Strona główna arrow Rok 2008 arrow Nr 45 (4/2008) arrow Nieskończony jest Bóg w swoim miłosierdziu
Nieskończony jest Bóg w swoim miłosierdziu Drukuj Poleć znajomemu

Jak deszcz wiosenny minął tydzień mojego pobytu w Korei Południowej. Deszczem mnie pożegnała Polska, pochmurną zaś – a dzisiaj nawet deszczową – pogodą witała mnie Korea.

Nieskończony jest Bóg w swoim Miłosierdziu. To, co dla mnie przygotował przerosło moje najśmielsze wyobrażenie o kraju, ludziach, a przede wszystkim wspólnocie, którą tu zastałem. Kultura, ludzie, jedzenie, stroje, ulice – niby odmienne, a jednak tak bardzo normalne. I choć poznaję i uczę się ludzi, to jednak nie zapominam, że przyjechałem tu ze względu na Chrystusa, który mnie zechciał tu mieć, bym uświęcając, siebie przyprowadził do zdrojów Jego Miłosierdzia tych, którzy Go nie znają albo oddalili się od Niego ze względu na nieznajomość.

O tym jednak nie sposób tu zapomnieć. Skręcając z głównej arterii (prowadzącej do największego kościoła w Azji – p. w. św. Jana Ewangelisty), zaraz pomiędzy salonem Lexusa a pięknym parkiem sosnowym, w wąziutką uliczkę Bundang-dong, po przejechaniu dwóch przecznic, można dostrzec (nawet będąc nieuważnym obserwatorem) dom z dwu i pół metrowej wielkości figurą Jezusa Miłosiernego, witającego i zapraszającego wymownym gestem dłoni wszystkich do Oazy Jego Miłosierdzia. Ten, kto wie, że dom jest nieustannie otwarty przychodzi...

...w ciemno, by pobyć z Miłosiernym, inni przyglądają się bacznie – szczególnie sąsiedzi, którzy sami niedowierzają, gdy patrzą na zwiększającą się liczbę adorujących i modlących się katolików.

A nasza uliczka, choć niewielka i wąziutka prezentuje cały przegląd religijnych wyznań i wierzeń. Nie przeszkadza nam to jednak, by bez kłótni, każdego dnia pozdrawiać się, przycinać nawzajem krzewy przed domami oraz wysłuchiwać sprzedawców z ryczącymi megafonami, przez które reklamują swój towar z Hyndayowskich pickupowych marketów (od suszonej rybki do delikatnej pończoszki) – wszystko, co niezbędne, w bardzo dobrej cenie.

Nasze życie w Oazie Miłosierdzia każdego dnia rozpoczyna się, gdy w Polsce gasną światła i serwery Naszej Klasy przestają być przeciążone. Specyfika programu dnia opiera się na fakcie, że nasi dwaj nowicjusze drugiego roku, Franciszek i Józef, zamiennie – raz jeden, raz drugi – przebywają w naszej wspólnocie. Dlatego, przypominając sobie piękne lata nowicjatu, wstajemy o godz. 5.50 (to jest pobudka oczywiście dla chętnych i studentów – czyli dla mnie…), tak by o 6.20, wraz ze wspólnotą świeckich (od 5 do 12 osób), każdego poranka zacząć nasz dzień modlitwami wraz ze świętym Wincentym Pallottim. O godz. 6.30 rozpoczyna się poranna Msza Święta z Jutrznią, a krótkie rozważanie prowadzi zazwyczaj ks. Franciszek. Wspólnota świeckich dość szybko wyrusza do swoich obowiązków, a my żegnając ich w drzwiach, udajemy się do swoich zajęć.

Ksiądz Rektor w ostatnim tygodniu podporządkował swój program wyłącznie mojej osobie, tak by każdego dnia bądź pokazać okolice, w której znajduje się dom, bądź przedstawić Księdzu Wikariuszowi biskupiemu, proboszczowi i Wikariuszom tutejszej parafii św. Jana, bądź też poinformować, gdzie znajduje się kawiarnia z najlepszym cappuccino w mieście. Obecnie również ks. Franciszek pomaga mi bardzo w kontakcie z Kurią Diecezjalną i Urzędem Imigracyjnym w celu załatwienia karty ID, po otrzymaniu której będę miał swój numer identyfikacyjny, niezbędny dla załatwienia czegokolwiek w urzędach i przy umowach.

Tydzień minął, a ja czuję się jak dzieci w Krainie Narni po przejściu przez szafę. Wpierw niesamowite wrażenie zrobiło na mnie lotnisko usytuowane na wyspie – z dala od wielkich miast i wysokich budynków. Po przejechaniu mostu – dłuższego niż Verezano w Nowym Jorku a bezpłatnego – przez szyby samochodu zobaczyłem zupełnie inny kraj niż ten z mojej wyobraźni. Nie mogłem, i nadal nie mogę wyjść z zachwytu, nad pięknem ukształtowania terenu – taki Wałbrzych do trzeciej potęgi. Soczysta zieleń wzniesień i osiedla – delikatniutko wdzierające się w doliny – to najkrótsza charakterystyka ulokowania miast w Korei. I pomimo wielu tuneli niejednokrotnie łączących jedno miasto z drugim, żadna góra nie traci swego naturalnego piękna i uroku, a wręcz zaprasza do codziennego spaceru… Ach gdyby to było możliwe…
Z jednej strony pewnie tak pięknie by nie wyglądały, a z drugiej… no właśnie – nad dziewiczością tychże terenów w większej części kraju czuwają żołnierze, którzy pośród zielonych wzgórz mają swoje bazy i punkty obserwacyjne.
Mimo to nie zamierzam zrezygnować ze swojej pasji do gór i eksploracji najwyższych szczytów również i tu, w Korei – ale wszystko wymaga czasu, znajomości i dobrych przewodników.

Wracając do tematu domu i wspólnoty, chciałbym opisać nasz dom. Wchodząc, znajdujemy się na poziomie biura, w którym stoją komputery administracyjne, choć to nie główna jego rola. Nasz office jest przede wszystkim miejscem spotkań, rozmów, poczekalnią.
Tam najczęściej wita nas uśmiechnięty brat Andrzej Baranowski SAC, który poinformuje o sytuacji w kaplicy (pomocna do tego jest kamera umieszczona w niej i telewizor, na którym ma podgląd całości), poda kubek wody, zaproponuje kawę lub herbatę, dobre ciastko lub też zawoła kapłana, jeżeli ktoś chciałby porozmawiać lub skorzystać z sakramentu pokuty (w wydzielonym do tego pokoju).
Przy biurze jest również pokój do rozmów i kącik czytelniany dla oczekujących (gdyż podczas ciszy adoracyjnej zaleca się zaczekanie przed obrazem TV, zobaczenie tego, co dzieje się w kaplicy, by nie przeszkadzać osobom adorującym).

Wychodząc z biura, schodzimy w kierunku kaplicy (na parter – koreański), na półpiętrze zostawiając buty, by wejść do Jezusa Miłosiernego. Przytulny klimat kaplicy da się odczuć od pierwszego momentu, gdy Jezus swoim miłosiernym wzrokiem patrzy na siedzących, klęczących czy skłaniających się niziutko, jak tylko potrafią (wyraz największej czci i szacunku w Korei oddaje się poprzez niski skłon – zgięcie w pół). Wtedy nic tylko usiąść i patrzeć na Tego, który swym wzrokiem nie karci, nie krzyczy, a tuli tak mocno i ciepło, że czasu nie liczysz.

W naszej kaplicy jest miejsce dla wszystkich (myślę, że fizycznie zmieści się ok. 120 osób), ale duchowo łączymy się ze wszystkimi. Patrząc na figurę św. Wincentego, pamiętamy o całym Zjednoczeniu Apostolstwa Katolickiego.
Święty Józef i Matka Najświętsza są bramą do prezbiterium, w którym Gospodarzem jest Miłosierny.
Filar wspierający kaplicę, a zarazem każdego z nas trwającego na modlitwie – ukazuje tych, którzy już przeszli i są dla nas wzorem do naśladowania: święta siostra Faustyna i nasi pallotyńscy błogosławieni: ks. Józef Jankowski SAC i ks. Józef Stanek SAC.
Kaplica jest przestronna i funkcjonalna – nie ma w niej zbytecznych mebli czy ławek, a wszystko po to, aby każdy wchodzący do kaplicy czuł się potrzebny, zauważony i pokochany od pierwszego momentu. Każdy współbrat wychodząc z kaplicy, żegna miłym słowem i niskim skłonem wiernych przybywających z różnych parafii Bundangu (naszej 400 tys. dzielnicy Songnamu), czy też nawet Songnamu (2 milionowe miasto 30 km od Seulu).

Jeśli udamy się wyżej, znajdziemy się na piętrze kuchennym. Jak sama nazwa mówi, choć w centralnym miejscu tego piętra stoi stół bilardowy, życie wspólnotowe koncentruje się tu przynajmniej raz dziennie, o godz. 13.10 (zaraz po modlitwach południowych) przy stole jadalni, pięknie nakrytym przez Klarę – naszą szefową kuchni.
Na tym piętrze również znajduje się pokój ks. Franciszka, pokój kleryków nowicjuszy i pokój gościnny.

Po wspólnym posiłku pijemy herbatę lub kawę tak, by po krótkiej przerwie rozpocząć o godz. 15.00 Godzinę Miłosierdzia wystawieniem Najświętszego Sakramentu. W zależności od dnia gromadzi się od 40 do 80 osób, by z Jezusem Miłosiernym trwać w Godzinie Konania aż do 16.00, o której rozpoczyna się najczęściej koncelebrowana Msza Święta w intencjach złożonych do Bożego Miłosierdzia.
Po Mszy Świętej, na której zasadniczo słowo Boże głosi Ksiądz Rektor, żegnamy wszystkich przed drzwiami budynku zapraszając na kolejny dzień wspólnych modlitw.

Wchodząc na drugie piętro – do klauzury – możemy jedynie zwiedzić pokoje (każdy z nas ma swoje piękne 12m2). Oczywiście na piętrze mamy łazienki i pralkę.

Idąc na trzecie piętro, zauważamy wykorzystanie każdego wolnego pionga (jednostka miary powierzchni w Korei odpowiadająca 3,3m2). Wąskie schody pomiędzy regałami książek zaprowadzą nas wprost do domowej biblioteczki sąsiadującej z salą rekreacyjną, z której możemy wyjść na taras – zielony jak cała Korea (oczywiście to nasz dach pokryty chlorokauczukiem). W opisie ze względu na nasze bezpieczeństwo oczywiście pominąłem kilka schowków i magazynków, w których przechowujemy najniezbędniejsze produkty papierniczo-techniczne.

Piękno naszego domu nie jest jednak związane z pomieszczeniami czy wyposażeniem, lecz z ludźmi, którzy ten dom stanowią, a jest to, jak już się przekonuję, niezwykle różnorodna wspólnota. W przeciągu tygodnia poznałem wiele osób stanowiących niejako filary duchowe naszych wspólnot. Liczby mnogiej używam z pełną świadomością, ponieważ wspólnota Stowarzyszenia rzeczywiście jest jedną (centralną) wspólnotą wspólnot, które przynależą i mają duchową łączność z Jezusem Miłosiernym poprzez nasze pallotyńskie posługiwanie.

Nie potrafię jeszcze nazwać wszystkich, lecz przekonałem się w ostatni poniedziałek, jak wspaniale zorganizowana jest wspólnota Współpracowników. Spotkałem się z nimi na dorocznej pielgrzymce, do Domu Rekolekcyjnego Jezusa Miłosiernego w Jangdogłonie (w górach, gdzie rektorem jest ks. Paweł Zawadzki SAC). Początkowo, z pewnym niedowierzaniem podchodziłem do informacji, że w poniedziałek, 26 maja 2008 udajemy się na pielgrzymkę ze Współpracownikami w liczbie 160 osób, do naszego domu w górach (niedowierzałem liczbie uczestników).

Tak odległe stało się bliskie, gdy już w poniedziałek od godz. 8.15 mogłem obserwować zapełniające się trzy autokary, czwarty zaś miał dojechać z ks. Franciszkiem z Suwonu. O godz. 9.00 wyruszyliśmy ze śpiewem i modlitwą na ustach w kierunku północno-wschodnim. Kierowcy w białych rękawiczkach wiedzieli, że dzisiaj nie musza się spieszyć, bo nikt nie czeka na przystankach, więc jechali jak z ludźmi (w przeciwieństwie do autobusów liniowych, dla których nie ma zasad drogowych, a ludzie – nieważne, w jakim stanie – mają zdążyć do pracy).

Ok. godziny 11.00 wysiedliśmy gdzieś pośród zielonych wzgórz, by po przekroczeniu rzeki wspinać się wąską drogą do Domu Rekolekcyjnego Jezusa Miłosiernego Księży Pallotynów. Po drodze mijaliśmy domy Sióstr oraz Księży i Braci Redemptorystów, aż naszym oczom ukazał się czerwony budynek z uśmiechniętym ks. Rektorem wskazującym i zapraszającym do przywitania się z Gospodarzem – Jezusem Miłosiernym.

Przed godziną dwunastą, cała grupa Współpracowników (ok. 170 osób w różnym wieku, choć z przewagą płci pięknej) zgromadziła się w kaplicy na piętrze przy Jezusie Miłosiernym, by Koronką do Bożego Miłosierdzia rozpocząć modlitewne skupienie. O godz. 12.00 rozpoczęliśmy Mszę Świętą koncelebrowaną pod przewodnictwem ks. delegata, Zbigniewa Wasińskiego SAC. We wprowadzeniu ks. Rektor Domu Rekolekcyjnego przywitał ks. Franciszka, nowicjuszy, wszystkich liderów naszych wspólnot oraz przedstawił moją osobę tak licznie zebranej wspólnocie Współpracowników. W kazaniu ks. Paweł podzielił się – jako że pielgrzymka odbywa się w maju – orędziem Matki Bożej z Fatimy dotyczącym pokuty – jej form i rodzajów. Przypomniał nam różnice postów, które podejmujemy ze względu na Adwent czy Wielki Post, a tymi, które przyjmujemy z miłości, wielbiąc i słuchając Jezusa w życiu codziennym, nosząc własne krzyże, nieraz pokuty niebosiężne.

Po kazaniu udaliśmy się procesją wokół kościoła, by w rozważaniu tajemnic różańca oddać cześć Maryi, Matce Jezusa – Króla Miłosierdzia. Liturgię podsumował i błogosławieństwa na niełatwe przechodzenie przez wąską bramę do Królestwa Niebieskiego udzielił (dziękując za przybycie, wspólnotę modlitwy i złożone ofiary na budowę Domu Rekolekcyjnego), Tadeo Szimbunim (ks. Zbigniew).

Grupa organizacyjna, oczywiście oprócz strawy duchowej, zaplanowała pokarm dla ciała, dlatego po zakończeniu dziękczynienia w kaplicy wierni przeszli na świeże powietrze, gdzie sam Stwórca przygotował zielone stoły, przy których zasiedli grupami pielgrzymi.
Gdy powróciliśmy do zakrystii, stół w domowej jadalni uginał się od różnych potraw. Zdawało się nam, że to zapasy dla pielgrzymów, jednak pokorna Magdalena (Przewodnicząca Współpracowników) szybko rozwiała nasze wątpliwości i niskim skłonem zaprosiła do stołu. Zestawy zawierały wszystko co najlepsze, od strasznie ostrego kimchi, poprzez lekkiego kurczaczka aż po suszoną rybkę na słodko… – palce lizać. Podczas posiłku po raz pierwszy skosztowałem ryżowego napoju o nazwie: szikke (taka jest wymowa). Słodki jak słodzona oranżada i bardzo orzeźwiający.

Po posiłku zwiedziłem (o ile można to tak nazwać) trzy pokoje, biuro i łazienkę, które stanowią obecny i docelowy stan budynku. Tak więc kaplica ma największy metraż, dzięki temu do pokoju Pana Jezusa – Gospodarza domu może wejść i przy stole Eucharystycznym zasiąść około 200 osób… (a może i więcej).

Gdy zwiedzanie dobiegało końca, pierwsze grupki pielgrzymów zaczęły schodzić (zapomniałem dodać – zejście wymaga więcej wysiłku niż podejście), tak by na 14.45 być w autokarach. Jak wspomniałem, większą grupę pielgrzymów stanowiły kobiety (bynajmniej nie ze względu na większą ich pobożność choć również, lecz przede wszystkim dlatego, że był to dzień pracy, stąd nie było zbyt wielu mężczyzn), które o godz. 17.00 musiały być w domach, by mężom powracającym z pracy przygotować posiłek.

Z modlitwą Koronki do Bożego Miłosierdzia na ustach wyruszyliśmy w drogę powrotną, z dala obserwując z doliny (którą została poprowadzona szosa) znikający w zielonym gąszczu drzew, czerwony Dom Rekolekcyjny Miłosiernego Jezusa.

Niskimi skłonami pożegnaliśmy się z grupą Współpracowników, którzy rozjechali się (jedni z zadowoleniem, inni z lekkim niedosytem, lecz nadzieją na kolejną pielgrzymkę) do swoich domów.

Rozruszane podchodzeniem i schodzeniem mięśnie długo dawały mi się we znaki…
Takim to miłym akcentem zakończył się mój pierwszy tydzień pobytu w kraju o innej kulturze, innym języku, ale tym samym sercu – przepełnionym miłością miłosierną i otwartym na drugiego człowieka.

Wdzięczny jestem wszystkim, szczególnie Księdzu Rektorowi za urozmaicenie i zapoznanie mnie z tak dobrymi ludźmi, którzy każdego dnia otwierają swoje serca na moje potrzeby kulinarne (zapraszając na europejskie bądź azjatyckie jedzenie), czy też rekreacyjne (zapraszając na mecz ping ponga, grę w bilard czy rest w saunie). Tak się rozpisałem, że nawet deszcz przestał padać – czas kończyć ten tydzień i czas zacząć myśleć o tornistrze do szkoły, gdyż to już w poniedziałek o godz. 9.00 rozpocznę naukę języka koreańskiego (i wtedy nie wiem czy będę miał czas na pisanie…).

Serdecznie pozdrawiam z pięknej Korei i proszę o wsparcie modlitewne na długi czas nauki języka.

Fr Jaro – ks. Jarek Kamieński, misjonarz w Korei Południowej
Zdjęcia autora