Strona główna arrow Rok 2009 arrow Nr 46 (1/2009) arrow Rozmowa z ks. Krzysztofem Sopickim SAC, misjonarzem w Brazylii - ciąg dalszy z poprzedniego numeru
Rozmowa z ks. Krzysztofem Sopickim SAC, misjonarzem w Brazylii - ciąg dalszy z poprzedniego numeru Drukuj Poleć znajomemu
R. – Z tego co mogłam zauważyć w opowiadaniach Księży wynika, iż dla Brazylijczyków bardzo duże znaczenie ma bezpośredni kontakt z księdzem.

K. – Tak. Brazylijczycy bardzo sobie cenią bezpośredni kontakt z księdzem i całą oprawą liturgiczną. Mamy duszpasterstwo pierwszego kontaktu. Przy każdych drzwiach kościoła stoją ludzie w specjalnych strojach, którzy witają przychodzących na Mszę św. i dają materiały pomocnicze. Potem w kościele wskazują też wolne miejsca. Wierni bardzo sobie cenią te kontakty. Ksiądz też, jeśli tylko ma możliwość, stara się o taki kontakt, choć jest to trudne, jeśli Msze św. są jedna po drugiej. Przez cały tydzień w kościele spotykają się różne grupy.

R. – Czy indywidualne osoby szukają kontaktu z księdzem, żeby porozmawiać o swoich problemach?

K. – Tak. Bardzo dużo ludzi nie tylko przychodzi do spowiedzi, ale też szuka kierownictwa duchowego. Umawiają się też w tygodniu. Chcą porozmawiać o swoich problemach. Często odwiedzamy chorych, mamy żywy kontakt ze starszymi.

W Brazylii raczej rzadko mają miejsce pogrzeby katolickie. Pogrzeb zwykle jest tego samego dnia lub następnego przed południem, jeśli chory umrze po południu. Jest niemożliwe, żeby ksiądz mógł pójść na te pogrzeby. Jeżeli ktoś jest zaangażowany w Kościele, wtedy Ksiądz idzie do kaplicy cmentarnej. Zgodnie z tutejszą tradycją dopiero 7 dnia po śmierci jest zamawiana Msza św. w intencji zmarłego. Wtedy jest zapraszana rodzina, by modlić się w jego intencji. Rzadko są Msze św. indywidualne. Taka sytuacja wiąże się też z brakiem księży.

Ksiądz systematycznie...

... odwiedza ludzi chorych i starszych. Każdą osobę przynajmniej raz w tygodniu odwiedzają szafarze Eucharystii z Komunią Świętą. Ludzie możliwość wysłuchania Mszy św. przez radio (uczestniczenia we Mszy św. za pośrednictwem radia). A potem szafarze przynoszą im Pana Jezusa.
Także ksiądz jeździ po Mszy św. do nich. Jeżeli ktoś chce się wyspowiadać czy porozmawiać z księdzem przeważnie powiadamia o tym osoba opiekująca się.

R. – Czy Ksiądz ma stałą grupę podopiecznych?

K. – Niektóre osoby życzą sobie konkretnego księdza, ale my zwykle idziemy według tego, kto akurat ma możliwość. Zasadniczo chodzi proboszcz. Staramy się robić wszystko, żeby ludzie nie przywiązywali się do osoby konkretnego księdza, ale do kapłana. Jeżeli ktoś chce kapłana to wszystko jedno, który ksiądz pójdzie.

Inaczej jest w wypadku kierownictwa duchowego. Rzadko się zdarza, żeby osoba chora czy starsza potrzebowała kierownictwa duchowego. Poszukują go raczej osoby mające problemy w pracy, problemy rodzinne, małżeńskie, a starsi raczej takowych nie mają. Starsi chcą być świadomie przygotowani na śmierć, chcą być blisko Jezusa.

Zawsze podkreślałem wartość grupy modlitewnej Serca Jezusowego, przypominając obietnicę Pana Jezusa, że ktokolwiek będzie wierny tej modlitwie, będzie miał szczególną łaskę – nie odejdzie bez przygotowania. I faktycznie, w ostatnich dwóch miesiącach zdarzyło się, że osoba bardzo ciężko chora poszła do szpitala. Zawołano mnie, żebym udzielił namaszczenia i potem osoba chora umarła.

Przyszła jakaś pani, mówiąc, że jej mama umiera i czy mógłbym iść do szpitala. Matka była w ruchu Serca Jezusowego. Szpital jest bardzo daleko, w drugiej części Rio. I trudno byłoby mi zdążyć pojechać i wrócić na Mszę św. o 19.00. Mówię: „Spokojnie, jeśli ta pani jest w ruchu Serca Jezusowego, na pewno nie umrze przed odwiedzinami kapłana”. Pojechałem do szpitala, namaściłem, wróciłem do domu (godzinę po Mszy św.), a tu telefon od córki chorej: „Mama zmarła”. Ludziom czekającym na Mszę św. szafarze wytłumaczyli, że ksiądz pojechał do chorego i nie zdążył wrócić. Poprowadzili nabożeństwo słowa Bożego.

Właśnie po tych dwóch przypadkach ludzie mówili, że jak ks. Krzysztof namaści, to potem chory umiera. Trzeba im było wytłumaczyć, że ta osoba czekała na kapłana, by otrzymać namaszczenie i potem umarła. A że te osoby były z ruchu Serca Jezusowego, zgodnie z obietnicą Pana Jezusa nie umarły bez przygotowania. Trzeba było im wytłumaczyć, że to nie od Księdza zależy, ale od łaski sakramentu.

Kilkanaście lat temu objąłem jako proboszcz pierwszą parafię – to była parafia, w której przez wiele lat nie było księdza. Ksiądz przyjeżdżał raz w tygodniu, odprawiał Mszę św., konsekrował hostie i zostawiał wiernych z szafarzem na cały tydzień.
Wkrótce po przybyciu do parafii wezwano mnie do chorego: „Proszę księdza, jest taka osoba, która była w ruchu Serca Jezusowego, leży w domu i jest w stanie agonalnym już od ponad miesiąca. Nic nie mówi i tylko czasem jakimś gestem daje znać, że coś rozumie”. Do tej rodziny codziennie przychodzili protestanci, odprawiali różne nabożeństwa, podnosili rękę chorego, na znak, że się oddaje Panu Jezusowi, że jest nawrócony na ich wiarę i prosili o dobrą śmierć. Przez cały czas nie było żadnej zmiany w stanie chorego.

Poszliśmy z szafarzem do jego domu, cierpliwie poczekaliśmy aż protestanci skończą swoje nabożeństwo, a potem weszliśmy. Łaska tak działa, że człowiek nawet miesiąc czeka w stanie konającym. Namaściłem chorego i praktycznie jeszcze podczas modlitwy namaszczenia ta osoba zmarła. Często w takich sytuacjach widać jak działa łaska Boża i jak sprawdza się obietnica Chrystusa.

Obecnie łączymy razem ruch Serca Jezusowego z ruchem Miłosierdzia Bożego, traktując go jako wzbogacenie. Tak to też odczuwają ludzie. W obu ruchach modlą się Koronką do Miłosierdzia Bożego.

R. – Czy Ksiądz może przytoczyć inny przypadek takiego działania łaski Bożej?

K. – Ja mam bliski kontakt ze sportowcami. Część z nich nie jest katolikami, część to katolicy praktykujący od przypadku do przypadku, ale są też wśród nich ludzie głęboko wierzący. Ci ostatni nie zawsze mogą w niedzielę uczestniczyć we Mszy Świętej, bo startują w zawodach. Może dlatego tak bardzo cenią sobie kontakt z księdzem.

W Brazylii mamy kilka dobrych drużyn kolarskich. Mają bardzo dobrą organizację, dobrych lekarzy, masażystów, trenerów, sponsorów, płacą więcej swoim zawodnikom. Nasz klub „ Amazonas” nie ma takich możliwości. Jedziemy na zawody bez tej „oprawy”. Zawodnicy naszego klubu wygrywają zawody, zostają mistrzami Brazylii, a nawet Ameryki Łacińskiej. Później bogate kluby biorą naszych zawodników do siebie, płacą lepsze pensje, zapewniają lepsze warunki, a oni spadają na dalsze miejsca. My przyjmujemy nowych zawodników do klubu i znowu są na pierwszych miejscach.

W ubiegłym roku, w mistrzostwach Ameryki Łacińskiej (Panamericana) zakwalifikowało się z Brazylii 2 zawodników – obaj z naszego klubu. Po raz pierwszy w historii 2 miejsce w tych mistrzostwach zajął mistrz w kolarstwie górskim z naszego klubu. Ci najlepsi, którzy przeszli do innych klubów nie zdołali się zakwalifikować. Powstaje pytanie: dlaczego tak się dzieje? Kolarze mówią: „bo tu nie ma księdza w ekipie”.

R. – A czy w takim razie inne kluby nie próbują iść za waszym wzorem?

K. – Kluby nie próbują, ale jestem zapraszany przez organizatorów na ważne zawody już od 10 lat, by pobłogosławić zawodników i poszczególne drużyny przed startem. Nie zawsze mogę jednak pójść.
Co roku staramy się odbyć pielgrzymkę kolarzy do Aparecidy. Kiedyś dostawaliśmy pozwolenie bez problemu. Przez dwa lata nam się nie udało i nie było pielgrzymek. Doszedłem jednak do wniosku, że skoro nie dają pozwolenia dla dużej grupy pojedziemy małymi grupami bez zezwolenia. Mogli pojechać tylko ci zawodnicy, którzy startują przynajmniej w zawodach stanowych i wezmą udział we Mszy Świętej w sanktuarium. Jeden z uczestników, który jeździ w kategorii master mówił, że jest ewangelikiem „zabłąkanym”, a dzięki tym pielgrzymkom wraca na właściwą drogę. Wśród protestantów często sport jest traktowany jako hazard i na równi z nim bywa potępiany. Niektórzy pastorzy każą wybierać: albo sport, albo wiara.

W drodze nie mam możliwości wpływania na uczestników pielgrzymki ze względu na bezpieczeństwo. Ale przed wyruszeniem mamy wspólną modlitwę, jest też okazja podczas postoju na posiłki i wieczorem, w hotelu, kiedy w grupie dziękujemy Panu. Kiedy przyjeżdżamy do sanktuarium, idziemy do Matki Bożej, przed cudowny wizerunek, potem mamy Mszę Świętą. Wychodzimy wszyscy w procesji, w strojach sportowych, i stajemy wokół ołtarza w prezbiterium. Później jest oddanie wszystkich Matce Bożej. Sportowcy przynoszą do ołtarza kopię figurki Matki Bożej i ofiarowują Matce Bożej sportowców i wszystkich obecnych w kościele. Na zakończenie jest specjalne błogosławieństwo. Wszyscy są bardzo wzruszeni. Protestanci też. Część uczestników mówi, że dzięki pielgrzymkom przybliżają się do Kościoła i coraz większą wagę przywiązują do błogosławieństwa kapłańskiego.

R. – Tylko czy błogosławieństwo jest potrzebne z powodu wiary, czy też traktują je jak rodzaj zaklęcia?

K. – Może tak być częściowo, ale ja zauważam, że to jest sport niebezpieczny, że każdy człowiek wymaga jakiejś czułości. Chcą dobrego wyniku, ale potrzebują błogosławieństwa Bożego. Większość zawodników to katolicy. Często modlą się w szatni, nawet jak są różnej wiary. Myślę, że każdy gest jest ważny i to wszystko może być pomocne do odzyskania wiary – to, że zawodnik się przeżegnał, inny poszedł do kościoła czy na pielgrzymkę jest świadectwem wiary, bodźcem, który może pomóc wielu ludziom.

R. – Czy wśród tak licznych zajęć ksiądz znajduje jeszcze czas na treningi (ks. Krzysztof jest w dalszym ciągu czynnym kolarzem; więcej w HM nr 11 i 34 – dop. red.)?

K. – Od wczesnej młodości jest to mój ulubiony sport, ale teraz też go uprawiam ze względów zdrowotnych. Mogę się pochwalić, że w styczniu znalazłem się na 19 miejscu w rankingu brazylijskim mojej kategorii wiekowej. Aktualnie nie mam możliwości startów ani treningów. Ale w miarę możliwości wrócę do tego.

R. – Wobec tego pozostaje nam życzyć Księdzu wiele sukcesów w pracy duszpasterskiej i na zawodach. Dziękuję za rozmowę.
Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum ks. Krzysztofa, ks. Artur Karbowy SAC