Strona główna arrow Rok 2008 arrow Nr 45 (4/2008) arrow Mały komar powodem wielkich problemów
Mały komar powodem wielkich problemów Drukuj Poleć znajomemu

Często, kiedy opowiada się o pracy misyjnej, padają pytania o kontakty z przyrodą, o dzikie zwierzęta występujące w danym regionie i o spotkania z nimi oko w oko. W Brazylii występuje ogromna różnorodność zwierząt, od najmniejszych do bardzo dużych. Trzeba jednak pamiętać, że zwierzęta unikają przeważnie kontaktu z innym drapieżnikiem, jakim jest człowiek. Jednym z wyjątków, zwierzęciem, które wręcz poszukuje człowieka, jest... komar.

W tym momencie może nastąpić mały uśmieszek i dopowiedzenie, że to „niebezpieczne zwierzę” występuje też w Polsce i poza nieprzyjemnym swędzeniem czy dokuczliwym nocnym buczeniem nad uchem nie powoduje większych uszczerbków na zdrowiu.

W Brazylii jest jednak inaczej. To właśnie niepozorny komar roznosi niebezpieczne choroby: malarię, żółtą febrę i dengue. Malaria występuje w regionie Amazonii. Żółta febra w tym roku ponownie zaczęła pojawiać się w wielkich centrach miejskich… ale szczególne zagrożenie w stanie Rio de Janeiro powoduje dengue.

Dengue zabija. Szybko i w cierpieniu. W 2002 roku w stanie Rio de Janeiro dengue zabiła 91 osób spośród 280 tysięcy chorych. W tym roku, w ciągu niecałych trzech miesięcy, zabiła już 48 osób spośród 33 tysięcy zachorowań, poza tym badanych jest 49 kolejnych przypadków śmiertelnych.

W Rio de Janeiro... w ciągu godziny 85 osób zapada na dengue – większość z nich to dzieci. „Nie mogę pogodzić się z tym, że mój syn, zdrowy, mający możliwość rozwoju, takie dobre dziecko, został pokonany przez komara w XXI wieku” – mówi Paulo Roberto Evaristo, którego ośmioletni synek, Daniel, zmarł ostatnio... 

...na skutek tej choroby.

Dengue jest przenoszona przez komary i tak naprawdę wiele zależy od każdego z mieszkańców stanu Rio de Janeiro, gdyż komary rozmnażają się w miejscach, gdzie jest stojąca, czysta woda. Wystarczy trochę wody pozostałej po deszczu w butelce, starej oponie, na dachu domu, w kwiatach...

„Wszystko zaczęło się od gorączki – miał wysoką temperaturę i był bardzo zmęczony” – wspomina ojciec Daniela. Następnego dnia babcia chłopca zawiozła go z wysoką gorączką i wymiotami do szpitala. Orzeczenie lekarskie nie pozostawiało żadnych wątpliwości. „Pytałam lekarza czy to jest dengue, ale on mówił, że nie, że to tylko wirus” – mówi Maria da Conceicao Evaristo, babcia Daniela.

Dengue to nie przeziębienie czy lekki wirus, który szybko przychodzi i szybko mija. Podczas dengue oprócz wysokiej gorączki, około 40 stopni, przez tydzień lub dwa występuje silny ból głowy, ból „za oczami”, bóle mięśni, stawów, wyczerpanie organizmu.

Wszyscy są zgodni, że bardzo trudno wygrać walkę z dengue, ale można też bardzo łatwo przerwać pasmo śmierci, spowodowane przez tę chorobę. Wystarczy tylko odpowiednie, podstawowe przyjęcie w szpitalach. Niestety, w XXI wieku, w dużej metropolii miejskiej, jaką jest Rio de Janeiro, tego brakuje. Wysoki wskaźnik śmierci z powodu dengue w Rio jest wynikiem złego stanu służby zdrowia, szpitali nie mogących pomieścić chorych i niestety, często mylnej diagnozy lekarskiej.

Władze starają się wygrać walkę z chorobą. Przy pomocy wojska powstały w mieście 3 duże centra zbudowane z namiotów, które przyjmują tylko osoby z symptomami dengue. Ministerstwo Zdrowia zapowiedziało, że zatrudni 660 osób, aby zwiększyć przyjmowanie chorych w szpitalach. Władze miasta chcą zatrudnić więcej osób, które będą chodzić od domu do domu, aby zwalczać wszelkie miejsca, w których komary mogą się rozmnażać. Wreszcie władze zaczęły reagować…

Rodzi się jednak pytanie: Czy do tych śmierci musiało dojść, aby podjąć tego typu działania? Czy po poprzednich epidemiach choroby władze niczego się nie nauczyły? Czy zawsze musi najpierw nadejść dla wielu rodzin tragiczny koniec, aby zacząć chronić innych?

Komar odpowiedzialny jest też za jeszcze straszniejszą chorobę, która według Światowej Organizacji Zdrowia jest na drugim miejscu w świecie po względem umieralności. Chorobą tą jest malaria, która przegrywa w światowym rankingu tylko z AIDS.

Malaria nie tylko powoduje uszczerbek na zdrowiu, ale też uważa się, iż jest odpowiedzialna za największe problemy społeczne i ekonomiczne na świecie. Około 40% ludności świata, czyli prawie 2,4 miliarda ludzi w 90 krajach, żyje w strefie zagrożenia zachorowaniem na malarię. Każdego roku na całym świecie występuje około 300 milionów nowych zachorowań – z tej liczby około miliona osób umiera.

W Brazylii malaria występuje w rejonie Amazonii – w niektórych gminach choruje jedna czwarta mieszkańców. W gminie Anajas, która ma ponad 25 tysięcy mieszkańców, tylko w 2007 roku zanotowano prawie 6,5 tysiąca przypadków malarii. „Na początku jest bardzo zimno. Mam wysoką gorączkę” – tak chorzy wspominają początki choroby. Malaria występuje głównie tam, gdzie jest dużo wody i gęsty las, co ułatwia rozmnażanie się komarów i utrudnia walkę z nimi. Często właśnie w tych miejscach choroba zbiera tragiczne żniwo, gdyż nie ma tam szpitali ani lekarzy.

6-letni Denilson miał symptomy malarii. „Bardzo boli mnie głowa” – narzekał malec. Mama nie miała jak zawieść go do miasta, do lekarza – to dwugodzinna podróż barką. „Posmarowałam pastą do zębów, aby zmniejszyć ból, ale nie pomogło” – opowiada matka Denilsona.

Władze gminy przyznają, że nie są w stanie poradzić sobie z malarią, a także iż wiele przypadków choroby nie jest rejestrowanych. „Niektóre osady znajdują się w odległości 8-12 godzin od szpitala. Dlatego ludzie umierają. Nad brzegiem rzeki jest cmentarz i tam można zobaczyć wpływ choroby na życie mieszkańców” – mówi Elter Baia ze służby zdrowia w Anajas. W Anajas jest tylko dwóch lekarzy i jeden szpital w opłakanym stanie. Ordynariusz Marajo, bp Luis Azcona, wielokrotnie apelował i apeluje w sprawie poprawienia warunków opieki zdrowotnej na wyspie.

Ks. Artur Karbowy SAC, misjonarz w Brazylii