Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 46 (1/2009) arrow Kościół katolicki jest w lesie...
Kościół katolicki jest w lesie... Drukuj Poleć znajomemu
czyli o Misterium Kościoła odnalezionym w amazońskiej dżungli

„Kościół to nie tylko dom z kamieni i złota. Kościół żywy i prawdziwy to jest serc wspólnota.” – po raz kolejny tę prawdę mogłam odkryć będąc, gościem na misji w Novo Airao.

Do księdza Jana Sopickiego przybyliśmy wraz z moim narzeczonym w niedzielę 24 sierpnia. W czasie drogi w naszych sercach rodziło się wiele najróżniejszych i czasem absurdalnych pytań: czy trafimy, czy nasz ekwipunek jest wystarczający, czy przeżyjemy warunki Amazonii, czy nie będziemy się czuli jak intruzi i osoby przeszkadzające, jak wygląda praca misjonarzy i kim właściwie jest nasz Gospodarz, którego znaliśmy z jednego mojego spotkania i kilku e-maili ustalających nasze przybycie.
Pan Bóg ma na szczęście taką „złotą zasadę działania”: zwykle pokazuje znacznie więcej niż człowiek się spodziewa.

Pierwszą rzeczą, dzięki której uspokoiły się nasze serca, była świadomość, że z zapleczem modlitewnym naszej wspólnoty oazowej w Polsce i z tak Jemu oddanym misjonarzem, jak ksiądz Jan – nie zginiemy! O swoim wstawiennictwie u Ojca nasi najbliżsi zapewniali nas wiele razy przed wyjazdem, a zaangażowanie księdza Jana było widać już na pierwszej naszej brazylijskiej Eucharystii – pomimo naprawdę wielu obowiązków, nie marnował ani chwili, ale oddawał się do dyspozycji ludzi.

To właśnie na tej niedzielnej Mszy Świętej, stojąc wśród osób, których nie tylko nie znałam, ale z którymi nawet nie potrafiłabym się porozumieć (poza zapytaniem o drogę), pojawiła się myśl o wielkości...

... i wspaniałości Kościoła. Pierwszą i najważniejszą Osobą, która nas jednoczyła był Jezus. W czasie Eucharystii przecież dokonuje się największy cud i wszyscy, bez względu na pochodzenie przyszliśmy po to, by w nim uczestniczyć. Wszelkie bariery językowe nie miały wtedy żadnego znaczenia – gazetka z tekstem liturgii nagle była zrozumiała, pomimo tego, że potrafilibyśmy przetłumaczyć co piąty wyraz i to bardziej na zasadzie domysłów. Słowo Boże nie pozostawiało żadnych wątpliwości: moja Ecclesia Mater, zbudowana na skale jaką jest Piotr, przerasta wspaniałością i pięknem wszelkie wyobrażenia, a to z prostej przyczyny – jest wspólnotą wiary.

W trakcie podróży do wspólnot, w której towarzyszyliśmy ks. Janowi, najpierw płynąc Rio Negro, następnie jej dopływem – Rio Jau, mogliśmy przyjrzeć się pracy misjonarza, można powiedzieć „od podszewki”. Sześć dni spędzonych wspólnie na barce, spotkania z caboclos, Msze Święte – okazało się, że faktycznie misjonarz musi być człowiekiem „z głową na karku”, mocno stojącym na ziemi i wzrokiem utkwionym w Chrystusa. Ksiądz Jan zmieniał się, gdy przychodziła taka potrzeba: kiedy mieliśmy uszkodzony silnik – w mechanika; kiedy oczekiwaliśmy mieszkańców wspólnot – w muzyka z harmonią; kiedy mieliśmy pytania – w tłumacza; kiedy poszukiwaliśmy i oglądaliśmy kajmany – w osobę dbającą o nasze bezpieczeństwo. W każdym z tych momentów był przede wszystkim kapłanem – niesamowite było dla mnie jego świadectwo o powołaniu – człowiek powołany do miłości, do miłości Kościoła.

Wszędzie, gdzie przybywaliśmy, byliśmy witani z niezwykłą otwartością – przyjazd księdza z Polakami był niezbyt częstym wydarzeniem. Caboclos podkreślali wagę takich spotkań poprzez zakładanie, dla nas mogłoby to się wydawać zwykłych, jednak dla Brazylijczyków żyjących w Amazonii – odświętnych strojów.
W mojej pamięci szczególnie utkwił taki oto obraz.

Po długim okresie spędzonym na wodzie wysiedliśmy z naszej barki. Ksiądz Jan przywitał się z przedstawicielami miejscowej wspólnoty i powiadomił ich, że tego wieczoru – a on właściwie już się zaczynał, gdyż jawił się nam piękny zachód słońca – będziemy celebrowali Eucharystię. Informacja miała trafić do wszystkich mieszkańców dzięki metodzie „podaj dalej”.

My w tym czasie poszliśmy do pobliskiej szkoły, czyli budynku składającego się z jednego pomieszczenia mogącego pomieścić kilkanaścioro dzieci, by przygotować wszystko do Mszy Świętej. Dona Elza – prawa ręka księdza Jana zajmowała się rozłożeniem kartek z tekstem liturgii oraz mini śpiewniczków stworzonych z myślą o wyprawach misyjnych. Ksiądz przygotowywał szaty i naczynia liturgiczne, ale kiedy już wszystko od strony „technicznej” było gotowe, zabrakło niezwykle istotnego elementu – miejscowego ludu Bożego!

Ksiądz Jan spokojnie spojrzał na zegarek, wziął w rękę akordeon, wyszedł na taras budynku szkolnego, gdzie wcześniej ustawił sobie krzesełko, usiadł i powiedział, że czas wołać i zaczął grać. Pierwszą myślą, jaka przyszła mi do głowy, było stwierdzenie, że skoro nikogo nie widać, to oznacza, że nikt się nie zjawi i będziemy sami uczestniczyli we Mszy Świętej, a chwilowo ksiądz gra... – no właśnie… dlaczego? Nudy podczas oczekiwania? Może po prostu sobie ćwiczy? Tworzył melodie, troszkę śpiewał, już byłam przekonana, że prezentuje nam, amazońskim – żółtodziobom, brazylijskie pieśni religijne jako element zapoznawania z tutejszą kulturą. Słońce zachodziło, ciepłe barwy jak płaszcz okrywały rzekę i dżunglę, powoli zapadał zmrok. Ksiądz zaprzestał grania i słychać było tylko odgłosy dziczy. Spytaliśmy czy nikt nie przyjdzie, na co nasz opiekun odpowiedział, że trzeba cierpliwości, bo z miejscowymi nie da rady umawiać się na konkretną godzinę. Oni muszą mieć czas, szykują się i już wiedzą, że można się schodzić.
 


Potem wziął znowu akordeon i ponownie rozpoczął grę. I w tym momencie z oddali zaczęły zbliżać się w naszą stronę niewielkie światełka. To caboclos w oddali oświecali sobie drogę i zdążali ku miejscu, skąd słyszeli akordeon księdza Jana.
W tym momencie przed oczyma stanęła mi scena z filmu „Misja”, gdzie ojciec Gabriel (Jeremy Irons) misjonarz – jezuita, znajdując się na nieznanych sobie terenach zamieszkałych przez Indian Guarani, rozpoczął grę na oboju – wówczas pochowani mieszkańcy dżungli, obserwujący go od pewnego czasu i celujący strzałami swych łuków, zaczęli wychodzić ze swoich zakamarków i przysłuchiwać się nieznanym dźwiękom. Oczarowani nimi podeszli przyjacielsko do nieznanego przybysza. Jedynym nieprzychylnym filmowemu bohaterowi w tej scenie był szaman plemienia.

W miejscu, gdzie my byliśmy żadnego wrogo nastawionego czarownika – dzięki Panu Bogu – nie było, a na dodatek po chwili cała sala szkolna wypełniła się dziećmi i garstką dorosłych. Lud Boży przybył!

Rozpoczął się czas przygotowania śpiewów, wstępnej katechezy, zawiązywania wspólnoty i mogliśmy wspólnie uczestniczyć w Najświętszej Ofierze.

Mieliśmy szczęście i zaszczyt uczestniczyć w sakramentalnym włączaniu dzieci do wspólnoty Kościoła. 29 sierpnia byliśmy świadkami dziesięciotysięcznego Chrztu Świętego na tych ziemiach, od kiedy są tam polscy misjonarze. Eucharystię przeżywaliśmy wówczas z moim dotychczasowym chłopakiem po raz pierwszy jako narzeczeni. I tutaj znów ukazała się powszechność Kościoła: po Komunii, przed rozesłaniem, otrzymaliśmy uroczyste błogosławieństwo, natomiast po zakończeniu Mszy Świętej, caboclos poprzez pieśni modlili się nad nami wstawienniczo.

Kiedy teraz patrzę na czas spędzony w Brazylii, konkretniej czas na misji w Amazonii, to jedno jest dla mnie pewne – nie była to żadna turystyka ani „wolny wyjazd”, to była przygoda i rekolekcje. Z jednej strony zupełnie inny świat, kultura, klimat, ludzie, dzikie zwierzęta, gęsta dżungla, z drugiej zaś mając świadomość powszechności Kościoła, czułam się jak w domu i to co było dla mnie „inne” i „nieznane” nie sprawiało, że byłam zagubiona, ale przeciwnie: otwarta na bogactwo świata, który pokazywał mi Pan Bóg.

Anna Dowejko
Zdjęcia: Anna Dowejko, Łukasz Jan Kukliński