Strona g³ówna arrow Rok 2005 arrow Nr 31 (2/2005) arrow Id±c za g³osem Boga
Id±c za g³osem Boga Drukuj Poleæ znajomemu

Warto po tych 15 latach zapytaæ, co by³o na pocz±tku – czy to by³a chêæ przygody dla niektórych, czy mo¿e forma zaistnienia naszego zgromadzenia w innej czê¶ci ¶wiata, czy te¿ to by³a g³ównie wola Bo¿a?

A zaczê³o siê od tego, ¿e biskup Kalisz, maj±cy ju¿ w swojej diecezji kilku polskich ksiê¿y werbistów, szuka³ ksiê¿y, których w Papui Nowej Gwinei by³o zdecydowanie za ma³o. Przyjecha³ w latach 80. (1985) do Polski, by odwiedziæ rodziny pracuj±cych tu polskich misjonarzy. Pewnie wp³yn±³ te¿ na to fakt, i¿ jego rodzice pochodzili z Polski i po trosze czu³ siê Polakiem. Zna³ te¿ dosyæ dobrze jêzyk rodziców, aczkolwiek by³ to tylko jêzyk potoczny.

W Polsce zobaczy³, ¿e ksiê¿y jest wielu i zacz±³ szukaæ chêtnych do podjêcia pracy misyjnej w jego diecezji. Kto¶ zasugerowa³ mu, by pojecha³ do pallotynów, którzy s± w Warszawie przy Dworcu Wschodnim. No i pojecha³. Spotka³ siê z ówczesnym prowincja³em, od którego pewnie...

...uzyska³ obietnicê, i¿ je¶li kto¶ zg³osi siê, to pallotyni pomog±. Chyba w 1986 r. Prowincja³ i Sekretarz ds. Misji pojechali na rekonesans. Po powrocie odby³o siê w naszym seminarium spotkanie, na którym prowincja³ opowiada³ o potrzebach, o sytuacji
– nie tak do koñca rzeczywi¶cie, bo co mogli tam w ci±gu kilku dni do¶wiadczyæ i zobaczyæ. Akcentowa³ potrzebê pomocy.

Wtedy my z Marianem Wierzchowskim (byli¶my ju¿ chyba diakonami i wprawdzie Marian chcia³ jechaæ gdzie indziej, ale pod moj± namow± zmieni³ decyzjê) zg³osili¶my chêæ wyjazdu do PNG. Trochê popracowali¶my w Polsce i w koñcu, w lutym 1989 r., wyjechali¶my do Australii, gdzie uczyli¶my siê jêzyka. Zaaklimatyzowanie siê i pobyt stanowi³o spory szok (a co dopiero w Papui). Po niemal roku przyjechali Prowincja³ oraz Sekretarz ds. Misji i 30 stycznia 1990 r. polecieli¶my z Melbourne do Port Moresby – stolicy kraju, a stamt±d 1 lutego do Wewak.

Jak by³o od samego pocz±tku, to jedynie Pan Bóg wie. Naprawdê nie by³o ³atwo i chyba tylko dziêki temu, ¿e nie mieli¶my wyidealizowanych marzeñ, prze¿yli¶my mniej rozczarowañ. Rozpoczynali¶my pracê misyjn± zdani obaj na ³askê Boga, pod opiek± ksiê¿y pracuj±cych od wielu lat w tamtej diecezji. Zaczynali¶my z sum± 1700 kina, co nie wystarczy³oby na bilet powrotny nawet dla jednego, gdyby siê co¶ sta³o.

Przede wszystkim ka¿dy z nas musia³ znale¼æ swój sposób, ¿eby tam ¿yæ, a to w zetkniêciu z tamtejsz±, „tak ró¿n±”, kultur± nie by³o ³atwe. Zawsze zaskakiwa³o co¶ nowego. Jeszcze teraz, po 15 latach, mogê powiedzieæ, ¿e wci±¿ jest wiele rzeczy, sytuacji, które zaskakuj± i wobec których cz³owiek jest bezradny i bezsilny.

Umacniaj±c siê wzajemnie, z pomoc± Bo¿±, przebrnêli¶my 6 tygodni nauki jêzyka pidgin. Pó¼niej zostali¶my skierowani na tzw. wprowadzenie do ksiê¿y pracuj±cych na stacjach misyjnych od wielu lat. Ka¿dy z nas trafi³ gdzie indziej, ka¿demu towarzyszy³y inne do¶wiadczenia. Byli¶my z misjonarzami z innych krajów, mówi±cych innym jêzykiem, nie maj±c w³a¶ciwie kontaktu ze sob± przez 8 miesiêcy. Ale jako¶ Pan Bóg nami szczê¶liwie pokierowa³.

W listopadzie otrzymali¶my od biskupa Kalisza propozycjê, ¿eby przej±æ, jako pallotyni, jedn± parafiê w Wewak. A poniewa¿ by³a perspektywa, ¿e przyjd± nastêpni i dom parafialny móg³by staæ siê baz± dla pallotynów – propozycja zosta³a przyjêta. Znowu zderzyli¶my siê z lokaln± mentalno¶ci± – my, zgodnie z nasz± polska natur±, ucieszeni perspektyw± „w³asnego” dachu nad g³ow±, zabrali¶my siê od razu do pracy, ale ksi±dz, który przed nami obs³ugiwa³ tê parafiê pozostawi³ swoje rzeczy i kompletnie mu nie przeszkadza³o, i¿ le¿± tam ju¿ od kilku miesiêcy. Wielokrotnie prosili¶my, ¿eby zabra³ to, co jego, bo w tym pomieszczeniu chcieli¶my zrobiæ kaplicê (jako pierwsze pomieszczenie w domu). W koñcu spakowali¶my wszystko i powiadomili¶my go o tym – no i zaczê³a siê wielka awantura, bo jak to, oni przyjechali i wyrzucaj± kogo¶ (pomijam ju¿ fakt, ¿e jego nowe miejsce pobytu, gdzie przeniós³ siê – niestety bez sporej czê¶ci swoich rzeczy – przed naszym przyjazdem, by³o w odleg³o¶ci kilku kilometrów). Nie by³o wa¿ne, ¿e æwiczy³ nasz± cierpliwo¶æ przez kilka miesiêcy.

I zaczêli¶my. Ks. Marian zosta³ proboszczem, ja mu pomaga³em. Próbowa³em te¿ pracowaæ z m³odymi ch³opakami, my¶l±c o przysz³ych powo³aniach. Jednak¿e motywacja ze strony ch³opaków, poznanie ich mentalno¶ci oraz ocena sytuacji zmusi³y nas do rezygnacji z tych planów. Nie byli¶my te¿ przygotowani od strony materialnej. Prze³o¿eni, podczas pierwszej wizytacji, zgodzili siê z nami. Jako jedyny cel naszej pracy przyjêli¶my pomoc pallotynów polskich lokalnemu Ko¶cio³owi, biskupowi tej diecezji, na miarê swoich mo¿liwo¶ci.

Pracuj±cy w PNG polscy werbi¶ci udzielili nam cennej wskazówki – chc±c tu byæ misjonarzem, trzeba zdobyæ 3 zasadnicze cechy: pierwsza – cierpliwo¶æ; druga – cierpliwo¶æ; trzecia – cierpliwo¶æ. I to prawda. Przy tym musieli¶my siê wyzbyæ lêku o siebie. W Wewak by³o du¿o napadów i jak kto¶ puka³ o 2-3 w nocy, nie by³o wiadomo, czy czego¶ potrzebowa³, czy to rabu¶. Ba³em siê te¿, ¿e skradn± mi takie maleñkie radio tranzystorowe, które dosta³em przed wyjazdem z Australii od pewnej polskiej rodziny. Niewiele mia³em oprócz tego, ale ci±gle chodzi³em podejrzliwy, zalêkniony, spiêty. Kilka miesiêcy trwa³o, nim wyzby³em siê lêku o to, co mam, a nawet strachu o w³asne ¿ycie. Teraz uwa¿am, ¿e Pan Bóg uczy³ nas przez niektóre fakty, jak staæ siê wolnym, ¿eby tu ¿yæ i pracowaæ. My¶lê, ¿e ka¿dy z misjonarzy musi przej¶æ tak± wewnêtrzn± metanoiê, by siê odnale¼æ w misyjnej rzeczywisto¶ci. Trzeba by³o tak¿e, w walce z samym sob±, zmieniæ polski styl ¿ycia, nawet jako ksiêdza czy zakonnika, i znale¼æ odpowiedni modus vivendi.
Kosztowa³o to du¿o nerwów, bo ci±gle towarzyszy³y wyrzuty sumienia, ¿e co¶ powinno byæ zrobione tak, ale nie wychodzi; jak to zrobiæ dobrze, a jednocze¶nie zgodnie z zasadami duchowo¶ci czy zasadami pracy ksiêdza. Nie by³o to ³atwe – przestaæ patrzeæ na ¿ycie tu polskimi kategoriami ¿ycia duchowego, przemieniæ siê zgodnie z wol± Bo¿±, zgodnie z Jego prawem. Wszystkim tym przemianom towarzyszy³ niepokój sumienia.

Niektórzy ksiê¿a chcieli nam pomóc, prowadz±c niemal za r±czkê, by¶my stali siê ich wiernymi na¶ladowcami. Na szczê¶cie, z Bo¿± pomoc±, szybko dojrzeli¶my do ¿ycia misyjnego i mogli¶my podj±æ samodzieln± pracê.

Po roku do³±czy³ do nas ks. Andrzej Ko¼miñski, te¿ po nauce w Australii. Poniewa¿ by³oby nas 3 w jednym miejscu, a wokó³ by³o wiele stacji bez ksiê¿y, wspólnie z prze³o¿onymi postanowili¶my przyj±æ stacjê nad Sepikiem, w Marui. Pamiêtam doskonale, jak jecha³em tam w ¦rodê Popielcow±, rozklekotanym Suzuki. Zapakowa³em to, co wydawa³o mi siê niezbêdne do samodzielnego ¿ycia i wyposa¿ony w instrukcjê biskupa: „Jed¼ tam, jed¼, jed¼, a potem ci ludzie powiedz±, gdzie jest stacja”. I jecha³em, ok. 170 km. Po drodze zatrzyma³em siê na stacji werbistów – Polaków, gdzie by³ na wprowadzeniu ks. Piotr Czerwonka, a potem jecha³em dalej, a¿ w koñcu zatrzyma³em siê w maleñkiej osadzie przy drodze, która, jak siê okaza³o, le¿a³a ju¿ na terenie przynale¿±cym do „mojej” stacji. Przejecha³em jeszcze kilkana¶cie kilometrów i wieczorem by³em na miejscu. Mia³ tam byæ lokalny diakon, ale jeszcze nie wróci³ z patrolu. Drzwi by³y pozamykane. Ju¿ szykowano mi siatkê (moskitierê) w jakiej¶ cha³upie, bym tam przenocowa³, kiedy wróci³ diakon. Przeszli¶my wiêc do domu i tak rozpoczê³a siê praca nad Sepikiem – do obs³ugi by³y 4 parafie. Mniej wiêcej po roku do³±czy³ do mnie ks. Piotr. Podzielili¶my pracê tak, ¿e ja obs³ugiwa³em „to, co na wodzie”, czyli parafie Marui i Kapaimari, a ks. Piotr „to, co na l±dzie”, czyli Burui i Turembi. Mniej wiêcej w tym samym czasie ks. Andrzej przej±³ stacjê Turinghi (wcze¶niej przez wiele lat by³ tam ¶wiecki diakon lokalny, ale z rodzin±).

Byli¶my ju¿ wiêc w 3 miejscach. My¶leli¶my, ¿e przyda³by siê jeszcze kto¶ do Boram, bo tam do obs³ugi s± hektary. Papuaskie parafie s± du¿e – to dla kap³ana wiele kilometrów do przej¶cia czy przejechania.
Do³±czy³ do nas ks. Jurek Suszko, nastêpnie ks. Darek Wo¼niak i ks. Jasiu Ryka³a oraz ks. Jacek Bilik. Wyjecha³ do Australii ks. Marian Wierzchowski, a kilka lat pó¼niej opu¶ci³ nas ks. Andrzej Ko¼miñski.
Poniewa¿ na Sepiku klimat dla Europejczyków jest do¶æ zabójczy, pomy¶leli¶my, ¿e dobrze by³oby, gdyby¶my mieli stacjê w górach, bo wtedy ka¿dy z nas bêdzie móg³ na trochê zmieniæ klimat na zdrowszy.
Pracowali tu: ks. Jan Ryka³a i ks. Jurek Suszko, a po jego wyje¼dzie ks. Jacek Bilik. Nie by³a to jednak zbyt fortunna decyzja, m.in. dlatego, ¿e byli¶my rozbici: tam 2, tu 3 czy 4. Utrudniona by³a komunikacja. Tote¿ jak wygas³ kontrakt, Jasiu Ryka³a zgasi³ ¶wiat³o w Neragaymie i wszyscy znale¼lismy siê w diecezji Wewak.
W 2002 r. do³±czy³ do nas brat Janusz Namy¶lak, a rok pó¼niej ks. Pawe³ Kotecki. Gdyby wszyscy pozostali, trochê tej diecezji objêliby¶my swoj± prac±. Obecnie ks. Piotr obs³uguje Ulupu, ks. Jacek – Romê i Warabung, Ks. Darek – Kairiru, Muszu i 9 innych wysepek, przynale¿±cych do tego terenu, ks. Pawe³ i br. Janusz parafiê w Boram, a mnie pozosta³o Turinghi.

Je¿eli chcieliby¶my otrzymaæ rzetelny obraz tych 15 lat pallotyñskiej pracy misyjnej w PNG, musia³by siê wypowiedzieæ ka¿dy z nas, bo ka¿dy musia³ siê tu odnale¼æ, ka¿dy ma inny charakter, inne do¶wiadczenia. By tu ¿yæ i robiæ coÊ dobrego, ka¿dy musia³ znale¼æ w³asne formy pracy i radzenia sobie z trudno¶ciami.
Jako pallotyni z Polski tam, gdzie pracowali¶my i pracujemy jeste¶my akceptowani. To co robimy jest tym, co powinni¶my robiæ, id±c za g³osem powo³ania misyjnego, a wiêc chyba jest tym, co Pan Bóg, chce by¶my robili, a nie postêpowaniem po to, by siê spodobaæ ludziom. Nie brak trudno¶ci, nawet wyp³ywaj±cych z nas. Ale ludzie mile nas wspominaj± jako pasterzy i to w³a¶nie daje nam najwiêksz± satysfakcjê. Pracujemy na miarê swoich mo¿liwo¶ci czy zasobów si³ i chyba dlatego jeste¶my do¶æ dobrze odbierani przez ludzi. W ostatnich latach jeste¶my nawet zauwa¿ani przez innych ksiê¿y w diecezji, którzy postrzegaj± nas jako tych, którym jeszcze chce siê co¶ „oryginalnego” robiæ, tzn. pewne akcje, pewne prace pastoralne staramy siê robiæ we wspó³pracy z lud¼mi, z po¿ytkiem dla nich, dla ich ¿ycia wewnêtrznego, duchowego.

Nawi±zuj±c do postawionego na pocz±tku pytania
– robimy, na ile potrafimy, to czego Pan Bóg od nas oczekiwa³. My¶lê, ¿e ka¿dy z nas ma poczucie dobrze wype³nianego obowi±zku, ¿e ka¿demu z nas towarzysz± takie znaki, z których widaæ, ¿e to co robimy, to jest wola Pana Boga. Bo chocia¿ niejednokrotnie „podpieramy siê nosami”, to jednak odczuwamy satysfakcjê, kiedy w zachowaniach ludzi mo¿na zauwa¿yæ, ¿e co¶ dobrego po nas pozostaje.

To jest kraj, gdzie wszystko mo¿e siê zdarzyæ niespodziewanie. Nowy biskup, pracuj±cy tu od 30 lat stwierdzi³, obejmuj±c diecezjê, ¿e byæ mo¿e za 5-6 lat nie bêdzie potrzebowa³ misjonarzy, bo bêdzie mia³ swoich ksiê¿y. Po dwóch latach widaæ, ¿e jeszcze daleko do realizacji jego zamierzeñ i nie wiadomo, czy nie poprosi, by przys³aæ wiêcej ksiê¿y. Ale je¶li uzna, ¿e ma do¶æ swoich ksiê¿y, w ka¿dej chwili mo¿emy powiedzieæ z czystym sercem: dziêkujemy; dobrze, ¿e razem pracowali¶my – niech bêdzie chwa³a Panu Bogu, i wyjechaæ. Ale mam przeczucie, ¿e jeszcze d³ugo bêdziemy potrzebni temu Ko¶cio³owi. A w swojej pracy, niezale¿nie od okoliczno¶ci, kontynuujemy to, co zaczêli¶my przed 15 laty.

Ks. Krzysztof Morka SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei
Zdjêcia: ks. Adam Golec SAC, br. Janusz Namy¶lak SAC, ks. Dariusz Wo¼niak SAC, archiwum