Strona główna arrow Rok 2008 arrow Nr 45 (4/2008) arrow Zostałem proboszczem parafii na wyspach
Zostałem proboszczem parafii na wyspach Drukuj Poleć znajomemu

W końcu stycznia zostałem proboszczem w parafii Kairiru. Nowe wyzwanie dla mnie, człowieka z Pomorza.

Wyzwanie, gdyż pożegnałem się z suchym lądem a przywitałem z rzeczywistością, której doświadcza każdy wilk morski: morze, fale, wiatr, załamanie pogody. I jak sobie radzić, by motorówka o długości 5,7m wciąż była motorówką, a nie przemieniła się w bezużyteczny okręt podwodny.

W arkana pracy na parafii, jak i tajniki sterowania łodzią, wprowadzał mnie ks. Darek Woźniak, „Kapitan Żeglugi Wielkiej” (czy jak o sobie mówi: „Kapitan Żeglugi Małej po Wielkim Oceanie”), który od 4 lat pracuje w tym nowym dla mnie miejscu.

Wszystko było nowe i fascynujące: fale, fauna, rafy koralowe, skaczące delfiny, żółwie – które, wbrew przyjętym stereotypom, będąc w wodzie przemieniają się w samochód wyścigowy...
Ale po pierwszych zachwytach przyszło do zderzenia z rzeczywistością: Jak dopłynąć do wiosek, by nie osiąść łódką na rafie. Co robić, kiedy spokojne z początku morze zaczyna się z dnia na dzień, czy też z minuty na minutę, zmieniać w coraz bardziej wzburzone, tak, że to nie ja oglądam fale z góry, lecz one zaczynają królować nade mną...

...stojącym w małej „łupinie”?
W tym wszystkim doświadczam każdego dnia działania Opatrzności Bożej, która kieruje, wspomaga i ma pieczę nad człowiekiem.

Ale powróćmy do początku. Parafia położona jest na dwóch wyspach: Kairiru i Mushu. Liczbę mieszkańców na obu wyspach szacuje się na ponad 6 tysięcy. Wiosek rozsianych po terenie jest 23. Są 3 szkoły podstawowe i jedna średnia. Tuż obok stacji, gdzie mieszkam, znajduje się mały szpital, który sprawuje pieczę nad mniej lub bardziej chorymi ludźmi. A i ja czuję się raźniej, wiedząc, że w razie malarii będzie ktoś, kto poda zastrzyk, jeśli leki nie będą działać.

Podczas wprowadzenia w pracę na wyspach niezapomniana była wizyta w jednej z wiosek leżących na tyłach (od lądu patrząc) wyspy Kairiru: Kuragur. Miejsce to nazwane jest cmentarzyskiem łodzi. „Port”, do którego dopływa się w tym miejscu, usiany jest głazami, otoczony rafą; nie ma piaszczystej plaży, a fale... To trzeba zobaczyć, bo żadne słowa nie oddadzą rzeczywistości tego miejsca.
Wiele łódek zostało rzuconych na skały przez wzburzone morze i roztrzaskanych przez żywioł, stąd też nazwa tego miejsca: „boat’s graveyard”.

Pierwsza moja wizyta w tym miejscu wyglądała w ten sposób:
Ks. Darek walczy z falami, by dopłynąć do wioski; na brzegu czeka około 12 mężczyzn. Czekamy, jakby na redzie, by większe fale przeszły pod dnem łodzi. Ks. Darek wrzuca bieg, pędzimy w kierunku plaży – tuż przed brzegiem silnik łodzi jest podniesiony, mężczyźni chwytają łódkę ważącą 400 kg + moje ponad 100, ks. Darka wagi nie będę podawał, bo może sobie tego nie życzy (mniejsza od mojej), silnik 50 kg, bagaże ok. 50 kg, podnoszą, opierają o barki i pod wzniesienie 20 m n. p. m. wnoszą jakby nic nie ważyła. Szok!!!! Dla mnie – „Majtka” oczywiście. Dla „Kapitana” – to już normalka.

Po pierwszych przeżyciach w podobnym stylu, przyszedł czas na normalną, codzienną pracę w parafii, i też obfitującą w niezapowiedziane niespodzianki.

Oto zbliża się Wielkanoc. Wielka Sobota. Po liturgii sprawowanej na stacji, przypłynęła po mnie łódka z wioski wspomnianej wyżej, by zawieźć mnie nocą na drugą stronę wyspy, by tam sprawować liturgię Wielkiej Soboty. Szczerze mówiąc, nie wyobrażałem sobie przejażdżki łodzią w całkowitych ciemnościach. Okazało się, że ciemności wcale nie były tak straszne, bowiem księżyc rozświetlał mroki nocy. I choć morze nie było Krakowskim Przedmieściem oświetlonym wieczorową porą, to wzrok i tak szybko przyzwyczaił się do mroku i wyłapywał wszystkie przeszkody spotykane po drodze.
Podczas liturgii przeszło nad wyspą oberwanie chmury, ale jak szybko nadeszło, tak szybko ustąpiło.

Podczas drogi powrotnej niezapomniane wrażenie zmroziło nam wszystkim krew w żyłach: 40 minut od celu podróży dostrzegłem dryfującą łódź widmo. Jeden z ludzi, którzy płynęli ze mną powiedział, że to łódka ludzi ze wsi, którzy wypłynęli na nocny połów ryb. Powiedziałem, że nie widzę nikogo na łodzi, że coś tu nie gra. Podpłynęliśmy bliżej. Łódka pusta; nie ma żywej duszy. Silnik założony na rufie łodzi, przykryty kawałkiem brezentu – znak, że nikt nie płynął tą łodzią i nie zginął w otchłaniach oceanu.
Szybka decyzja: bierzemy na hol.
I tak powoli płynęliśmy w kierunku stacji. Po 20 minutach spotkaliśmy dwóch mężczyzn płynących kanu. Okazało się, że podczas oberwania chmury woda w pobliskiej rzeczce, gdzie ich łódź była zacumowana wezbrała do tego stopnia, że nurt rzeki zerwał kotwicę i wypchnął łódź na morze, gdzie prąd niósł ją w kierunku otwartego oceanu.

W ten sposób przez przypadek uratowaliśmy cały dorobek życia moich sąsiadów. Ich wdzięczność nie miała końca: chcieli zwrócić paliwo, dać pieniądze... Nie wzięliśmy nic, przecież coś takiego może spotkać każdego. A może kiedyś ktoś uratuje i moją łódź w podobny sposób, gdy będzie w opałach?

To tylko kilka pierwszych wrażeń z pobytu w nowym miejscu, gdzie każdego dnia i każdej nocy człowiek szczególnie doświadcza, jak dobry Bóg roztacza nad nim swoją opiekę.

Ks. Paweł Kotecki SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, br. Janusz Namyślak SAC