|
Pozdrawiam bardzo serdecznie wszystkich Czytelników i zapraszam na krótką wyprawę do Afryki – do Tanzanii, a konkretnie do Siuyu, samego serca tego kraju.
Siuyu to wioska należąca do diecezji Singida, położona w samym środku Tanzanii, z dala od współczesnej cywilizacji. Mieszkając tutaj ma się wrażenie, jakby czas zatrzymał się, a my przenieślibyśmy się ok. 100 lat w przeszłość. Tutaj życie ma swój rytm, zwyczaje, obowiązki, określoną codzienność. Ma swój urok, ale i trudności.
Przez pierwszych kilka lat nie mieliśmy wody i musieliśmy ją dowozić w beczkach 8 km. Nie było prądu, więc żadne urządzenia współczesnej techniki nie były używane. I właśnie do poznania takiego codziennego życia w Siuyu zapraszam wszystkich tych, których to interesuje.
Tanzania to kraj kontrastów – podobnie jak wszędzie. To kraj bogactwa Dzieła Stwórczego. Kraina zachwytu nad Dziełami Boga Stwórcy. To tutaj jest najwyższy szczyt górski Afryki – Kilimandżaro, tu są najpiękniejsze parki krajobrazowe, do których ludzie z całego świata przyjeżdżają na safari i polowania. Ale to jednocześnie jeden z najuboższych krajów na świecie. A diecezja Singida to jeden z najuboższych rejonów tego kraju. Większość mieszkańców...
...żyje całkowicie uzależniona od przyrody. Jeśli spadnie wystarczająca ilość deszczu, to urośnie na małych poletkach trochę kukurydzy, fasoli, sorga, słodkich ziemniaków.
Wśród tak żyjących ludzi Siostry Pallotynki otworzyły swoją pierwszą misję w tym kraju. Środkowa część Tanzanii, gdzie, jak już wspomniałam, znajduje się diecezja Singida, to teren półpustynny. Ziemia nie rodzi wiele – IV i V kategoria, sam piasek. Pora deszczowa jest bardzo krótka. Nie zawsze ilość opadów wystarcza, aby kukurydza czy fasola dojrzały. Pamiętam doskonale wszystkie pasterki, bo w tę noc zwykle pada pierwszy ulewny deszcz. Jest to najczęściej Msza Święta bardzo uroczysta – dziękczynna, pełna nadziei i ufności związanej z błogosławieństwem Nowonarodzonego.
Życie ludzi Nyaturu, bo tak nazywa się grupa etniczna zamieszkująca ten teren, jest bardzo proste i bardzo surowe. Zdani są oni często na dary i błogosławieństwo niebios. Całkowicie żyją „tu i teraz” – często słyszy się zdanie „jeśli Bóg pozwoli”… będziemy mieli co jeść, spożyjemy posiłek, itp. Często zdarza się, że przed zbiorami rodziny nie jadają kilka dni, a gdy urodzaj jest niewystarczający – przez cały rok dni bez jedzenia jest wiele.
Obraz człowieka umierającego z głodu jest częścią naszego życia. A nasza bezradność wobec twardej rzeczywistości rozdziera serce. Do cierpienia nigdy nie można się przyzwyczaić lub uodpornić się na nie. Ono zawsze wywołuje w nas ból.
Kiedy w Europie, a szczególnie w Polsce, widzę jedzenie na śmietnikach, w koszach na śmieci, korytarzach szkół nie rozumiem, że mówi się, iż co 3. dziecko w Polsce żyje poniżej ubóstwa, a co 4. dziecko nie dojada. Ale to również rozdziera moje serce. Być może jest to skutek doświadczenia.
Gdy otwierałyśmy misję w Siuyu brak jedzenia też był częścią naszego życia. Pierwszy chleb upiekłyśmy dopiero po 2 latach. Minęło wiele lat od tego momentu, ale ja nadal mam smak tego chleba w ustach i czuję jego zapach. Towarzyszy mi wspomnienie tych chwil, kiedy uklękłam, ucałowałam chleb, popłynęły łzy i z wielkim pietyzmem spożywałam pierwszą kromkę.
Pragnieniem człowieka jest zawsze dążyć ku lepszemu, ku posiadaniu więcej. Ale kiedy mamy niewiele jest nam łatwiej się dzielić. Podobnie, mam wrażenie, dzieje się w Siuyu, choć oczywiście jest to zakorzenione w kulturze, zwyczajach. Nigdy nie wychodzimy z ich zagród z pustymi rękami. Czasami jest to bardzo trudne dla nas, gdy obdarowują nas jedną z niewielu kur, a nierzadko i ostatnią biegającą po zagrodzie. Oczywiście za kilka dni przyjdą i wówczas obdarowujemy ich w dwójnasób. Ale oni nie dają, dlatego, że oczekują rewanżu. Obdarowują, bo „tak trzeba”.
Nie sposób poznać dogłębnie kulturę, zwyczaje tych ludzi. Kiedyś na początku mojej pracy w Tanzanii, jeden z długoletnich misjonarzy powiedział: „Im dłużej mieszkasz tutaj, tym mniej wiesz. Nie próbuj ich zrozumieć, ale kochaj”. I to jest chyba tajemnica naszej pracy na misjach. Gdy kochamy nic nie jest trudne, choć wydaje się nieraz nawet niemożliwe. Ich inność tak naprawdę nie jest ani inna, ani dziwna.
W Tanzanii pracowałam w formacji. Zajmowałam się dziewczętami, które w przyszłości miały być siostrami (niektóre z nich już są). Uczyłam w szkole średniej religii, prowadziłam spotkania z grupą młodzieżową w naszej parafii. Z młodzieżą i postulantkami często jeździliśmy na stacje misyjne, których było 25 na terenie naszej parafii, w różnych odległościach. Msza Święta w tych najbardziej odległych była odprawiana tylko w porze suchej, raz na 2 miesiące. Najczęściej jeździliśmy z księdzem, który spowiadał, a my prowadziliśmy katechezy w różnych formach: nauczania, dialogu, przygotowywaliśmy przedstawienia, pantomimy itp. Na koniec wszyscy uczestniczyliśmy we Mszy Świętej.
Przyjazd księdza czy kogoś obcego jest wielkim wydarzeniem dla mieszkańców wioski, więc na ogół uczestniczą wszyscy. Nieważne, jakiego są wyznania. Jest to okazja do spotkania i wspólnego świętowania.
Z młodzieżą regularnie odwiedzamy chorych, samotnych. Niektórym z nich zanosiłam Pana Jezusa. Pamiętam kobietę chorą na raka piersi. Gdy pierwszy raz ją odwiedziliśmy widok był opłakany. Cała jej pierś była psującą się raną, a wewnątrz widać było ruszające się robaki. Fetor było czuć jeszcze przed wejściem do domu. Trudno było mi zrozumieć, jak ta kobieta znosiła ból bez środków przeciwbólowych. Mieszkała sama, ponieważ była niezamężna.
W tej grupie etnicznej i w wielu innych kobiety niezamężne lub te, które nie mogą urodzić dziecka z różnych powodów są poza grupą społeczną. Nikt się nimi nie opiekuje. Podziwiałam często ich odporność na ból, cierpienie, niedostatek. Można nauczyć się od nich głębokiej i prostej wiary. Pamiętam pewnego staruszka, który uważał się za chrześcijanina, ale sakrament chrztu chciał przyjąć dopiero, gdy będzie umierał, bo chciał pójść prosto do nieba i bardzo w to wierzył. I Bóg go wysłuchał. Kiedy poczuł, że będzie umierał poprosił rodzinę, aby zawiadomiła księdza. I rzeczywiście – staruszek przyjął sakramenty, pożegnał się z rodziną i odszedł do Jezusa.
W Siuyu prowadzimy średnią szkołę z internatem dla dziewcząt. W 1992 r., kiedy otwierałyśmy naszą placówkę w diecezji Singida w promieniu 300 km nie było średniej szkoły dla dziewcząt. W porozumieniu z księdzem biskupem postanowiliśmy zbudować i poprowadzić szkołę szczególnie dla tych grup etnicznych, wśród których żyjemy. Początki były bardzo trudne, ponieważ okolicznych rodzin nie było stać na czesne (opłaty dla nauczycieli i utrzymanie dziewcząt). Dzięki Opatrzności Bożej, ludzi dobrej woli, możemy pomagać dziewczętom, które chcą się uczyć, a ich rodzin nie stać na kształcenie.
Pierwsze wyniki pracy uczennic i nauczycieli były zaskakująco dobre. Na 700 szkół w kraju uzyskaliśmy 25. miejsce. Szkoła cały czas utrzymuje się w pierwszej 20. Cieszymy się bardzo z tych osiągnięć, ponieważ priorytetem naszym jest przyjmowanie dziewcząt z grup etnicznych, które mieszkają na tym terenie, a nie wszystkie dziewczęta są zdolne. Chętnych jest wiele, bo 10-15 dziewcząt na jedno miejsce.
Nierzadko okazuje się, że dziewczyna ma określony zasób wiedzy, ale nie potrafi pisać. W szkołach podstawowych nie ma podręczników, wymagany jest od ucznia zeszyt i długopis, ale i na taki luksus nie stać rodziców. Dziecko tylko się tyle nauczy, ile zapamięta z lekcji w klasie 60-osobowej i przy założeniu, że nauczyciel ma odpowiednią wiedzę i chce czegoś nauczyć uczniów.
Do naszej szkoły zapraszamy nauczycieli z anglojęzycznych krajów, aby oni dokształcali miejscowych nauczycieli. Nakładem wielkiego wysiłku i starań uczniów i nauczycieli nasi absolwenci kończą z dobrymi wynikami, to daje im możliwość dalszego kształcenia się lub większą szansę na znalezienie pracy.
Przez ostatnie 2 lata uczyłam w Polsce w szkole podstawowej i na początku trudno było mi zrozumieć brak zainteresowania nauką niektórych uczniów i rodziców. Dziwiłam się, że to nauczycielom „musi” zależeć, aby dziecko „raczyło” się uczyć. W Siuyu dzieci chcą się uczyć, ale nie wszyscy mają taką możliwość.
Sądzę, że przed wielu, wielu laty u nas w Polsce było podobnie. Nasi dziadkowie nie wszyscy mieli szansę ukończenia szkoły średniej.
Obecnie rozpoczęłam pracę w Kamerunie. Dziękuję i bardzo proszę o modlitwę, ponieważ potrzebuję Bożej mocy, by móc mówić czynem i słowem, że Bóg jest Miłością.
S. Anna Kulas, pallotynka Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek |