Strona główna
To musi być prawda! Drukuj Poleć znajomemu

Rozmowa z ks. Jackiem Gancarkiem, Dyrektorem Diecezjalnym Papieskich Dzieł Misyjnych Archidiecezji Częstochowskiej oraz Delegatem Arcybiskupa ds. Misji

R. – Jest Ksiądz dyrektorem Papieskich Dzieł Misyjnych w Archidiecezji Częstochowskiej, ale ma też za sobą pewne doświadczenie pracy misyjnej w Peru.

K. – Wprawdzie mój pobyt w charakterze misjonarza w Peru był bardzo krótki, bo zaledwie kilkutygodniowy, i trudno mówić o jakimś doświadczeniu misyjnym. Lepiej mówić o mojej przygodzie misyjnej. W tym czasie przebywałem wśród misjonarzy z diecezji tarnowskiej, najpierw poznając ich pracę, a potem w miarę możliwości i potrzeb włączając się w nią. Było to niezwykle cenne doświadczenie. Miałem też możliwość poznać wiele ciekawych miejsc w Peru, nie tylko tych turystycznych, jak Cuzco, Machu Picchu, Titicaca, Nazca, Wyspa Parakaz. Wiadomo jednak, że misje to nie turystyka, ale sprawa wiary i miłości w głoszeniu Dobrej Nowiny innym ludziom.

R. – Gdzie Ksiądz pracował?

K. – Trudno mówić o tak krótkim czasie mojego pobytu jako o pracy, ale odwiedziłem i zobaczyłem pracę misyjną na obrzeżach stolicy Peru, Limy. Obecnie jest to jedna z większych parafii. Mieści ona również niezwykłą parafię – misję, która powstała w ciągu 2 lat na wysypisku śmieci. W ciągu tego czasu ok. 50 tysięcy głodujących ludzi zeszło z gór otaczających stolicę i osiadło na wysypisku śmieci.

R. – Czy to było czynne wysypisko?

K. – Tak, kilka razy dziennie przyjeżdżały wywrotki ze śmieciami ze stolicy. Ludzi tam mieszkających ...

...można podzielić na 2 kategorie: takich, co mieli troszkę grosza i mogli sobie wykupić od bogatszego człowieka kawałek ziemi, by czuć się „jak u siebie”, i takich, którzy nie mają dosłownie nic.
Te kawałki ziemi wykupione przez „bogatszych” to 4x4 m lub 4x8 m, które otaczali matami (zamożniejsi spośród nich budowali wysoki mur). Przegradzali te kawałeczki na połowę – w jednej części spali ludzie, w drugiej zwierzęta, przeważnie świnie. Żywili się tym, co znajdowali na wysypisku. Co się nadawało – zjadali sami, a co nie – zjadały świnie.

Natomiast ta część ludzi prawdziwie bezdomnych, którzy nie mieli nic, spała na tym wysypisku śmieci. Wbijali 4 kołki, zakładali jakieś folie, worki, żeby to ich chroniło przed deszczem. Czasami na noc zakładali też folię na siebie, bo temperatura znacznie spadała i powstawała wilgoć. Oni dosłownie mieszkali na wysypisku i utrzymywali się z tego, co tu znaleźli. W tej części parafii odór jest niesamowity, czasami trudno wytrzymać.

R. – Może ksiądz opowiedzieć coś więcej o Peru, znanym nam przede wszystkim jako kraj Inków?

K.
– Pod względem geograficznym Peru jest bardzo zróżnicowane. Można jednego dnia być nad Pacyfikiem, kąpać się w oceanie, a za kilka godzin na wysokości prawie 5000 m n.p.m., w pięknych Andach. Różnorodność geograficzna kraju wpływa znacznie na zróżnicowanie pod względem ekonomicznym. W Andach wydobywa się rudy żelaza, są kopalnie metali kolorowych. Twórcą kolejki górskiej, którą zwozi się minerały z kopalń jest Polak, pan Ernest Malinowski. O kolejce tej można powiedzieć, że należy do cudów świata, bo tak jest zawieszona, poprowadzona po górach i dolinach. Drugim bardzo znanym w Peru Polakiem jest ojciec Szeliga, ten od vilcacory. Stworzył instytut leczenia raka vilcacorą.

R. – Jaka jest stolica kraju?

K. - Sama stolica kraju, Lima, niczym nie różni się od naszych europejskich miast: bogactwo, przepych i tylko taki jeden „mankament”: dzieci ulicy – grupy kilku, kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu dzieci śmierdzących, obdartych, brudnych, czasem w strupach żebrzących o jedzenie. Generalnie nie można im pomóc.
Z naszej nieznajomości realiów lokalnych wyniknęła taka „przygoda”: wysiedliśmy z samolotu i idąc do samochodu chcieliśmy z kolegą poczęstować te dzieci słodyczami czy w ogóle żywnością, którą mieliśmy ze sobą. Daliśmy tylko trochę i ku naszemu zdziwieniu misjonarz, który nas odbierał z lotniska, skrzyczał nas za to. Szybko się przekonaliśmy, że miał rację. Już w naszym kierunku pędziła gromada GŁODNYCH dzieci. Z
darzały się takie sytuacje, że WYGŁODNIAŁE, SPRAGNIONE DZIECI ULICY potrafiły człowieka dającego rozszarpać, zamęczyć go. Można tym dzieciom pomóc w formie zorganizowanej: gdzieś przy misji, pod kontrolą.
Jeżeli ludzie chcą sami pomagać, wyrzucają jedzenie przez okno samochodu, żeby uniknąć zagrożenia życia. W stolicy dzieci chodzą do szkoły i na różne zajęcia. Są banki, restauracje, ludzie pracują. W samej stolicy nie ma generalnie bezrobocia. Są tylko te dzieci ulicy.

 R. – Mówił Ksiądz, że Lima jest bogata. Skąd się w takim razie biorą dzieci ulicy?

K. – Dzieci uciekają z różnych części kraju i idą do wielkich miast, żeby przeżyć. Bieda jest tak przeogromna, że nie są w stanie przeżyć w małych miejscowościach. Szansą – tylko na przeżycie – dla nich są jedynie duże aglomeracje miejskie. Chodzą właśnie po wysypiskach, bo tam zawsze znajdą coś do jedzenia. Dzieci ulicy to również dzieci, które uciekają do wielkich miast, bo nie chcą być zmuszane do ciężkiej pracy, wykorzystywane seksualnie. Bywają wśród nich i takie, które zostały sprzedane przez swoich rodziców dla utrzymania reszty rodziny. Uciekają przed niewolnictwem. Różne są powody ich ucieczek do wielkich miast. O ile w stolicy dzieci obejmuje obowiązek szkolny, to w całym Peru ok. 50% dzieci nie chodzi do szkoły, nie umie czytać ani pisać.

R. – Nie są to zapewne jedyne problemy Peru?

K. – Problemem Peru jest też brak misjonarzy. Po odkryciu Ameryki przez Kolumba i później przyjechało wielu misjonarzy, by ewangelizować Amerykę. Prawie 90% to są chrześcijanie, z tego większa część to katolicy ochrzczeni. Można o nich powiedzieć, że są katolikami z chrztu, ale nie z praktykowania czy życia wiarą. Największym problemem jest brak misjonarzy, no bo jeśli Peruwiańczycy są katolikami, to powinna być wśród nich prowadzona systematyczna praca duszpasterska, praca misyjna.

Przeważnie jest tak, że poza Limą jeden misjonarz ma po kilka, kilkanaście, nawet kilkadziesiąt parafii i stacji misyjnych. Zdarzają się i takie przypadki, że na jednego misjonarza przypada 40, a nawet 50 stacji misyjnych. Wtedy misjonarz odwiedza daną wioskę raz na 5 lat. Odprawia Mszę Świętą, prowadzi przygotowanie do sakramentu bierzmowania, małżeństwa, udziela chrztów, ślubów, prowadzi katechezę i po kilku dniach wyrusza dalej.

W Peru pracuje spora grupa polskich misjonarzy: ok. 20 misjonarzy Fidei Donum (najwięcej z diecezji tarnowskiej), a także kilku zakonników, siostry zakonne i osoby świeckie. Misjonarze bardzo wiele zrobili w tych miejscach kraju, gdzie pracują, przede wszystkim w Limie, Pampas, ale także w Huancayo czy Ciurcampie. Kilka parafii, misji, które zakładali oddali na rzecz księży miejscowych. Każde miejsce pracy misyjnej jest charakterystyczne.

Miałem nie tylko możliwość przyjrzenia się pracy misyjnej w różnych miejscach, ale też wyruszaliśmy z misjonarzem do wioski misyjnej. Praca polegała na wstępnych katechezach, przygotowaniu do sakramentów, udzieleniu chrztu, bierzmowania, sakramentu małżeństwa w tej wiosce ludziom, którzy tego chcieli.

Wiadomość o przybyciu misjonarza przekazuje się przeważnie na targach, gdzie schodzą się ludzie z wiosek, żeby wiedzieli, że przybędzie misjonarz, np. za miesiąc, aby się przygotowali. Do wielu miejsc da się dojechać samochodem, ale w wielu przypadkach można było dotrzeć tylko na mule lub osiołku, a wielokrotnie trzeba wędrować piechotą. Warto jednak podejmować ten trud.

Bardzo bogata jest praca tych ludzi, bo wielka jest religijność Indian. Mają ogromną łatwość przeżywania religijnego wszystkich wydarzeń.

Brak misjonarzy, brak systematycznej pracy powoduje, że prawie w każdej wiosce istnieją 2-3 sekty, które wykorzystują religijność tych ludzi. Są obecne stale i nieustannie „bombardują” Indian, co sprawia, że wielu wstępuje do nich.

R. – Co jest ważne w pracy misyjnej?

K. Zasadniczym elementem w pracy misyjnej jest przebywanie z tymi ludźmi, świadectwo wobec nich, ale też i systematyczna praca ewangelizacyjna, duszpasterska zarówno z dziećmi, młodzieżą, jak i dorosłymi.

R. – Czy uwagę Księdza zwróciły jakieś współczesne zwyczaje Indian?

K. – W Peru, jak i zresztą w większości krajów Ameryki Łacińskiej, Indianie świętują przez tak zwane lokalne fiesty. Peruwiańczycy są takim narodem, który lubi bawić się, tańczyć i bardzo często organizuje fiesty. Indianie mają to w naturze. Toteż misjonarze starają się wykorzystywać te święta, by rozpoczynały się Eucharystią, żeby był tam obecny pierwiastek religijny, ewangelizacyjny.
Czasami jest tak, że bawią się przez kilka godzin, że potrafią wiele wypić, przeznaczając swoje oszczędności na alkohol, a potem przez wiele dni chodzą głodni. Potrafią wszystko stracić w ciągu jednego dnia. Taka jest ich mentalność.

R. – Czym poza tym różni się ich mentalność od naszej, europejskiej?

K. - Ich podejście do pracy to maniana – jutro. Nam, Europejczykom, trudno przyzwyczaić się do tego, że oni się wszędzie spóźniają. Pamiętam taką sytuację, kiedy misjonarz prosił, żeby trochę opóźnić Mszę św. Dla nas to znaczyło 15 minut, a dla nich godzinę lub nawet dwie.

Jak skończyłem odprawiać Mszę św., to oni się schodzili i pytali: Padre, a kiedy będzie ta Msza Święta z godziny 10.00? Kiedy odpowiadałem, że już była, mówili: O, to dzisiaj wcześnie.
Mają swoje poczucie czasu, które Europejczyków bardzo denerwuje, ale można się do tego przyzwyczaić. Będąc tam, można nauczyć się cierpliwości. Trzeba było na nich ciągle czekać, chociaż się umówili, godzinę, czasem dzień… aż im się przypomni.

Ludzie, którzy już przynależą do Kościoła angażują się i żyją wiarą, co czyni pracę misjonarzy bardzo wdzięczną mimo licznych trudności.

R. – Czy mentalność Indian peruwiańskich utrudnia pracę misjonarzy?

K. – Z jednej strony tak, bo jest inna kultura, zwyczaje i różnego rodzaju ich przyzwyczajenia do wygodnego, a bardziej do beztroskiego, życia i nie zawsze im się chce cokolwiek zmienić. Czasami nie wiedzą jak, a czasem po prostu nie chcą żadnych zmian. Z drugiej zaś strony ich religijność jest czasem zaskakująca i wtedy można z nimi wiele zdziałać. Jeżeli misjonarze chcieli cokolwiek zrobić, to musieli uszanować ich zwyczaje i mentalność.

Jak już wspomniałem, wykorzystywana jest ich zdolność, zamiłowanie do tańczenia, do różnych pokazów, co przeważnie staje się zaczynem do pracy z daną grupą, wioską. W większości parafii istniały grupy, które tańczyły na różne okazje. Misjonarze starali się ich ewangelizować, przyciągnąć do Kościoła, by móc też przez nich przyciągać innych do Chrystusa.

Na obrzeżach Limy był dom dla bezdomnych dzieci. Tam ks. Paweł założył peruwiańską Arkę Noego. Część piosenek śpiewali po polsku, część była przetłumaczona na hiszpański. Otrzymali nawet koncesję od naszej Arki Noego, na śpiewanie wszystkich piosenek Arki Noego w oryginale i w języku hiszpańskim. Zespół istnieje do dzisiaj. Na zaproszenie Papieskiego Dzieła Misyjnego Dzieci był w Polsce i śpiewał w czasie Krajowego Kongresu Misyjnego na Jasnej Górze.

R. – Czy w Peru ludzie świeccy pomagają księżom pod ich nieobecność, np. jako katechiści?

K. – To właśnie wielka praca misjonarzy, by przygotować ludzi, którzy w imieniu księdza mogliby podjąć się przygotowania innych do sakramentów czy prowadzić liturgię słowa. Stworzenie takiego zaplecza to troska większości misjonarzy. Kiedyś, po zakończeniu liturgii, jeden z uczestników spotkania podszedł do mnie i powiedział: Ojcze, ja wierzę, że to, o czym Ojciec mówi, jest prawdą.
Spytałem: A po czym tak sądzisz? Oczywiście, że nie ma cienia wątpliwości, że to są słowa Boga.
On na to: No tak, ale oprócz tego wszystkiego dla mnie jest to takie namacalne.
Zapytałem: Na czym to polega?
Odpowiedź brzmiała: No na tym, że ksiądz jest już kolejnym misjonarzem u nas, którego ja pamiętam i wszyscy, obojętne czy był to Portugalczyk, czy Hiszpan, czy Irlandczyk, czy Polak, ciągle mówicie o tych samych rzeczach, głosicie te same prawdy. A przecież wy się wcześniej nie znaliście. Całkowicie w innym czasie głosiliście niezmiennie te same prawdy. I dlatego ja sądzę, że to musi być prawda.
Spytałem ze zdziwieniem: Skąd takie doświadczenie?
Usłyszałem: Wystarczy spojrzeć na świat polityków, co który przyjdzie, to głosi inną prawdę, chociaż mówi, że kontynuuje dzieło swojego poprzednika. Obalają dzieło poprzednika, ustanawiają nowe prawa i ustawy. Natomiast my widzimy, że w Kościele jest jedno słowo i ono jest niezmienne, nawet wtedy, gdy misjonarze się zmieniają.

R. – Co, poza dziećmi ulicy, zrobiło na Księdzu szczególne wrażenie?

K. – Takim wydarzeniem, które mnie niesamowicie zaskoczyło, było spotkanie z ludźmi z wysypiska śmieci. Tam doskonale było widać, co to znaczy, że ludzie nie mają nic. Mocno w pamięci utkwiło mi też takie zdarzenie: Pojechaliśmy z kolegą samochodem misjonarza do jednej z kaplic w wiosce. Ludzie, a zwłaszcza dzieci, doskonale rozpoznają ten samochód i wychodzą na spotkanie.

W czasie drogi nasze krzyże misyjne obijały się, więc zdjąłem swój i położyłem na siedzeniu z tyłu. Widziałem, że dzieci biegną za nami, ale kiedy wysiadłem, jakby się rozproszyły. Zorientowałem się, że nie mam na szyi krzyża. Wróciłem, założyłem go i znowu pojawiły się dzieci. One rozpoznały samochód misjonarza, ale ponieważ mnie nie znały, nie wiedziały, kto nim przyjechał. Dopiero jak zobaczyły krzyż, nabrały pewności, że ten ktoś jest rzeczywiście misjonarzem.

Odczułem wtedy wielkie znaczenie krzyża i zrozumiałem, jak wielka jest moc krzyża w świecie chrześcijańskim. Te dzieci się nie bały, śmiało podbiegały. Wiedziały, że człowiek, który nosi krzyż jest ich przyjacielem i bez obaw mogą podejść i przywitać się. To jest niesamowite doświadczenie, że trzeba umieć żyć znakami, które Pan Bóg daje. Ale też pokazuje jak wielkie znaczenie ma krzyż.

R. – Dziękuję za rozmowę. Zachęcamy Czytelników do włączenia się w dzieła pomocy misjom.

Rozmawiała Jolanta Fidura

 
SMS misje