|
Jak to zawsze bywa: po nocy przychodzi dzieñ, a po burzy s³oñce – czas wreszcie pop³ywaæ te¿ i po normalnych, spokojnych wodach.
Kiedy¶ (HM nr 33 i 34 – dop. red.) opisywa³em zmagania z morzem, deszczem i wiatrem podczas moich pierwszych oceanicznych podró¿y do wiernych na wyspach. By jednak nie pozostawiaæ Was, Drodzy Czytelnicy „Horyzontów Misyjnych”, w prze¶wiadczeniu, i¿ jest tu tylko pochmurno, deszczowo, ponuro i burzowo – choæ tak brzmi dramatyczniej i ciekawiej – dzi¶ bêdzie s³onecznie i piêknie. Ale cofnijmy siê jednak do pocz±tku...
Trochê doszed³em do siebie po ostatnich, bynajmniej niezamierzonych, wyczynach, które mnie samego zadziwi³y, a ¿e minê³o kolejne parê miesiêcy pracy na drugiej parafii i zmagañ z biurokracj± oraz problemami poszukiwania ¶rodków i zagranicznych dostawców osprzêtu do ³odzi, uwieñczonych praktycznie prawie zupe³nym fiaskiem, przysz³a kolej, by urwaæ siê nieco od „cywilizacji”.
O brzasku, w porannych promieniach s³oñca zarzucili¶my nasza ³upinkê prawie po same brzegi tym, co bêdzie potrzebne oraz tym, co bezpieczniej mieæ, ale lepiej, aby nie by³o potrzebne. £ódka zatrzeszcza³a, silnik jêkn±³ z rozpaczy na sam widok tego, co go znów czeka; no i „posz³y konie po betonie” – te mechaniczne zatupa³y z ¿alem i wysi³kiem w silniku, a morze przywita³o nas lekk± bryz± spod ³ódki prosto w twarz. A to wszystko jeszcze przed szóst± rano.
Pocz±tek podró¿y zawsze jest piêkny – wschodz±ce s³oñce zmywa swymi promieniami sen z zaspanego jeszcze oblicza ziemi i budzi p³yn±cego swym ostrym ¶wiat³em. Dziesiêæ minut pó¼niej jest ju¿ zupe³nie jasno, a s³onko ca³kiem wysoko. Os³oniêci du¿± wysp± ...
... od pó³nocy i pó³nocnego-zachodu p³yniemy prawie „jak po stole”. Wspania³y widok, przed nami otwarte morze, a tu¿ obok nas, po lewej, ¶ciana lasu tropikalnego. Pó¼niej ju¿ bêdzie tylko sama woda i ¶wiadomo¶æ, ¿e do sta³ego l±du jest kilkadziesi±t kilometrów.
Pó³ godziny sielanki i dopiero zobaczymy, co nam dzisiaj zgotowa³ ocean – taka niespodzianka przed ¶niadaniem. Przecie¿ w ¿yciu nie wolno siê nudziæ. Zakrawa³oby to niemal¿e na du¿± niegrzeczno¶æ, bo jak mo¿na siê nudziæ w tak piêknym ¶wiecie. Tym razem bêdzie to d³uga podró¿, prosto na ostatni± wyspê mego ma³ego archipelagu – Biem.
Ocean przywita³ nas niewiarygodnym spokojem. Delikatny wiatr w plecy popycha³ nas do przodu, a zazwyczaj zmienne pr±dy morskie tym razem nios³y nas w dal. Na po¿egnanie z czê¶ci± przybrze¿n± pewien wieloryb „pomacha³” nam jeszcze ogonem. Przep³ywa³ bardzo blisko, daj±c znaæ o sobie wydmuchiwanymi na kilka metrów fontannami wody. Mi³o by³o na niego popatrzeæ i pomarzyæ, ¿e ta, co chwilê wynurzaj±ca siê, p³etwa ogonowa macha³a nam na drogê.
Czas odmierzany pozycj± mojego przesuwaj±cego siê po dnie motorówki cienia oraz ilo¶ci± opró¿nianych butelek wody wskazywa³, ¿e dop³ywamy. Siedem godzin z „ma³ym” haczykiem naprawdê spokojnej ¿eglugi przywiod³o nas do brzegów wyspy BIEM. Szkoda, ¿e mój towarzysz podró¿y w ogóle nie by³ zainteresowany ³owieniem ryb. Wêdka wyra¼nie na niego „szczeka³a” i „gryz³a” po palcach. Nawet nie chcia³ jej dotkn±æ. No có¿, kolacja bêdzie z konserwy.
Na brzegu powitali nas mieszkañcy, którzy, z profesjonaln± niemal¿e zrêczno¶ci±, w mgnieniu oka wynie¶li ³ódkê na brzeg, roz³adowali j± i wszystko zanie¶li do domu. Kilkana¶cie minut pó¼niej byli¶my w domu. Teraz trochê grzeczno¶ciowych rozmów i bie¿±cych spraw oraz ustaleñ na jutro i wyrozumia³o¶æ parafian wziê³a górê nad ciekawo¶ci±, bo zostawili proboszcza samego, by siê zagospodarowa³ i odpocz±³ po podró¿y. Zimny prysznic i kubek kawy okaza³y siê niemal zbawienne. Wreszcie mo¿na sobie spokojnie usi±¶æ.
Nowy dzieñ przyniós³ nowe wyzwania. Tym razem „w poczekalni” by³o parê chrztów i Pierwsza Komunia. Po za³atwieniu spraw administracyjnych i sprawdzeniu wiedzy rodziców ustalili¶my, ¿e chrzty bêd± w poniedzia³ek – ostatniego dnia mojego pobytu na wyspie. Dzi¶ dzieñ spotkañ, dyskusji i ustaleñ. Trzeba pamiêtaæ, ¿e duszpasterstwo tutaj oparte jest bardzo mocno na ludziach ¶wieckich i to wcale nie statutowo, ideologicznie i legitymacyjnie. To jest po prostu ¿yciowa konieczno¶æ. Trzeba wiêc dbaæ o to, by byli do tego jak najlepiej i na bie¿±co przygotowani, wówczas te¿ lepsze bêd± owoce ich pracy, a kap³an bêdzie mia³ mniej k³opotów. Ka¿da wyspa to praktycznie odrêbny ¶wiat i w³a¶ciwe tylko sobie problemy, a poniewa¿ przez nastêpne dwa do trzech miesiêcy bêd± zdani tylko na siebie, wiêc lepiej wszystko ustaliæ i zaplanowaæ jak najdok³adniej.
Po po³udniu mamy ju¿ wszystko obgadane. Ka¿dy z prowadz±cych przygotowanie wie, co i kiedy ma zrobiæ i kogo przygotowaæ. Liderzy te¿ dostali swoje zadania i sprawy do zorganizowania. Zosta³o równie¿ ustalone, co trzeba bêdzie naprawiæ lub zrobiæ. Za¶ nadzwyczajni szafarze Eucharystii maj± do jutra przygotowaæ wszystkich chorych i starszych na wizytê ksiêdza. Mo¿na wreszcie zakoñczyæ. My¶lê, ¿e oni te¿ ju¿ mieli do¶æ. Co z tego wszystkiego wyjdzie – poka¿e czas i oka¿e siê podczas mojej nastêpnej wizyty.
To ciekawe – kiedy wszyscy ju¿ poszli, nasta³a g³êboka cisza, choæ mój dom stoi w samym ¶rodku wsi i woko³o pe³no ludzi i domów. Czasem tylko s³ychaæ, jak kto¶ siekierk± d³ubie kanu lub zap³acze jakie¶ niemowlê. Ale za to zawsze s³ychaæ szum morza oraz ró¿ne „æwirki” i kolibry. Te ostatnie do¶æ szybko siê do mnie przyzwyczai³y i je¶li siedzê spokojnie na werandzie, która jest jednocze¶nie pokojem i jadalni±, przylatuj± gromadnie posiedzieæ sobie i dotrzymaæ mi towarzystwa. Takie ma³e, ¿ó³te, z br±zowymi skrzyde³kami i g³ówk±, z zakrzywionym dziobkiem i strasznie ruchliwe. Pomagaj± jednak odetchn±æ i zrelaksowaæ siê po tak „dyskusyjnym” dniu. ¦wiêty Franciszek pewnie powiedzia³by: „fajni kumple”.
Do¶wiadczenie nastêpnego dnia jest zupe³nie inne. Widok choroby i cierpienia nie nale¿y do szczególnie pocieszaj±cych. Szkoda, ¿e mimo czêsto do¶æ prostych i uleczalnych schorzeñ, tylu ludzi musi cierpieæ, bo nie ma dostêpu do opieki medycznej i lekarstw. Monotonia i brak nadziei na poprawê sytuacji pozostawia organizmowi samodzielne uporanie siê z chorob±. Czas i si³a to najczêstsi lekarze i lekarstwa. Zadziwiaj±ce jest to, ¿e mimo to ludzie potrafi± siê u¶miechaæ i nie upadaæ na duchu. Na tej wyspie ¿yje oko³o pó³tora tysi±ca ludzi, wiêc i chorych i starszych do odwiedzenie te¿ siê trochê uzbiera³o.
Ale teraz trzeba uzbroiæ siê w cierpliwo¶æ na jutro, bo z dzieæmi nie bêdzie tak lekko. Grupa niedu¿a – jakie¶ czterdzie¶cioro m±draliñskich, ale przepytaæ trzeba wszystkich, ¿eby nie my¶leli sobie, ¿e bêdzie za ³atwo. Podobno obawa przed egzaminem mo¿e byæ niez³± motywacj± do nauki – zobaczymy. W sumie przecie¿ chodzi o to, by posiad³y wymagan± wiedzê i to na ca³e ¿ycie. Nie by³o ¼le. Z wyj±tkiem ma³ych „numerów” w stylu: Maryja i Józef w Trójcy ¦wiêtej, 10-cioro sakramentów oraz ma³ych nieporozumieñ, które dotyczy³y praktyk pogañskich: na czym polega ich praktykowanie lub powrót do nich – reszta posz³a dobrze. Zreszt± nieporozumienia zaraz naprawili¶my. Wszyscy zdali, a na próbie nawet byli pos³uszni i szybko po³apali, o co chodzi. Wielki dzieñ czeka na nich jutro.
W niedzielê uroczysto¶æ by³a naprawdê donios³a. Wszyscy kandydaci byli poubierani w bia³e spódniczki z „trawy” lub w odpowiednie przepaski dla ch³opców. Pióra, muszelki i du¿o brzêkania oraz kundu – czyli bêbenków. Skupienie i oczekiwanie malowa³o siê na twarzach moich „¶wiêtoszków”, bo takimi powinni byæ po wczorajszej spowiedzi. A to jak wypad³a musi pozostaæ tajemnic± na zawsze. Choæ dla mnie to ju¿ nie pierwsza Pierwsza Komunia ¦wiêta, ale mam nadziejê, i¿ pierwszokomunijnym dzieciom zapadnie w pamiêæ na zawsze, podobnie jak ka¿demu z nas nasza w³asna. Po po³udniu czeka³ na nas jeszcze bumkaikai czyli wspólny posi³ek dla przypieczêtowania ca³ego wydarzenia.
W poniedzia³ek na Mszy ¦wiêtej sze¶cioro ma³ych dzieci zosta³o chrze¶cijanami. Ceremonia prosta, ale wymowna. Podczas chrztu obmyto je z grzechu pierworodnego, nadano im imiona i nakazano rodzicom wychowanie ich po katolicku. Tak chyba najpro¶ciej mo¿na by opisaæ to, co mia³o miejsce. Ale za to, ile jest misterium i dostojeñstwa w prostocie ceremonii tego sakramentu.
Zawsze zadziwia³o mnie to, ¿e ka¿dego dnia, nawet w najzwyklejszy dzieñ tygodnia i bez ¿adnych wydarzeñ, na ka¿dej Mszy ¦wiêtej jest tutaj przynajmniej po³owa mieszkañców wyspy. O takiej frekwencji na porannych Mszach ¶w. niejeden proboszcz mo¿e tylko pomarzyæ. Tutaj nie muszê, bo tutaj wierni s± zawsze.
Wizyta na wyspie Biem dobieg³a koñca. Teraz jeszcze tylko zygzakiem, z belki na belkê, by nie przelecieæ przez pod³ogê, a pozbieraæ i spakowaæ wszystkie potrzebne „zabawki” i jutro ruszamy w drogê.
Kolejny dzieñ to kolejna wyspa – tym razem bêdzie to Ruprup. Podobne zajêcia i obowi±zki, ale na szczê¶cie podró¿ pomiêdzy wyspami jest znacznie krótsza i pogoda wspania³a – s³onko i morze jak marzenie. Wizyta przebieg³a sprawnie. Tutaj Pierwsza Komunia bêdzie dopiero za parê miesiêcy, a przygotowania do chrztów i ¶lubów id± pe³n± par±. Przy nastêpnej wizycie bêdzie co robiæ. Spowied¼, wizyty u chorych, spotkania, dyskusje i Msze ¦wiête ju¿ za nami. Baga¿e te¿ ju¿ spakowane i gotowe do drogi. Ale.... no w³a¶nie – ma³e „ale”.
Trzecia nad ranem – budz± mnie wal±ce pioruny i ulewa. E... – my¶lê sobie, taki deszcz zazwyczaj nie trwa d³ugo, przekrêcam siê na drugi bok i znów mnie nie ma. Sypi±ce siê z dachu ¶mieci budz± mnie na dobre. Dom siê trzêsie, bo piorun trafi³ w jakie¶ drzewo bardzo blisko nas. Zimno, ciemno i mokro – tak mo¿na by skwitowaæ poranek dnia wyjazdu. Deszcz, zamiast przestaæ padaæ – jak wypada³o, ustabilizowa³ siê i ze stoickim spokojem zrasza³ obficie okolice. Szkoda tylko, ¿e dalej by³o ciemno i zimno. Dzisiejszy wyjazd leg³ w gruzach, ale za to u schy³ku dnia „poleg³a na polu chwa³y” nastêpna ksi±¿ka. Tym razem ju¿ ostatnia. Deszcz „otrzyma³ zakaz padania” w dni wyjazdowe.
By³ to najcichszy i najspokojniejszy dzieñ przez ca³y patrol po wyspach. Nawet przys³owiowy pies z kulaw± nog± nie przyszed³ na stacjê. Deszcz to bardzo skuteczne narzêdzie trzymania ludzi w domach – wszyscy maj± doskona³± wymówkê, by nic nie robiæ. I ka¿dy mo¿e oddaæ siê najulubieñszemu zajêciu w ¿yciu – czyli chwalebnie „polec w bitwie ze snem”. No có¿, ja sobie mogê planowaæ, a Pan Bóg i tak swoje przeprowadzi. Dziêki Mu za ten dzieñ przerwy i odpoczynku!
Wraz ze ¶witaniem i s³onkiem ruszyli¶my na zachód, by po opromienionych s³oñcem wodach oceanu dotrzeæ do kolejnej wyspy. S³oñce poprawia jeszcze nieco odcieñ mojej opalenizny. Teraz jest ju¿ bli¿szy koloru kawy – ale bez mleka. Moi wspó³bracia ¶miej± siê, ¿e z takim kolorem maj± k³opoty z odró¿nieniem mnie od tubylców w t³umie. Czy¿by daltoni¶ci?
Regularno¶æ wizyt pozwala uregulowaæ pracê, ale i tak nigdy nie jest to dosyæ, by do koñca zaspokoiæ potrzeby. Dopiero w takiej sytuacji widaæ, jakimi szczê¶ciarzami jeste¶my w Polsce, gdy¿ ksi±dz jest zawsze i „w zasiêgu rêki”, a jeszcze mo¿na na niego przy okazji ponarzekaæ.
Z wyspy na wyspê, parê dni tu, parê dni tam i tak dobiega koñca, trwaj±cy trzy tygodnie, z „ma³ym haczykiem”, objazd parafii. Dzi¶ wracamy.
Po ostatnich trzech wietrznych dniach morze siê trochê wzburzy³o, ale do krytycznego stanu jeszcze daleko. Na razie fale maj± po dwa metry, mo¿na wiêc p³yn±æ. Jedynemu cz³onkowi mej za³ogi nieco obi³o tê i ow± czê¶æ cia³a podczas spadania z fali – co od czasu do czasu nam siê przydarza³o. Z czasem wiatr siê trochê wzmóg³ i doszed³ jeszcze element „mokry”, bo bryza rozbijanych grzbietów fal spada³a mi prosto w oczy. Ale mówi±, ¿e solone d³u¿ej trzyma siê ¶wie¿e. Jako rekompensata piêknie ¶wieci³o s³oñce – czyli jeszcze co¶ pozosta³o z tytu³u tego artyku³u. By³o wiêc s³onecznie…
Ks. Dariusz Wo¼niak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjêcia: ks. Dariusz i br. Janusz Namy¶lak SAC, misjonarze w Papui Nowej Gwinei |