Strona główna
Rozmowa z ks. Jackiem Wójcikiem SAC, misjonarzem w Brazylii Drukuj Poleć znajomemu

R. – Proszę krótko scharakteryzować swój szlak misyjny.

K. – Rozpoczął się szczególnym wydarzeniem. Pochodzę z Pelplina i właśnie tam 6 czerwca 1999 r., w niedzielę, Ojciec Święty Jan Paweł II odprawił Mszę św., a potem odmówił Anioł Pański, transmitowane na cały świat. Uczestniczyłem w tej Mszy, a dwa dni po tym wielkim przeżyciu, 8 czerwca 1999 r., wsiadłem do samolotu i poleciałem do Brazylii.

Pierwszym miejscem mojej pracy była parafia p.w. św. Benedykta w Itaperunie, 350 km od Rio de Janeiro, wówczas proboszczem tam był ks. Tadeusz Domański. Później ks. Tadeusza zastąpił ks. Kazimierz Pac. Byłem odpowiedzialny za tzw. parafię objazdową, czyli 35 małych kościółków w okolicy. Praktycznie każdego dnia dojeżdżało się do innej wspólnoty. A tam: Msze św., spotkania z ludźmi, katechezy, posługi sakramentalne, a w niektórych miejscach także sprawy budowlane.

W końcu 2000 r. zostałem skierowany do parafii Itaipu. Jeszcze przejście w nowe tysiąclecie razem ze współbraćmi i rzeszą ponad 4 czy 5 mln ludzi przeżywałem w Rio, na Copacabanie, a następnego dnia byłem już w parafii św. Sebastiana w Itaipu, gdzie proboszczem był ks. Jan Stawicki, nasz obecny superior. Parafia bardzo duża, inna sytuacja ekonomiczna i edukacyjna ludzi, inne, wyższe wymagania. Każdy z nas miał swoje regiony pastoralne oraz odpowiadał za określony rodzaj działalności parafialnej. W moim wypadku była to praca z ministrantami i młodszą młodzieżą.

Po 5 latach, w dzień Trzech Króli 2006 r., zostałem skierowany do parafii Matki Bożej Żeglarzy w Rio de Janeiro, na favelach kompleksu Mare. Jestem tu już ponad 2 lata.
Praca jest inna niż w poznanych wcześniej regionach, trudniejsza. Oprócz tego, że ludzie są zupełnie inni, mają wiele kłopotów prywatnych, rodzinnych, są ubodzy w sensie materialnym, a także pod względem przygotowania do życia. Jest również wiele problemów w pracy...

...parafialnej, także gospodarczych i ekonomicznych.

R. – Jaka jest favela, na której znajduje się parafia Księdza?

K. – Parafia Matki Bożej Żeglarzy jest starszą parafią. Została utworzona 1 stycznia 1945 r., czyli istnieje ponad 60 lat. Ludzie, którzy zamieszkują favelę Mare przybyli z północnej i północno-zachodniej Brazylii (nazywamy ich nordesi albo paraibas – od nazwy regionu skąd większość pochodzi). Przyjechali za pracą i musieli się gdzieś osiedlić.
Cały kompleks Mare liczy ok. 150 – 200 tys. ludzi, a nasza parafia – ponad 30 tys.

Parafia ta jest parafią-matką, z której 5-6 lat temu wyodrębnione zostały parafie p.w.: św. Józefa Robotnika, Jezusa z Nazaretu, św. Rocha i Królowej Pokoju.
Na terenie naszej parafii mamy, oprócz kościoła głównego, 3 kaplice: św. Apostoła Piotra, w centrum faveli – Matki Bożej Nieustającej Pomocy (obie na ok. 100 osób) oraz Matki Bożej z Aparecidy Królowej Brazylii, w miejscu skąd jest doskonały widok na inne favele.

Moja favela wydaje się lepsza, jeżeli chodzi o budynki. Położona jest wzdłuż głównej ulicy Rio, Avenida Brasil, która ma ponad 50 km długości, a z drugiej strony otacza ją linia a marelo, czyli tzw. droga żółta, która prowadzi na lotnisko.

R. – Czy Ksiądz jest sam w tej parafii?

K. – Z woli przełożonych jestem takim promotorem przygotowań do święceń kapłańskich, czyli zawsze jest u mnie diakon. Poprzednio szlify pobierał ks. Józef Zavorski, Brazylijczyk, który ma polskie korzenie, a obecnie dk. Gilmar, który pochodzi z Rio de Janeiro. Będzie wyświęcony 5 kwietnia br.

R. – Proszę opowiedzieć o swoich parafianach.

K. – Lud wierny w parafii to w większości ludzie o średniej wieku ponad 50 lat. W przeciwieństwie do faveli po drugiej stronie żółtej linii, tu jest więcej ludzi zbliżających się do emerytury. Wielu młodych albo mieszka na innej faveli, albo się wyprowadziło ze względu na bezpieczeństwo do innej dzielnicy.
Niewiele mieszkających tu osób ukończyło studia, ale nawet jeśli mają dobrą pracę (niektórzy pracują w bankach, są nauczycielami czy mają małe zakłady) i mogliby sobie kupić mieszkanie w spokojniejszym miejscu, to korzenie mają tak głęboko zapuszczone, że nie chcą stąd odejść – nawet pomimo niebezpieczeństw i codziennie przelatujących nad ich głowami samolotów. Są bardzo związani z pozostałą częścią rodziny, ze środowiskiem, w którym wzrastali.

Osobiście znam kilka takich osób, które trochę biedniej, ale spokojniej mogłyby żyć gdzie indziej, ale pozostają. Trzeba sobie uzmysłowić jeszcze jedno – na faveli ludzie nie ponoszą żadnych opłat, oprócz prądu. Spora część kradnie prąd.

R. – Favele są znane jako bardzo niebezpieczne miejsca.

K.
– Obraz faveli, pokazywany przez masmedia czy filmy (np. Miasto Boga) ukazuje przemoc, wykorzystywanie nieletnich, wciąganie ich w sprzedaż narkotyków. Jeżeli rodzice nie zainteresują się swoimi dziećmi, to są tacy, którzy ich zastąpią. Dziecko nie budzi tak wielkich podejrzeń i można nim manipulować, więc dostarcza narkotyki, którymi tu się handluje.

Favele są tak skonstruowane, że ludzie wchodzący na nie są od razu obserwowani. Każdy obcy, nieznany człowiek jest obserwowany. Jeżeli nie podoba się bandytom, którzy urzędują w danej części faveli często przypłaca to życiem. Bandyci uważają się za właścicieli tych miejsc.

Wracając do narkotyków – interesem tych, którzy nimi handlują jest, by zniewolić, uzależnić jak najwięcej osób, a poprzez to czerpać jak najwięcej korzyści. Bardzo często przy spowiedzi rodzice mówią, że nie wiedzą co robić, bo mają synów czy córki siedemnasto-osiemnasto- letnich, którzy już są uzależnieni. Jeśli brakuje im pieniędzy to pod nieobecność rodziców wynoszą z domu jakieś przedmioty, które za bezcen sprzedają, by mieć za co kupić narkotyki.

R. – A czy na Księdza faveli też mają miejsce pojedynki między gangami?

K. -Tu, na faveli Mare, są różnego rodzaju ugrupowania, tzw. faksy, które się zwalczają. Tuż przed karnawałem frakcja z sąsiedniej faveli weszła na tę, na której ja jestem. Cel takich eskapad to wygonić i zdominować wszystkich bandytów, którzy są „właścicielami” tej faveli. Wchodzą, okupują spory teren i przejmują większość pieniędzy z handlu narkotykami. Zginęło w tym czasie wiele osób i ponoć była w to wmieszana policja.
Podobno bandyci wynajęli od policji kuloodporny ambulans do przewozu pieniędzy z banku. Jeździli nim po faveli i strzelali do tutejszych bandytów. W ten sposób mogli poruszać się po faveli i zajmować coraz większy teren.

Dodatkową tragedią tych wszystkich wojen jest to, że najeźdźcy wchodzą do domów zwykłych ludzi – nie można nie otworzyć, nie wpuścić – goszczą się, stołują. Mieszkańcy nie mogą się opierać, bo łatwo stracić życie. To trwa zwykle tydzień, kilka dni.

Bandyci mają też stanowiska obserwacyjne na dachach domów. Teraz sytuacja się odmieniła. Bandyci w końcu odeszli, bo nie wytrzymali nacisku policji, która przybyła z innego stanu i w końcu zmusiła ich do odwrotu.

Drugim problemem są kradzieże samochodów. Kradną samochód w zamożniejszych dzielnicach, przyjeżdżają tutaj, wymontowują części, palą go. Tak wygląda życie codzienne. Gangi działają raczej w nocy, po zmroku. Codziennie są strzelaniny, codziennie ktoś ginie. Biją się między sobą, ale tutaj na Mare, bardzo rzadko giną ludzie niewinni.
Bo w Rio często się zdarza, że przy okazji konfrontacji między gangami giną przypadkowe osoby.

Właśnie niedawno wspominaliśmy śmierć niewinnego dzieciaka, którego mama nie zdążyła wyciągnąć z samochodu, kiedy bandyci chcieli go ukraść na sygnalizacji świetlnej. Starsza córka zdążyła uciec, a dziecko było przypięte z tyłu pasami. Gdy matka wyszła z samochodu po dziecko, bandyci szybko wsiedli i zaczęli odjeżdżać. Matka nie zdążyła odpiąć pasów, szarpnęła, ale bandyci zatrzasnęli drzwi. Chłopczyk, Helio, wisiał na pasach, a oni jeździli 7 km po Rio, wlokąc tego sześcio- czy siedmio- letniego chłopca za samochodem. Po 100 m już nie żył. Ludzie krzyczeli, wołali, prosili, ale oni nie słuchali.
Raz jeszcze pokazali, że nie mają serca. W ten sposób prezentowali nienawiść.

Taki sposób kradzieży jest tu bardzo częsty. W przeddzień Nowego Roku słynny lekarz, który jest odpowiedzialny za reprezentację Brazylii w piłce nożnej, jechał swoim samochodem z żoną na Copacabanę, by tam witać Nowy Rok. Zjeżdżał z góry widokowej, gdzie mieszkali. Na jednym z zakrętów czekali na niego bandyci – chcieli samochód. Normalna reakcja powinna być taka: wysiąść, oddać samochód i na tym by się skończyło. Ale on chciał uciec, klucząc – bandyci zaczęli strzelać. Postrzelili kilkakrotnie żonę i jego. Jeżeli przeżyje, będzie sparaliżowany.

Tutaj góruje przemoc, siła. Niedawno bandyci postrzelili pewnego księdza, który odprawiał Mszę św. w niedalekiej parafii.
W Rio we wszystkich miejscach są favele i wszędzie tam dochodzi do konfrontacji gangów. I właśnie ten ksiądz znalazł się na linii konfrontacji i został postrzelony w rękę.

Ale favela to nie tylko przemoc i narkotyki. Oprócz bandytów żyją tu Brazylijczycy weseli, pogodni i odpowiedzialni.

R. – Czy pracując w takim miejscu, w takiej sytuacji czuje się Ksiądz zagrożony?

K. – Myślę, że jeśli bym powiedział, że nie, to bardzo by to było nieprawdziwe, ponieważ kilka razy zdarzyło mi się mieć pistolet przyłożony do głowy. Zresztą przytrafiło się to i moim kolegom, polskim księżom, którzy przyjechali do mnie.
Pewnego dnia, po niedzielnej Mszy św., chcieliśmy pojechać, żeby zobaczyć Rio wieczorem. Było ok. 8.30. Ledwie wyjechaliśmy z parafii, a już na pierwszym zakręcie nas zatrzymali i przyłożyli pistolety do głowy. Dwóch młodych bandytów mnie rozpoznało. Jeden przepraszał, w rękę całował, prosił o błogosławieństwo, a drugi koszulkę ściągnął, na głowę założył i śmiał się: „Co ty robisz, wariacie? To ksiądz”.
Rozpoznają, bo ja dużo chodzę po faveli.

Kiedyś przyjechało kilku moich znajomych. Poszedłem z nimi do kaplicy Matki Bożej z Aparecidy, żeby im pokazać całą favelę, widok na Zatokę Guanabera, na lotnisko. Tam spotkaliśmy bandytów z pistoletami, bo to jest doskonały punkt obserwacyjny. Spokojnie stanęli z nami i prosili o błogosławieństwo, żeby mogli żyć i żeby Pan Bóg dał mi siłę zejść z tej drogi. Pomodliliśmy się razem.

W ubiegłym roku w naszych parafiach pallotyńskich modliliśmy się o pokój. W dzielnicy Mare były z tym związane mityngi i wieczorna Msza św. Wcześniej były ogólne przygotowania: katecheza dla wszystkich dzieci, muzyka, wspólny śpiew, wspólna zabawa, a w międzyczasie odbywała się spowiedź.
W pewnym momencie jakieś poruszenie, jakieś strzały z różnych miejsc – maszerowała potężna grupa bandytów w wieku od czternastu do dwudziestu kilku lat. Młodzi ludzie i już z pistoletami. Przechodzili obok nas, szli walczyć i w ogóle nie byli zainteresowani tym, co robimy.
To jest problem, którego nie można lekceważyć.

Wiele razy, zwłaszcza w Adwencie i Wielkim Poście, wracam ze spowiedzi w różnych parafiach naszego dekanatu. W ostatnim Adwencie zdarzyło się, że spowiedź przeciągnęła się do 11 w nocy. Wracałem do domu drogą, którą wielokrotnie przemierzałem i dobrze znałem.
Na faveli przemieszczanie się ma swoje prawa, o których nie wolno zapominać, np. jak jest ciemno, nie wolno jeździć samochodem z zapalonymi na zewnątrz światłami. Trzeba mieć pogaszone światła, ale zapaloną lampkę wewnątrz.
Zapomniałem o tym. Jechałem spokojnie, a w pewnym momencie gość na motorze śmignął koło mnie, zakręcił i kazał się zatrzymać. Za nim siedział drugi – czarny, wyglądający jak przysłowiowy diabeł. Wyciągnął metrową lufę, przyłożył. Mówię, że jestem księdzem i wracam ze spowiedzi.
Powiedział: „Księże, tu jest linia konfrontu (konfrontacji), tutaj tak nie można”.

Gdybym miał zapalone światło wewnątrz samochodu, pewnie by mnie rozpoznali. A najlepiej jak się ściemni, w ogóle nie chodzić do tych miejsc.
Ta potężna droga, miejsce, w którym walczą 2 lub 3 gangi to właśnie linia konfrontacyjna. Tu jest najbardziej niebezpiecznie.

R. – Może teraz coś o radośniejszej stronie pracy?

K. – Ogromną radością jest spotykanie i dzielenie radości ludzi, którzy wcześniej mieli problemy z dziećmi, a obecnie one się nawróciły czy porzuciły nałogi. Radością jest też to, że udało mi się zorganizować, wspólnie z osobami świeckimi, tzw. kolonie dla ponad setki dzieci, z mnóstwem ciekawych zajęć.

Był czas wakacji i większość dzieci nie wiedziała, co ma robić. Kolonie na pewno znajdą jakieś pozytywne odzwierciedlenie w życiu tych dzieci, może zaowocują większym zainteresowaniem Kościołem, udziałem w katechezie... Na pewno będą pamiętały, że był w ich życiu taki moment w czasie wakacji, kiedy ktoś się nimi zaopiekował, zainteresował. Nie wiadomo jak się potoczy ich życie, ale jeśli zejdą z drogi pozytywnej, może to wspomnienie da im siłę do powrotu.

R. – Zapewne w parafii jest grupa liderów świeckich.

K. – Tak jak we wszystkich parafiach. Tutaj bardzo ciężko wyłonić takich stuprocentowych liderów, w pełni odpowiedzialnych za swoją pracę. Myślę, że te trudności związane są z wykształceniem, z rodziną. Dużo z nich działa już od bardzo wielu lat i są bardzo zmęczeni, wyeksploatowani. Nie można ich odsunąć, bo zaraz czują się obrażeni, zaniepokojeni. Zresztą brakuje ludzi młodszych i takich, którzy by chcieli się dobrze przygotować.

Poważnym problemem tej parafii jest to, że bardzo dużo ludzi pracuje także w soboty i niedziele, a wtedy aktywne oddanie dla Kościoła jest niemożliwe. A jeśli znajdzie się ktoś chętny, to często nie ma czasu przygotować się na katechezę czy na spotkania grup. Pomimo zachęt, różnego rodzaju kursów i spotkań, trzeba dużo czasu, żeby to wszystko się odrodziło. Na spotkaniu wszyscy mówią, że rozumieją, ale jak przyjdzie do działania, to wiele razy jest przeciwnie.

Wiele osób, np. ci, co uczą się w szkole średniej, idzie rano do szkoły, a po południu pracuje (prawie 80%). Niektórzy uczą się w niedzielę na jakichś kursach podstawowych. Toteż ciężko znaleźć im czas dla Pana Boga, dla Kościoła. I to właśnie jest bolączką, bo jak się zwolnią z obowiązku bycia odpowiedzialnym chrześcijaninem, to później zaczynają ignorować sprawy wiary.
Wiele razy zdarza się nawet tak, że w tym „relaksizmie” przechodzą do innego kościoła, wystarczy, żeby – kiedy mają jakieś słabości, kłopoty – ktoś to zauważył i ich poklepał. Taka jest miejscowa mentalność.

Sekt czy kościołów w Brazylii jest bardzo dużo. Bardzo często bywa tak, że w rodzinie jedna strona jest katolicka, inna z innego kościoła i z tego powodu są problemy. To jest bardzo znaczące w wychowaniu dzieci.

W Brazylii coraz mniej ludzi żyje w związkach sakramentalnych. Bardzo dużo małżeństw się rozchodzi. W ubiegłym roku miałem w parafii tylko 10 ślubów. Ludzie są w Kościele katolickim, przychodzą na Mszę św. – pytam ich, czy chcą być narzeczonymi do końca życia. Mieszkają razem wiele lat, dzieci mają, mówią, że wierzą, a życie sakramentalne daleko.

R. – Czy jest coś szczególnego, czego wymaga od Księdza praca w tym właśnie miejscu?

K. – Tutaj mnie ludzie raczej rozpoznają. Potrzebne jest jakieś większe przygotowanie, żeby pomóc ludziom uzależnionym od narkotyków i od alkoholu, bo tam gdzie bieda, są właśnie te tragedie. Obok mojego domu są 2 budynki, jeden nazywam pogotowiem narkotykowym, a drugi pogotowiem AA – anonimowych alkoholików. Tam są grupy osób, które chcą wyjść z nałogu.

Grupa narkotyczna to grupa mieszana – pojawiają się w niej także kobiety. Grupa AA to grupa męska. Terapię mają codziennie, a co jakiś czas z żonami. W obu pogotowiach stosowana jest ta sama metoda: świadectwa ludzi, którzy doświadczyli radości uwolnienia. Codzienne spotkania trwają po 3-4 godziny. Przyjęcie do świadomości, że jest się uzależnionym daje szansę, że będzie się starać o uwolnienie od nałogu. Przychodzi tu bardzo dużo osób.

Grupa AA w tej parafii działa od 40 lat. Jest to pogotowie dla całego kompleksu Mare. Takie formy pomocy obu grupom uzależnionych są znane w całej Brazylii i praktykowane we wszystkich parafiach na favelach, jeśli tylko jest miejsce i ludzie, którzy są w stanie pokierować grupą. W ten sposób wiele osób zostało uwolnionych od nałogu.

R. – Czy są jeszcze jakieś inne formy pomocy dla parafian?

K. – Tak. Dla rodzin biednych tzw. pomoc charytatywna w zapewnieniu jedzenia. Odbywa się to na takich samych zasadach jak w innych parafiach, tyle tylko, że to, czym jeden człowiek może się z drugim podzielić jest o wiele mniejsze niż gdzie indziej.

Dzięki temu, że byłem w parafii Itaipu, gdzie poznałem ludzi, którzy pracują w dobrych zakładach, uzyskałem przez ich pośrednictwo pomoc z tych zakładów. Była np. na Boże Narodzenie jednorazowa pomoc z pewnej firmy, która chciała pozostać anonimowa. Przygotowano ponad 120 potężnych paczek żywnościowych, zabawki dla dzieci. Zaprosiłem przedstawicieli, by te paczki rozdawali.

Jak we wszystkich parafiach, działają grupy pastoralne, modlitewne, liturgiczne, prowadzone jest przygotowanie do sakramentów, katechezy.
Bardzo dobrze działa grupa recepcyjna – witająca i żegnająca przychodzących do Kościoła, która rozdaje foliety, tzn. gazetki z opisem całej Mszy św. Wydaje je archidiecezja Rio de Janeiro, by otrzymywali je wszyscy uczestniczący we Mszy Świętej.

R. – Co uważa Ksiądz za najważniejsze w swojej pracy?

K. – Najważniejsze dla mnie jest, żeby ludzie, którzy są w Kościele, każdego dnia byli bardziej szczęśliwi; by ich wiara była coraz głębsza, żeby byli coraz bardziej zakochani w Panu Bogu i chcieli swoją wiarę każdego dnia pogłębiać w łączności ze wspólnotą i uczestnictwie w życiu Kościoła. To taki istotny cel, który staram się realizować w moim życiu. Chciałbym, żeby ci, którzy są szczęśliwi, tę radość przekazywali innym, żeby zachęcali do przyjścia do Kościoła, żeby to była radość, szczęśliwość odpowiedzialna. Właśnie w ten sposób staram się ukierunkować ludzi, którzy przychodzą. Chrześcijanin to nie wyspa – to człowiek ochrzczony, który również ma za swoją rodzinę, za sąsiada, sąsiadkę odpowiadać. Jeśli wszyscy będziemy tak myśleli, będzie to możliwe do zrealizowania.

R. – Dziękuję za rozmowę. Życzymy, by Księdzu udało się zrealizować założone cele.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: archiwum ks. Jacka

 
SMS misje