Strona główna
Czysta karta Drukuj Poleć znajomemu

Do Korei Południowej wyjechał ks. Jarek Kamieński SAC. Kilka godzin przed wylotem udało nam się uzyskać krótką wypowiedź:

10 maja minęła 5 rocznica moich święceń kapłańskich. Można by ten czas z jednej strony krótko podsumować, a z drugiej powiedzieć, że dzisiaj zaczyna się nowy etap „przygody życiowej”, bo całe moje powołanie traktuję jako wielką Przygodę z Panem Jezusem.

Rzeczywiście, na początku mojego zapoznawania się z pallotynami byli misjonarze. Był to ks. Kaziu Pac SAC, który „zaraził” mojego starszego brata na wieczernikach misyjnych. To mój brat pierwszy poznał św. Wincentego Pallottiego, Jego Dzieło i Charyzmat oraz pracę misyjną pallotynów. Nie chciał mnie nigdy zabrać ze sobą na wieczernik (nie potrzebował przyzwoitki).

Natomiast ten wielki świat misyjny, o którym opowiadał mi brat, zaczynał już pracować w moim sercu i w myślach. Pewnie dlatego na pierwszej rozmowie z Księdzem Prowincjałem, kiedy zapytał co ewentualnie chciałbym robić jako pallotyn, odpowiedziałem, że chciałbym pojechać na misje albo do Brazylii – do Amazonii, albo do Papui Nowej Gwinei.

Takie były moje pierwsze plany – „zapały”. Nic nie wiedziałem, jak tam jest – oprócz tego, że jest ...

... dziko, że jest busz i ludzie, którzy w ogóle nie znają Jezusa albo ich wiedza o Nim nie jest ugruntowana – i to mnie pociągało.

Już w nowicjacie spotkałem pierwsze okazy Misjonarzy: ks. Andrzeja Koźmińskiego SAC, pracującego w Papui Nowej Gwinei i ks. Pawła Zawadzkiego SAC, pracującego w Korei Południowej. Choć nasze spotkanie rozpoczęło się koło północy – wywołane obustronnym głodem – w nowicjackiej kuchni, to jednak celem ich podróży byliśmy my – Nowicjusze. Przyjechali, by opowiedzieć o „swoich” krajach, w których Kościół miał inne problemy i priorytety niż znane nam dotychczas w Polsce.

Wtedy właśnie zaczęła mi świtać pierwsza myśl o wyjeździe do Korei (choć jeszcze tak bardzo odległa, już zaczynała w moich myślach rywalizację z buszem). Mocniej się przebiła, ujawniła na trzecim roku, gdy po wizytacji przyjechali księża i powiedzieli, że z woli biskupa Papua raczej będzie się zamykać na misjonarzy. Wtedy stwierdziłem, że Pan Bóg nadaje kierunek moim misjonarskim planom.

Od tamtego czasu zacząłem obserwować ks. Pawła Zawadzkiego SAC, poznałem ks. Zbyszka Wasińskiego SAC (Delegata), spotkałem się z ks. Jurkiem Ciesielskim SAC, a nawet gościłem w swoim kleryckim pokoju przed Pierwszą Konsekracją kl. nowicjusza Franciszka An Dong Ok (pierwszego koreańskiego pallotyna). Nie dowiadywałem się, nie wypytywałem, ale obserwowałem, co robią, jak postępują prace budowlane, jaki jest rozwój i kierunek dzieł, które podejmują.

W ostatnim czasie ludzie często mnie pytali, co wiem o Korei. Nic nie wiem, no – przynajmniej niewiele – odpowiadałem. Nie mam poczucia strachu, ale takiej czystej karty, która się zacznie zapisywać już za chwileczkę.

Dzisiaj jestem wdzięczny, przede wszystkim Księżom Prowincjałom za logiczne i mądre przygotowanie mnie do dnia dzisiejszego. Za wspaniałe doświadczenie dwuletniej pracy parafialnej w Wałbrzychu pod bardzo dobrymi skrzydłami mojego pierwszego Rektora i Proboszcza, ks. Zbigniewa Stanka SAC, za czas pracy w częstochowskim Duszpasterstwie Powołań (choć nie było mi łatwo rozstawać się z Wałbrzychem) wraz z rewelacyjnym Dyrektorem, ks. Tadeuszem Beściakiem SAC, za czas, w którym dałem się we znaki mojemu dzisiejszemu Przełożonemu – Sekretarzowi ds. Misji, a przez dwa lata Rektorowi, ks. Adamowi Golcowi SAC.

Prawie dokładnie rok temu, 10 maja 2007 r., w czwartą rocznicę święceń, odważyłem się i napisałem – zwerbalizowałem pragnienie serca – podanie o wyjazd na misje. Poczułem się wolny od decyzji, która od trzeciego roku seminarium, a jeszcze bardziej od momentu święceń kapłańskich i realizacji mego powołania, na gruncie parafialnym, powołaniowym czy rekolekcyjnym, na mnie ciążyła. Podanie, które osobiście złożyłem zostało bardzo krótko i treściwie skomentowane: „Jarku, nie ukrywam – jest potrzeba nowych rąk w Korei”.

Ostatni etap mojego przygotowania spędziłem w Szkocji. Poznałem pracę z Polonią jak również sytuację mniejszościowego Kościoła katolickiego na Wyspach, która może przydać się do zrozumienia potrzeb Kościoła w Korei – również mniejszościowego, gdyż zaledwie 8-9% osób przyznających się do jakiejkolwiek religii to katolicy.

Dzisiaj, w dniu wyjazdu, dziękuję przede wszystkim za Rodziców, Rodzinę, Mamusię i Rodzeństwo, którzy choć z łezką w oku, jednak bardzo ciepło przyjęli moją decyzję wyjazdu. Bogu dziękuję za wszystkich, którzy pomogli mi przygotować się do niego, zarówno od strony logistycznej (Sekretariatowi ds. Misji oraz Współbraciom Domu Częstochowskiego), duchowej (ks. Sylwestrowi Wołoszce SAC, dyrektorowi Biura Pielgrzymkowego Apostolos, za możliwość przeżycia wraz z pielgrzymami z Kluczborka rekolekcji w Ziemi Świętej), jak również materialnej (parafianom szkockim i polskim w: Hawick, Jedburgh, Kelso, Galashiels z ks. Proboszczem Jeremim Bath oraz Polonii w Ameryce szczególnie z kościoła Świętego Krzyża i Świętej Franciszki de Chantal w Nowym Jorku).

Godzinę przed wyjazdem czuję się bardzo dobrze. Ze słowami, które wypowiedziałem podczas Uroczystości wręczenia (przez ks. Prowincjała Kazimierza Czulaka SAC) Krzyża Misyjnego w ubiegły czwartek, w kaplicy poznańskiego domu: OTO JA POŚLIJ MNIE, jadę, by pełnić Wolę Twoją, Mój Boże.

Przygoda życia – część kolejna – rozpoczęta…
19 maja 2008 r., o godz. 13.45 odleciałem do Frankfurtu, a o 17.55 do Seulu. Ku zaskoczeniu oczekujących, samolot wylądował pół godziny przed planowanym przylotem. Dnia 20 maja 2008 roku o godzinie 10.55 stanąłem na ziemi koreańskiej. Na lotnisku w oddali przez szklane drzwi ujrzałem charakterystyczną głowę białego człowieka (Tadeo Szimbunim), ks. Zbigniewa Wasińskiego SAC – Delegata i Rektora mojego domu.
Jak obiecał – nie był sam – zabrał ze sobą całą wspólnotę. Gdy wyszedłem do hali głównej dobiegły mnie głosy łamanej polszczyzny Dzień dobry, Witamy i zaraz trzy Koreanki zaczęły kłaniać się do ziemi, wręczając bukiecik kwiatów na przywitanie.
W Polsce nauczyłem się ze zwrotów koreańskich jedynie prostego Dziękuję – Kamsahamnida. Tak jak umiałem, odpowiedziałem, zaś ks. Zbyszek zaproponował kawę na obudzenie – gdyż w Polsce dochodziła czwarta rano. W miłym towarzystwie: Magdaleny – przewodniczącej Współpracowników, Gracji – zastępcy przewodniczącej i Cristiny – przewodniczącej Grupy Adoracyjnej, budziła mnie koreańska kawa (włoskie espresso) i torcik Tiramisu (również włoskiego pochodzenia).

Gdy zajechaliśmy do domu – z lotniska wybudowanego specjalnie na Mistrzostwa Świata (na wyspie) – dochodziła godzina 15.00. Jest to szczególna godzina dla wszystkich katolików, czcicieli Miłosierdzia Bożego na całym świecie, ale dla pallotynów w Korei przede wszystkim, bowiem sam Jezus Miłosierny gromadzi każdego dnia w naszej domowej kaplicy około 60-80 osób, które w Godzinie Miłosierdzia wypraszają łaski dla siebie i świata całego. Modlitwa zakończona jest Mszą Świętą, którą po raz pierwszy koncelebrowałem wraz z ks. Zbigniewem i ks. Franciszkiem o godz. 16.00.
We wprowadzeniu główny celebrans po raz pierwszy przedstawił mnie wspólnocie zebranej w Oazie Miłosierdzia, jak głosi napis nad naszymi drzwiami, gdyż do Oazy może przyjść każdy spragniony Miłosierdzia od godz. 6.00 do 22.00 – wtedy nasz dom i kaplica są udostępnione dla wiernych.

Minęły już cztery dni, a ja cały czas jestem pełen podziwu dla pracy, którą włożyli nasi współbracia – moi poprzednicy w obecność, rozwój i jakość osobowości pallotynów, charyzmatu św. Wincentego Pallottiego na ziemi koreańskiej. Pomoc Kościołowi lokalnemu oraz różnorodność grup modlitewnych w naszej domowej kaplicy, jak zaobserwowałem, nie wynika tylko z konieczności.
Rozwój i popularność naszego domu oraz pozytywny odbiór pallotyńskich inicjatyw na ziemi koreańskiej oraz nowe powołania są wynikiem solidnej pracy (nad językiem i kulturą), a przede wszystkim twardych kolan, czystych sumień i dobrego odczytywania pallotyńskiego charyzmatu we wspólnocie.

Już dzisiaj mogę być spokojny, że choć trudności przyjdą (2 czerwca zaczynam naukę języka koreańskiego), to wspólnotowe modlitwy trzy razy dziennie, Msza Święta z Jutrznią, godzina adoracji i regularna spowiedź będą moim orężem w walce ze złem.

Czas mija bardzo prędko, dni zdają się być krótkie, pomimo że zasadniczo wstaję o 5.30. Poznałem już kościół parafialny i dom Sióstr Miłosierdzia Matki Teresy z Kalkuty, najbliższy supermarket i swój Uniwersytet Sogang (a dzięki temu również tajniki jazdy autobusami i metrem, w które wprowadził mnie, nieocenioną pomoc świadczący w naszej małej wspólnocie, brat Andrzej Baranowski SAC), poznałem kuchnię naszej wspaniałej kucharki – Klary i koreańską kopię Disneylandu.

Zachwyca mnie mój Bóg…w swym nieskończonym zaskakiwaniu. Zaskoczył mnie na lotnisku, zaskoczył mnie, gdy zobaczyłem zielone koreańskie wzgórza, pośród których ulokowane są osiedla – tak delikatnie, by nie popsuć dzieła Stwórcy, zaskoczyło mnie położenie naszego domu przy pięknym wielkim parku z jeziorem i Bungi jumping’iem, zaskakuje mnie każdego dnia w domowej kaplicy, gdy od 6.00 przewijają się wierni by pobyć z Miłosiernym…

Jezu Miłosierny – proszę Ciebie – zaskocz mnie swoim mieszkaniem w niebie…

Fr Jaro – ks. Jarosław Kamieński SAC, misjonarz w Korei Południowej
Zdjęcia ks. Jarosława

Dziękujemy ks. Jarkowi. Wspierajmy Go naszą modlitwą w posłudze misyjnej w Korei. Życzymy wielu Bożych łask podczas kolejnego etapu przygody z Panem Jezusem.

 
SMS misje