Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 46 (1/2009) arrow Tego się nie da zapomnieć
Tego się nie da zapomnieć Drukuj Poleć znajomemu
Rozmowa z s. Rafałą Raś, pallotynką, misjonarką w Afryce

R. – Siostra jest jedną z pallotynek, które podczas wojny w Rwandzie, nazywanej też „wielką rzezią”, zajmowały się ewakuacją dzieci z prowadzonego przez Siostry sierocińca. Jaki był dalszy los tych dzieci?

S. – Dzieci, które zostały wywiezione przez nas, pallotynki z Rwandy, zostały przyjęte przez Czerwony Krzyż i udzielono nam azylu. Trzeba było wszystkim dzieciom wyrobić dokumenty. My też wyjechałyśmy bez żadnych dokumentów. Jak nas wywożono, nie wiedziałyśmy, że polecimy tak daleko, do Francji. Myślałyśmy, że wywiozą nas do jakiegoś sąsiedniego kraju i jak się to wszystko skończy, wrócimy. Razem z dziećmi wyjechało z Rwandy ok. 30 osób jako personel pomocniczy – „pakowałyśmy” do samolotu, kogo tylko mogłyśmy.

Później oferowano tym dzieciom osobny budynek, zamek, gdzie można było kontynuować pracę z nimi. Przy dzieciach były nasze siostry, a także personel francuski. Dzieci uczyły się języka francuskiego i odpowiednio do wieku zostały skierowane do różnych szkół. Malutkie dzieci i niemowlęta pozostały w domu. Były zawsze pod dobrą opieką wychowawczą, a także lekarską. Został również przydzielony ksiądz kapelan, który odprawiał codziennie Mszę Świętą i udzielał lekcji religii. Wielu ludzi ofiarnie pomagało i dzieciom naprawdę dobrze się powodziło. Nauczyły się też pięknie języka francuskiego.

Wiele osób starało się, by te dzieci poszły do adopcji do rodzin francuskich. Było dużo rodzin, które chciały tym dzieciom pomóc i wszystkie mogły zostać adoptowane. Jednak po 3 latach państwo rwandyjskie...

... zażądało powrotu dzieci. By dzieci mogły zostać adoptowane musiały mieć odpowiednią dokumentację. Rwanda nie chciała nikomu wydać pozwolenia ani takiej dokumentacji, a nam udało się zabrać jedynie dla kilkorga oświadczenia, że są do adopcji. Reszta powróciła do Rwandy. Zostały rozesłane przez państwo do rodzin zastępczych. Dzieci nie szły do swoich rodzin, bo nawet nie było wiadomo gdzie ich szukać, ale do rodzin, które się zgłaszały.
Miały otrzymać pomoc, ale ta obietnica nie została dotrzymana. Jedynie organizacja francuska starała się w dalszym ciągu mieć nad dziećmi pieczę, jechać do nich od czasu do czasu i sprawdzić czy rzeczywiście otrzymują pomoc. Nie wszędzie jednak było tak, jak powinno.
Jak się później dowiedziałyśmy, wiele z tych dzieci umarło, bo się nie zaadaptowały – był to dla nich wielki przeskok, zmiana warunków życia, depresja, brak właściwego odżywiania, brak środków do życia. Nie wiem, co się dalej dzieje z tymi dziećmi. Francuska organizacja stara się w dalszym ciągu mieć pieczę nad nimi.

Wróciły też nasze siostry Rwandyjki. We Francji zdobyły wykształcenie. Znakomicie zaadaptowały się w zgromadzeniu. Pracują bardzo solidnie, mają nawet odpowiedzialne stanowiska.

Natomiast dorośli, którzy wyjechali jako personel pomocniczy zostali we Francji – dostali azyl, papiery osiedleńcze. Musieli tylko rozjechać się do różnych miejscowości. Usamodzielnili się, pożenili.

R. – A siostry Polki, które wyjechały z dziećmi?

S. – Siostra Orencja pojechała, ale już nie do Rwandy tylko do Konga Demokratycznego, gdyż powrót byłby dla niej niebezpieczny. Ona jest pielęgniarką, a tam były bardzo potrzebne.

S. Edyta, która była odpowiedzialna za sierociniec nie mogła wrócić – była na czarnej liście, gdyż sierocińcowi patronowała pani prezydentowa, której mąż został zabity. Cała jej rodzina musiała wyjechać. Siostra Edyta pojechała później do Kamerunu.

Ja także nie mogłam wrócić, bo jako pierwsza zaczęłam współpracę z panią prezydentową. Podjęłam się organizowania sierocińca i byłam za niego odpowiedzialna do czasu, kiedy potrzebna była wymiana sióstr. Wtedy podjęłam się formacji naszych nowicjuszek, a siostra Edyta przejęła odpowiedzialność za sierociniec. Posądzano ją, m.in. o to, że wywiozła dzieci. Toteż w 1998 r., jako pierwsza, pojechała do Kamerunu. Ja pojechałam tam w 2005 r., a w międzyczasie pracowałam we Francji.

R. – Siostry pomogły także wyjść z tego wojennego piekła niektórym księżom.

S. – Tak. Należałyśmy do parafii Masaka, ale miałyśmy do kościoła ok. 3 km. Na jej terenie były prowadzone przez nas: sierociniec, ośrodek zdrowia i dom formacyjny dla młodych dziewcząt. Kiedy rozpoczęła się rzeź, wojsko jeździło i mówiło, żeby ludzie chronili się do parafii, bo ten teren będzie bombardowany.

Ludzie uciekali ze wszystkich stron. Wiele osób szukało schronienia u nas, ale nie miałyśmy zbyt dobrych do tego warunków, więc też radziłyśmy, by szli do parafii. Nas też namawiano, byśmy tam poszły, bo tu niebezpiecznie, ale przyszło już tylu rannych, że kładłyśmy ich na podłodze. Były wśród nich dzieci i ludzie starsi. Nie przypuszczałyśmy, że będzie to tak okrutna rzeź.

Nie mogłyśmy zostawić sierocińca, rannych, by szukać schronienia w parafii. Zostałyśmy, by pełnić swoje obowiązki. Wspomagałyśmy ludzi cierpiących, jęczących, dogorywających. Nosiłyśmy im wodę. Robiłyśmy co tylko możliwe, żeby pomóc. Od czasu do czasu wpadała banda i dobijała niektórych rannych, jak nie zdążyłyśmy ich zamknąć. Nam też grozili, że nas zabiją, ale my po prostu trwałyśmy.

S. Edyta nie przychodziła do domu – zamknęła się w sierocińcu razem z dziećmi, do których doszło wiele dzieci z wioski.

Dowiedziałyśmy się, że w piątek zaczęła się wielka rzeź na terenie parafii. Wszystkich ludzi, którzy tam byli, podzielili na grupy: grupę Tutsi i grupę Hutu. I grupę Tutsi zaczęli masowo mordować. Niektórym udało się zbiec. Tych księża ukrywali, gdzie tylko było możliwe, do swoich pokoi, do toalet nawet. Ale byli i tacy, co donosili, że księża przechowują zbiegów.

Ks. Franciszek Kania SAC został związany, nie wolno mu było się ruszać. Ludzie krzyczeli, prosili o spowiedź, a jemu nie było wolno im pomóc. Był wtedy też ks. Adam Pacuła. Księża rozgrzeszali z daleka. Ks. Wiesław Kantor wyjechał do innej placówki pallotyńskiej i już nie mógł wrócić. Został w Kigali.

Ta rzeź zakończyła się w nocy. W sobotę grzebali zabitych. Spychali ich do dołów, które powstały po wybieraniu gliny do produkcji cegieł. Okazało się, że pod niektórymi trupami były żywe dzieci.
Taką dziewczynkę, która leżała pod zwłokami matki, ks. Adam Pacuła schował w swoim pokoju. Miała może ze 3 latka. Sama siebie nazywała Fifi. Dziecko widziało, co się dzieje i krzyczało wniebogłosy, nie dawało się uciszyć.
Ratowaliśmy też inne odnalezione dzieci.

Mimo wszystko chciałyśmy być na Mszy Świętej w niedzielę – to było święto Miłosierdzia Bożego. Pojechałyśmy. Już były zagrodzone drogi, patrole, buntownicy z pałami i maczetami. Jednak szczęśliwie przejechałyśmy do kościoła. Ksiądz nas zapytał, czy mogłybyśmy uratowane dzieci zabrać do siebie. Powiedziałyśmy, że jesteśmy po drodze kontrolowane i nie możemy ich zabrać, ale wytłumaczyłyśmy większym dzieciom, jak mają się do nas przedostać. Uważałyśmy, że sierociniec jest pod opieką międzynarodową.
Ks. Kania zabrał z kościoła do swojego pokoju Najświętszy Sakrament, bo tam ciągle ktoś wpadał i kontrolował, czy nie ma ukrytych żywych ludzi.

W drodze powrotnej zostałyśmy zatrzymane. Z nami jechało kilka naszych kandydatek – wszystkie zostały skontrolowane i zaznaczono, że ta i ta jest podejrzana. Kontrolujący rozmawiali między sobą językiem, który nie bardzo rozumiałyśmy.

Przyjechałyśmy do domu i między sobą mówiłyśmy, że dziś coś się wydarzy – albo zostaniemy przy życiu, Bóg nas uratuje albo coś złego się stanie. Powiedziałam do sióstr: „Dziś cały czas mówimy Koronkę do Miłosierdzia Bożego. Jezus Miłosierny nas nie opuści”.

Następna grupa pojechała do kościoła. Ksiądz odprawił Mszę Świętą w małej kaplicy. Te siostry też zostały zatrzymane i skontrolowane. Ledwo wróciły do domu, przyszła grupa chłopaków – niektórych znałam po imieniu – z maczetami i pałami, żeby zabrać te dziewczyny, które wytypowali i zabić je.
Za dziewczyny ja byłam odpowiedzialna. Kazali mi wydać dziewczyny. Mówili: „Ty byłaś wychowawczynią Tutsi, to ciebie też zabijemy”. Powiedziałam: „Jeżeli tylko za to chcecie mnie zabić, to zabijcie, ale ja byłam wychowawczynią nie tylko Tutsi, ale wszystkich, bo dla mnie jest ważny człowiek. Są Hutu, są wszyscy inni. To jak tylko dlatego, to mnie zabijcie”.
Jeden z nich, Augustyn, którego dobrze znałam, przyłożył mi karabin do szyi. Był bardzo pijany, miał błędne oczy – niedużo trzeba było, żeby pociągnął za spust. I tak mnie prowadził od drzwi do drzwi, żebym pokazała, czy tam już nikt nie jest schowany. Wyrwali mi jedną dziewczynę, która była z Tutsi. Prosiłam, żeby przynajmniej ciało oddali do pochowania, ale powiedzieli: „Jak tak, to pójdziesz razem z tym twoim domem pod bombę”.

Zabrali też kilka dziewcząt, które pracowały w ośrodku zdrowia. Przeszli przez ośrodek zdrowia, pozabijali rannych i pozostawili. Zostałam z siostrą Orencją. Płakałyśmy bardzo, ale zaczęłyśmy coś organizować, żeby tych zabitych pogrzebać chociaż na naszym placu.

Kandydatki, które zostały ze mną nieustannie bardzo płakały. Nie wiem, dlaczego to zrobiłam – intuicyjnie powiedziałam: „Prędko idźcie do siebie i pakujcie się, bo wyjeżdżamy”.

W trakcie organizowania pochówku, nagle ktoś wpadł i powiedział, że siostra Edyta mnie wzywa. Byłam przekonana, że tam się coś stało. Powiedziałam do s. Orencji: „Nie wiem, czy się jeszcze zobaczymy, ale idę” i pobiegłam na oślep. Na drodze siwiutki staruszek (w ogóle go nie pamiętałam), schylony, objął mnie za nogi i mówił po rwandyjsku: „Mama humura” – „Nie bój się, odwagi”. Wtedy rozpłakałam się na cały głos. Dobiegłam do siostry, a ona powiedziała: „Zorganizujcie się, bo za parę minut będzie tu wojsko francuskie i mamy natychmiast się ewakuować”. Więc ja wróciłam szybko do s. Orencji i poprosiłam ją: „Siostro, jedźmy natychmiast po księży”. Siostra wzięła samochód i pojechaliśmy.
Całą drogę płakałam. Siostra Orencja upominała mnie: „Już przestań, nie mogę już słuchać”, ale ja nie mogłam się opanować, więc w końcu powiedziała: „ A płacz; to ci dobrze zrobi”. Minęłyśmy po drodze 3 posterunki uzbrojonych ludzi i chyba ten mój płacz sprawił, że nas bez niczego przepuścili.

Wpadłyśmy do księży: „Księża, natychmiast wsiadajcie do samochodu i jedziemy z powrotem.” Ks. Franciszek wziął tylko teczkę z Najświętszym Sakramentem, a ks. Adam tę dziewczynkę, Fifi, która była bardzo przerażona. Ks. Adam zawinął ją w swoją marynarkę, wepchnął pod siedzenie i ścisnął mocno, żeby nie krzyczała. Nie wiem, ale to chyba był cud, że nas ani raz nie zatrzymano do kontroli. Kiedy przyjechałyśmy na teren sierocińca, już było tam wojsko. Poprosiłyśmy, żeby chwilę poczekali i prędko pobiegłyśmy do domu, żeby spożyć Najświętszy Sakrament i pootwierać drzwi, bo byłyśmy przekonane, że jak wejdą rebelianci, to będą rozwalać wszystko, szukając ukrywających się ludzi.

Nie wiedziałyśmy, dokąd nas wywiozą, na jak długo i czy wrócimy. Został jeden pracownik, zaufany, który się ukrył. Jak my wyjechałyśmy, poczuł się odpowiedzialny i pozamykał wszystkie drzwi. W naszym domu mieszkało wojsko rwandyjskie i oczywiście potrzaskali wszystkie drzwi, powybijali okna i poniszczyli wszystko, co było w domu. Nawet do tabernakulum chcieli się dostać, ale tam już nic nie było. Co nie zostało zniszczone – pozabierali.
Kiedy po jakimś czasie siostry wróciły, musiały wszystko od nowa organizować.

Wyjeżdżaliśmy na otwartych ciężarówkach, które służą do przewozu piasku, po francusku nazywanych cuble. Później gazety pisały, że Siostry Pallotynki wywiozły dzieci w kubłach, tzn. koszach na śmieci.

Drogę na lotnisko, oddalone o 6 km, pokonywaliśmy 3 godz. – ciągle były patrole. Buntownicy, Front Patriotyczny, chcieli zdobyć lotnisko i kierowali w tę stronę pociski. Widziało się jeden wielki ogień. Gdzie okiem sięgnąć, płonęły chaty. Przy drodze leżeli zabici ludzie, wielu skrwawionych, posiekanych maczetami. Nieraz widziało się zesztywniałą rękę z różańcem. Czasem ktoś jeszcze jęczał. To był dla nas bardzo przykry widok.

Na lotnisku nie bardzo było wiadomo, co z nami zrobią. Było tam już bardzo dużo ludzi.
Pytano nas, gdzie chcemy lecieć – nie wiedziałyśmy. Zaczęli spisywać ile dzieci, ilu dorosłych. Wokół kręcili się fotoreporterzy – było ich niemało – błyskający fleszami. Dzieci były przerażone, płakały. Byłyśmy strasznie umęczone. Po jakimś czasie podszedł do mnie żołnierz, który odezwał się po polsku – na ramieniu miał krzyżyk: „Przyjechałem z wojskiem francuskim, żeby wam pomóc, żeby was ewakuować, ale ja z wami nie polecę. Muszę tu zostać, pomagać innym.”

Zostałyśmy wzięte do wojskowego samolotu, z którego najpierw rozładowano broń i czołgi. Potem wsadzono nas i polecieliśmy do bazy wojskowej w Bangwe, w Centralnej Afryce Demokratycznej. Tam wojsko francuskie przyjęło nas bardzo ładnie: nakarmili dzieci, zaopatrzyli, dali nocleg na polówkach. Zajęli się też kilkorgiem bardzo chorych dzieci.

Od samego rana trzeba było zatroszczyć się o dzieci. Żołnierze chcieli opisać każde dziecko, żeby zrobić dokumentację. Wszystkiego nie znałyśmy na pamięć, więc praca była niesamowita. Po południu lecieliśmy, już zwykłym samolotem, do Francji. Byłam jeszcze zajęta i jako jedna z ostatnich wsiadłam do samolotu. I całe szczęście, bo w siatkach miałam mleko, którego nie zdążyłam oddać na bagaż. To nas uratowało, bo w samolocie nie dali nic do jedzenia. Dzieci były wygłodzone, płakały, więc tym mlekiem ratowaliśmy je, jak mogliśmy.

Kiedy już dolatywaliśmy zapowiedziano we Francji temperaturę 7oC. Nasze dzieci były prawie nagie. Podeszłam do stewardesy i zapytałam, czy nie pozwoliłaby, żebyśmy zostawili sobie te koce, które są do spania. Ona podeszła do mikrofonu i ogłosiła: „Prosimy okryć się kocami”. Starsi, którym też było zimno, pookrywali się. A my z dziećmi dalej nie miałyśmy nic ciepłego. Powiedziałam, że nie wysiadamy, dopóki nam nie pomogą. To samo powtórzyłam po wylądowaniu. Dopiero jak Czerwony Krzyż przyjechał po nas z ubraniami, wysiedliśmy. Zostaliśmy przewiezieni do Craiteil, dzielnicy Paryża, gdzie znajdują się domy, azyle dla obcokrajowców.

Siostry Edyta i Orencja zostały z dziećmi w tym domu, a ja z siostrami Rwandyjkami pojechałam do naszego domu w Osny, żeby się nimi zająć. Okazało się jednak, że nie mogą tu przebywać bez dokumentów, więc wróciły do dzieci. Ja zostałam „na telefonach”, żeby pomóc w ewakuacji innym siostrom. Czasami byłam zła na siebie, że to tak trudno idzie. Przeżywałam bardzo, że nie można się dodzwonić, dowiedzieć nic o człowieku – jakby wszystko było poodcinane od świata. Jakoś to wszystko przeszło.

Zaczęły się wakacje, a później zostałam z siostrami Rwandyjkami, które poszły do szkoły pielęgniarskiej do Lille. I żeby zapewnić im pomoc, jeździłam, gdzie tylko się dało, głosiłam o misjach, szukałam pomocy, żeby opłacać wszystkie należności: za szkołę, mieszkanie, studia.


Potem wróciłam do Polski. Byłam 3 lata w naszym Centrum Misyjnym. Jeździłam po kraju i głosiłam o misjach. Później pojechałam do naszego domu we Francji, a w 2005 r. wyjechałam do Kamerunu. Ale o tych przeżyciach nie da się zapomnieć.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum