstw. Kraj, który w I w. przed Chrystusem obejmował wszystkie terytoria ormiańskie oraz Syrię, Mezopotamię, Zakaukazie, Cylicję i Fenicję, stopniowo tracił podbite ziemie, a nawet część swojego zasadniczego terytorium. Dzisiejsza Armenia zajmuje powierzchnię 29,8 tys. km2. Ogromna liczba Ormian (ok. 80%) żyje poza granicami kraju.

Początki kraju sięgają czasów biblijnych – w Księdze Rodzaju 8,4-13 napisano: „Miesiąca siódmego, siedemnastego dnia miesiąca arka osiadła na górach Araratu. (…) W sześćset pierwszym roku, w miesiącu pierwszym, w pierwszym dniu miesiąca wody wyschły na ziemi i Noe, zdjąwszy dach arki, zobaczył, że powierzchnia ziemi jest już prawie sucha”.
Według tradycji Ormianie wywodzą swe korzenie od wnuka Noego – Hajka (państwo w jęz. ormiańskim nazywa się Hayastan).

Armenia jest pierwszym krajem w historii, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową. Chrześcijaństwo dotarło tu już w I wieku – Ewangelię głosili apostołowie Bartłomiej i Juda Tadeusz. W tym czasie...

... kraj wchodził w skład imperium rzymskiego, toteż docierała tu Dobra Nowina, ale i prześladowania chrześcijan. W II wieku przybyli tu misjonarze z Syrii i Azji Mniejszej, spośród których najznakomitszy okazał się św. Grzegorz Oświeciciel, wtrącony przez króla Trasata III (Tirydatesa) do głębokiego lochu, wykutego w skale. Siłą modlitwy, jak głosi legenda, zmienił niewiernego króla w świnię. Król, strwożony mocą Bożą, ukorzył się i gdy tylko została mu przywrócona ludzka postać, przyjął chrzest – był to rok 301. W ślad za królem nawracali się ludzie w całym kraju, który wkrótce stał się państwem chrześcijańskim.
Mimo licznych prześladowań, które miały miejsce w historii kraju ze strony muzułmanów i komunistów, naród ormiański znajdował w wierze odwagę i wolę przetrwania. Stała się ona wyznacznikiem tożsamości narodowej.

Warunki życia ludzi

Chociaż Armenia jest tak niewielkim krajem, to warunki życia ludzi są bardzo zróżnicowane. W rejonie Erewania, stolicy kraju, życie jest zupełnie inne. Są tam liczne winnice. Ten region jest najzamożniejszy. Samo miasto bardzo zeuropeizowało się, jest zadbane, odwiedzane przez licznych turystów. Mieszka w nim ponad półtora miliona ludzi, podczas kiedy cały kraj liczy 3 mln 800 tys. osób. Prawie połowa ludzi żyje w stolicy.

Region Shirak, z którego pochodzę jest bardzo biedny. Mieszkałam w miejscowości odległej 7 km od miasta Giumri. Tam ludzie zajmują się rolnictwem. Mężczyźni bardzo często wyjeżdżają do Rosji, szukając pracy. Wiele osób żyje w biedzie. Niektórzy biorą kredyty, których potem nie mogą spłacić – to jest bardzo przytłaczające dla rodzin, szczególnie wielodzietnych. Życie czasami staje się po prostu walką o przetrwanie. Jest wielu ludzi, którzy żyją przeciętnie, ale jest też grupa bogatych, którzy żyją w dostatku.

Przez 70 lat w kraju panował komunizm, który doprowadził do ogromnych zniszczeń. To więcej niż dwa pokolenia. Rosjanie odeszli w 1998 r. – zostaliśmy prawie bez niczego: „odziedziczyliśmy” upadłe zakłady produkcyjne, nie było miejsc pracy, kościoły zniszczone lub przekształcone na spichlerze.

Zgodnie z naszą tradycją chrześcijańską każdy Ormianin musiał być ochrzczony. A zatem pozostawiono sakrament chrztu. Uczęszczanie do kościoła wiązało się jednak z pewnym ryzykiem – utratą pracy, mieszkania lub dużymi trudnościami w ich otrzymaniu. Natomiast jeżeli należało się do partii, dostawało się pracę, mieszkanie, łatwo można było kształcić dzieci. Niestety, ludzie bardzo szybko się poddali – myśleli o przyszłości dzieci, o własnej przyszłości; nie chcieli żyć w biedzie.

Ormianie byli i są też prześladowani przez muzułmanów. Kiedyś Armenia była bardzo wielkim mocarstwem, które sąsiadowało z krajami muzułmańskimi. Była stale narażona na prześladowania ze strony wyznawców islamu, chcących zagarnąć jej tereny, co zresztą im się w znacznej mierze udało.
W 1915 r. miała miejsce okrutna rzeź Ormian. Turcy wymordowali wtedy 1,5 do 2 mln ludzi. Obecnie młodzi Ormianie domagają się uznania przez Turcję tego ludobójstwa i zapłacenia odszkodowania. Niepokojące jest że czynią to z widoczną nienawiścią i pragnieniem zemsty – np. spalili flagę turecką w środku miasta.

Wielu młodych ludzi innych narodowości, przede wszystkim Persów (Irańczyków) czy Arabów przyjeżdża, by kształcić się w naszej akademii medycznej, gdyż jest tu dużo wyższy poziom studiów. Persowie (Irańczycy) są ogromnie bogaci i często zakładają czy kupują jakieś firmy.

O Kościele

W latach 1990-1991przyjechali ojcowie: bp. Nerses Ter Nersesyan, mechitaryanin (z tego zgromadzenia wywodził się nasz biskup) i o. Neszan Garakeheyan (ze zgromadzenia, które wywodzi swą nazwę od Matki Bożej z Zenar, gdzie jest sanktuarium maryjne). Kupili dom w Giumri, który do dzisiaj pełni funkcję kurii. Zaczęli stopniowo remontować zniszczone kościoły.
Później przyjechały siostry niepokalanki – siostry ormiańskie, które w różnych krajach pracują wśród Ormian. Zgromadzenie założone zostało przez biskupa specjalnie do pracy w diasporze. Kiedy po upadku komunizmu nadarzyła się sposobność, przyjechały do kraju i tu rozpoczęły działalność. Na początku zamieszkały w pobliżu mojej wioski, gdzie wybudowały betonowe baraki jako swoją siedzibę. Później zaczęły uczyć w szkole, katechizować.
Potem stopniowo zaczęli przyjeżdżać księża. Obecnie jest ich 9 na całą (!) Armenię – na 150 tys. katolików. Zaczęli od regularnego odprawiania Mszy św., co niedzielę.

Dla Ormian niezwykle ważny jest chrzest – jest on elementem tożsamości narodowej. Jeżeli rodzina ma pieniądze, to dzieci chrzci się nawet już w 7 dniu od narodzin. Chrzest jest bardzo uroczyście obchodzony, zaprasza się rodzinę. My nie mieliśmy pieniędzy i z tego powodu rodzice mnie nie ochrzcili. Poza tym u nas nie było katolickiego księdza, więc trzeba byłoby jechać do Giumri lub Eczmiadzinu (koło Erewania). Potem było trzęsienie ziemi. I dopiero kiedy Ojcowie przyjechali, ochrzcili mnie w Kościele katolickim. Mnie i brata chrzcił o. Neszan Garakeheyan, obecny biskup. On był też moim przewodnikiem duchowym. Chrzest odbył się 6 stycznia.
W tradycji ormiańskiej świętuje się wtedy Chrzest Pański, a także Objawienie Pańskie i Narodzenie Pańskie. Dzięki mojemu ojcu chrzestnemu, który sfinansował ucztę po chrzcie, mogliśmy świętować razem z bliskimi.

Nasza wioska jest wioską katolicką – tu katechizowali misjonarze z Francji w XIV wieku i wiele osób przeszło na katolicyzm.

Odłączenie się Armenii od Kościoła powszechnego nastąpiło w IV wieku po soborze chalcedońskim w 451r., na który nie mogło przyjechać nasze duchowieństwo, ponieważ w tym czasie trwała wojna z Persami. To, co miało być im przekazane, musiało zostać przewiezione w zwojach przez Syrię, a tam monofizyci podstępnie fałszowali dokumenty z tego powodu ormiańskie duchowieństwo nie zgadzało się na zmiany w teologii – m.in. nie przyjmowali człowieczeństwa i bóstwa Chrystusa.

Przez wieki podejmowano starania, żeby zjednoczyć Kościół w Armenii, ale nie doszło do tego ze względu na hierarchów. Początkowe różnice teologiczne zostały usunięte i w zasadzie nie ma już żadnych różnic, tyle tylko, że w Kościele katolickim bardzo czci się Matkę Bożą poprzez różaniec, litanie i wiele innych form. W Kościele apostolskim Matka Boża nie jest tak bardzo czczona jak w Kościele katolickim, ale w głównych ołtarzach jest zawsze Jej obraz. Nie ma różańca, są natomiast pieśni maryjne.
Wszystkie sakramenty, Msza św., wyświęceni przez biskupa księża – wszystko to jest uznawane przez Kościół katolicki. Księża Kościoła apostolskiego razem z papieżem celebrowali Mszę św.

Msza Święta w Kościele ormiańskim jest odprawiana tyłem do ludzi. Ołtarz jest wzniesiony wysoko, dobrze widoczny dla wszystkich. W trakcie Mszy św. każdy ma swój udział: ksiądz ma swoją część do powiedzenia, lud swoją część odpowiedzi, ministranci swoją. We Mszy św. uczestniczymy z książką, bo liturgia jest bardzo rozbudowana. Najkrócej trwa 1-1,5 godz.; w niedzielę, kiedy dochodzi kazanie, Eucharystia trwa ok. 2 godz. Samo Misterium jest to samo, ale różna jest kolejność. Takie same są słowa konsekracji – nie da się inaczej. W liturgii Słowa u nas jest czytanie, ewentualnie dwa czytania, Ewangelia, nie śpiewa się psalmów – są umieszczone w niektórych pieśniach liturgicznych. Pieśni są jednakowe przez cały rok liturgiczny. Okresowo, np. na Wielkanoc czy Boże Narodzenie, są śpiewane dodatkowe pieśni.
W liturgii podkreślony jest mocno jej wymiar sakralny, co nadaje pewien odcień tajemniczości, toteż ormiańscy klerycy, którzy przyjeżdżają studiować w polskich seminariach duchownych są zszokowani liturgią w Polsce, szczególnie podczas Mszy św. młodzieżowej (np. gra na gitarze).

Papież Jan Paweł II mówił, że nie potrzeba zmieniać liturgii, bo ona wyraża tożsamość narodową, którą trzeba rozwijać, a nie niszczyć. Rolą Kościoła nie jest ujednolicanie, bo jedność nie oznacza identyczności. Różnorodność i komplementarność tworzą bogactwo Kościoła.

Biższy kontakt z wiarą

Mój bliższy kontakt z wiarą zaczął się od spotkania z siostrami i księżmi. Kiedy miałam 10-11 lat zaczęłam chodzić na chórek. Jeszcze nie byłam wtedy ochrzczona – jak już wspomniałam, chrzest przyjęłam dopiero, gdy miałam 12 lat.

Babcia mojego taty miała różaniec i odmawiała go. Zawsze traktowaliśmy go jak świętość. Ja jednak babci już nie znałam, ponieważ zmarła, a nikt nie odmawiał różańca w moim otoczeniu. Nie miałam pojęcia jak go odmawiać. Nauczyły nas tego dopiero siostry, i choć wierzę w moc modlitwy różańcowej, to jednak mimo wielkich starań, wciąż jest mi trudno przyzwyczaić się do niego, to wynika z naszej kultury. Natomiast moja mama, która żyła w rodzinie, gdzie dziadek zawsze deklarował się jako ateista (a był bardzo dobry i pracowity!), która urodziła się i całe życie spędziła w komunizmie, bardzo pięknie i mocno „weszła” w tę modlitwę, w wiarę. Codziennie odmawia różaniec i zawsze jej mówię: „Mamo, trzymaj się różańca, bo to jest kotwica”. Mama czuje moc tej modlitwy i dzięki niej doświadcza bliskości Pana Boga i Matki Bożej. Czyta też różne książki religijne, które proponują jej ojcowie.

Siostry organizowały obozy dla dzieci z ubogich rodzin i tam najbardziej „wciągnęłam się” w życie religijne i częściej uczestniczyłam we Mszach św. Każdy dzień zaczynaliśmy Mszą św., a jeśli nie było księdza, szliśmy do oratorium i modliliśmy się liturgią godzin. Wtedy zachwyciłam się życiem duchowym.

Później moje życie jako chrześcijanki zostało naznaczone Kościołem katolickim. Kiedy byłam mała, Kościół apostolski nie miał w ogóle wpływu na mnie, bo właściwie nie chodziłam do kościoła. Chodziliśmy tylko palić świeczki.

W Giumri jest kościół pw. Jotwerk (Siedmiu Ran) – to bardzo ważny kościół w tym regionie. Tu przyjeżdżają pielgrzymi. Młode pary starają się właśnie tu brać ślub.

Szukanie swojego miejsca albo odkrywanie woli Bożej

Na początku myślałam, że wstąpię do niepokalanek, ale czułam, że ja chciałabym żyć prostym życiem Nazaretu. Żyć z ludźmi i głosić Ewangelię swoim życiem. Podobało mi się życie zakonne, ale charyzmat zgromadzenia był nie dla mnie. I choć jako dziecko bardzo brałam sobie do serca słowa jednej z sióstr: „ona do nas przyjdzie”, nawet nie próbowałam do nich wstąpić.

Później pomyślałam, że są u nas siostry Matki Teresy z Kalkuty w Spitaku. W tym mieście było epicentrum trzęsienia ziemi. Wtedy wiele kobiet straciło swoje dzieci i koniecznie chciały uzupełnić tę stratę – wiele z nich rodziło, choć już nie były zbyt młode, do tego doszedł stres i wiele dzieci rodziło się niepełnosprawnych fizycznie lub umysłowo. Matka Teresa powiedziała, że tam przyjadą pomagać jej siostry. I tak się stało.

Moja siostra rozpoczęła w Armenii działalność ruchu „Wiara i Światło”. Napisała program, na realizację którego otrzymała finanse. Program realizowało 11 wolontariuszy w domu dziecka prowadzonym przez siostry Matki Teresy. Najpierw byłam 15 dni, później zostałam jeszcze 2 tygodnie, bo siostry potrzebowały pomocy. Zachwyciłam się tym życiem, pytałam, jak u nich jest, więc myślały, że ja do nich wstąpię i były bardzo rozczarowane, kiedy tego nie zrobiłam.

To nie było moje miejsce i uważam, że przez drobne rzeczy Pan Bóg mi pokazywał, żebym szukała dalej. I tu mi pomógł mój ojciec duchowny. Powiedział, że jest pewna siostra w Aszocku – wiosce, w której Jan Paweł II ufundował po trzęsieniu ziemi szpital charytatywny, finansowany przez różnych sponsorów z Włoch. To była duża pomoc, bo z jednej strony miejsca pracy, a z drugiej ludzie mogli i mogą nadal się tam leczyć bezpłatnie.
Szpital objęli oo. kamilianie, zgromadzenie, które zajmuje się szpitalami.

Mała Siostra Jezusa Noell-Dominique (Francuzka), która mówiła po ormiańsku, ponieważ 20 lat mieszkała i pracowała w Libanie, w dzielnicy ormiańskiej, została poproszona przez obecnego nuncjusza o przyjazd, z dwóch powodów: po pierwsze jest to możliwość obecności Małych Sióstr w Armenii, a po drugie pomoc ojcom, którzy nie znali języka. Razem z nią pojechała Marie-Rene. Pomagały ojcom jako sprzątaczki.
Ponieważ jednak panowała wśród ludzi duża korupcja, potrzebny był ktoś, kto koordynowałby pracę świeckich. Jedna z sióstr zajmowała się organizacją pracy, a druga administracją w sekretariacie. Czuwały też, aby pomoc humanitarna docierała do prawdziwie potrzebujących. Marie-Rene wyjechała 4 lata temu do Rzymu.

Ojciec Neszan, wiedząc o moich pragnieniach, szukał ze mną woli Pana Boga. Kiedy był w Iranie, zadzwonił do naszej kurii – mieszkałam wtedy u siostry, której mieszkanie było w pobliżu. Przybiegła sekretarka i mówi: „ Słuchaj, za 10 min. będzie dzwonił do ciebie ojciec Neszan z Iranu”. Zostawiłam wszystko i poszłam. Ojciec zadzwonił i powiedział: – „Jedź do Aszock do siostry Noell-Dominique, ona jest Petite Soeur de Jésus – ja zadzwonię do niej”. A ja zero znajomości francuskiego. Taka byłam przejęta, że zrozumiałam tylko, że mam jechać do Aszock. Moja siostra, która doskonale zna francuski powiedziała mi, że to Małe Siostry Jezusa.

Do tej wioski co piątek jeżdżą ojcowie z Giumri odprawiać w szpitalu Mszę św. Przychodzi na nią też dużo ludzi z wioski. Więc wybrałam się z nimi, bo nie miałam ani pracy, ani pieniędzy.

Siostra Noell była bardzo zajęta. Ojcowie przywożą z Giumri chorych, którzy chcą się leczyć, a nie mają gdzie. Siostra kieruje ich do właściwych lekarzy. Jest bardzo energiczna. Doszła do mnie i pyta: „A ty gdzie?”. Powiedziałam: „Do ciebie”. Zawołała: „Nie mam czasu, nie mam czasu! A w jakiej sprawie?”. „Chciałabym być taką siostrą jak ty, wstąpić do zgromadzenia.” – powiedziałam. Zmieszała się: „Aha, aha, to chodź tutaj.” Porozmawiałyśmy szczerze i zaczęłam jeździć do niej. W międzyczasie zadzwonił do niej ojciec Neszan.

Mała Siostra Noell-Dominique opowiedziała mi o zgromadzeniu. Powiedziała też: „W Armenii nie ma wspólnoty, więc musiałabyś wyjechać z kraju”. Pojawiła się przede mną możliwość formacji i rozwoju życia duchowego w Polsce, ponieważ Kościół w Polsce jest bardzo bogaty w różne formy duchowości. Są też powołania. Z tego względu siostry wysłały mnie na 3 miesiące, żebym mogła poznać i zobaczyć, czy to jest to miejsce, którego szukam. Siostry też mogły wtedy mnie poznać. Sama doświadczyłam, że to jest to. W tym czasie wyrobiłam kartę czasowego pobytu, żebym nie potrzebowała wizy, kiedy pojadę do Armenii i będę wracać. Pojechałam na miesiąc do domu, na święta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. Później wróciłam do Polski. Gdy zebrały się 3 kandydatki, mogłyśmy rozpocząć nowicjat.

Jestem w trakcie formacji w zgromadzeniu, obecnie w Częstochowie. Co drugi rok jeżdżę do rodziny na miesiąc lub półtora. Chciałabym jeszcze jako profeska czasowa wrócić do Armenii i tam żyć, ale nie wiem czy to będzie możliwe. Założenie nowej fundacji w nowym kraju na razie jest nierealne. Muszę być gotowa na to, że jako Mała Siostra Jezusa nie będę mogła nigdy mieszkać w swoim kraju. Jest to dla mnie duże wyzwanie i zaproszenie od Pana Boga.

Bardzo przeżywam duchowo i mam świadomość, że jeśli chcę iść za Jezusem, a moja prawdziwa ojczyzna jest w niebie, to gdziekolwiek bym nie była, jestem u siebie – gdzie jest mój Bóg, tam jestem i ja. Nie ukrywam, że tęsknię za krajem, ale to nie przeszkadza mi żyć i wypełniać wolę Bożą. Myślę, że tu chodzi o motywację, bo jeśli głęboko czuję, że Pan Bóg mnie powołuje i że to jest moje miejsce, mogę cierpliwie modlić się, by kiedyś fraternia Małych Sióstr Jezusa mogła zaistnieć w Armenii.

Ale jak mnie Bóg pośle gdzie indziej, tam będę mieszkać. Może spełni się inne pragnienie – o życiu w Indiach?

Moja patronka

Św. Hripsime była Rzymianką. Jej historia wiąże się z królem, który przyjął chrześcijaństwo w Armenii.

Hripsime była bardzo piękną kobietą. Wstąpiła do zgromadzenia klauzurowego, którego przełożoną była jej ciocia, Gajane. W tym czasie do zakonów wstępowały tylko dziewczęta z bogatych rodów. Z hrabiowskiego rodu pochodziła też Hripsime, która tak bardzo spodobała się cesarzowi, że chciał ją pojąć za żonę. Był tak zakochany, że kazał swoim ludziom przyprowadzić ją. Ona odmówiła. Nie przyjęła też przywiezionych ubrań. Cesarz tak bardzo się zdenerwował jej odmową, iż zagroził, że jeśli się nie zgodzi, to ją zabiorą siłą. W takiej sytuacji Gajane zorganizowała ucieczkę wszystkich sióstr – było ich 32.
Udało im się uciec z Rzymu i morzem dotarły do Armenii. Dowiedział się o nich król Tetades. Gdy zobaczył Hripsime zakochał się w niej i chciał ją pojąć za żonę, chciał ją mieć. Ale ona oddała życie Bogu i nie chciała zdradzić swojego Umiłowanego.

Król był bardzo mocny, wygrał wiele wojen i kiedy dziewczyna odmówiła mu, uznał to za hańbę. Chciał ją posiąść siłą. Jak podaje legenda, walczyła z nim, zamknięta w jednym pokoju, 8 czy 12 godzin, umocniona przez Ducha Świętego. Król, poniósłszy porażkę, wyszedł w końcu od niej. Czuł się upokorzony, bo jak mogła jego, zwycięzcę tylu wojen, pokonać jedna dziewczyna. Kazał torturować Hripsime i jej towarzyszki, a w końcu zabić i zrzucić je w przepaść.

Jak już wspominałam, legenda mówi, że w tym czasie chrześcijanie cierpieli liczne prześladowania i kiedy król nawrócił się, dzięki Grzegorzowi Oświecicielowi, posłał ludzi po ciała kobiet. One nie były naruszone przez sępy ani dzikie zwierzęta. Zostało to uznane za dowód ich świętości. Zabrali ciała i pochowali je.
Powstał kościół pw. św. Hripsime, drugi pw. św. Gajane i trzeci pw. św. Tatew (podprzeoryszy) – to są trzy z ważniejszych kościołów dla Ormian.

Imię Hripsime nosiła moja babcia ze strony taty. U nas jest taka tradycja, że tato nadaje dzieciom imiona swoich rodziców. Stąd ja mam imię po babci.

Zanotowała Jolanta Fidura, zdjęcia: Hrač, archiwum s. Hripsime, mapa z arch. siostry