|
Przygotowanie do świąt w parafii to czas dość napięty i o tym wie każdy proboszcz, a odległości i nieprzychylne drogi komplikują tylko sprawę.
Kiedy byłem w parafii Turingi odwiedzałem po kolei wszystkie wsie, zwłaszcza te, gdzie nie było kościołów z tabernakulum i Eucharystią. Podczas takich odwiedzin była spowiedź, Msza św., a po niej odwiedziny chorych i starszych. Po spowiedzi i Mszy Świętej ruszyłem na obchód wsi. Lider szedł ze mną, by powiedzieć mi, gdzie czekają na mnie ludzi.
Prawie już na końcu wsi Mandowe podeszliśmy do małej chatynki.
– Tutaj jest jedna babunia, ale ze spowiedzi raczej nic nie będzie, bo ona nie zna języka pidgin – wyjaśnił mi lider – wskazując drzwi. – Nic nie szkodzi – odparłem i wszedłem.
Dorwałem jakiś mały taborecik, usadowiłem się przy czymś, co służyło za łóżko, babcia usiadła i zaczęła spowiedź pięknym i czystym językiem pidgin. Po nauce i rozgrzeszeniu...
...udzieliłem jej Komunii Świętej i błogosławieństwem zakończyłem nabożeństwo. Po wszystkim zapytałem zainteresowaną:
– Jak to jest, bo wszyscy mi mówią, że nie znasz języka pidgin, a ty sobie dobrze radzisz. – A bo, proszę Ojca, oni tak myślą, a mnie to jest na rękę. Czy ty wiesz, ile można się dowiedzieć ciekawych rzeczy, kiedy inni myślą, że inni ich nie rozumieją? Więc ja z nimi rozmawiam tylko w naszym języku tradycyjnym i bardzo cię proszę, abyś przypadkiem im nie powiedział, że ja znam pidgin.
Chwilę jeszcze pogawędziliśmy, później pożegnałem babunię i życząc wesołych świąt, wyszedłem. Zdziwienie wszystkich czekających na zewnątrz było ogromne. Co ja tam tak długo tam robiłem?
Wniosek był prosty: ojciec musi już znać nasz język. Ponieważ obiecałem babci, że jej nie wydam, zachowałem milczenie i pozostawiłem parafian w niewiedzy.
Tak naprawdę to się nigdy tego języka nie nauczyłem, poza paroma słowami i kilku prostymi zdaniami. W zasadzie to nie było nigdy takiej potrzebny, bo praktycznie wszyscy znali tutaj język pidgin. A w innych parafiach były inne języki, o czym się przekonałem kilka lat później, kiedy trafiłem na Sepik. W parafii były dwa języki lokalne, a ostatnia wieś w najdalszym zakątku mówiła jeszcze jakimś innym dialektem.
Ks. Dariusz Woźniak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjęcia autora |