|
Nie ma chyba takiego kraju na świecie, gdzie nie narzekano by na służbę zdrowia. Czasami można mieć wrażenie, że im bogatszy kraj, tym więcej narzekań i oczekiwań w stosunku do służby zdrowia.
Cóż więc powiedzieć o służbie zdrowia w Papui, gdzie jest bardzo wysoka śmiertelność wśród dzieci i rodzących matek, gdzie tropikalne choroby, takie jak malaria, a ostatnio także AIDS, zbierają co roku potężne żniwo?
Na pierwszy rzut oka sytuacja nie wygląda najgorzej. W wielu miejscach w buszu istnieją przychodnie bądź tzw. aid-post, czyli punkty pierwszej pomocy, bądź większe buszowe szpitaliki - haus sik. Prawie przy każdej katolickiej stacji misyjnej taki punkt istnieje. Niestety brakuje lekarzy.
W prowincji Wschodniego Sepiku lekarza można spotkać tylko w dwóch szpitalach w Wewak i Maprik. Główny szpital prowincji w Wewak od wielu lat opiera się na siostrze zakonnej z Anglii, która jest chirurgiem. Dzięki niej wielu pacjentom zostało uratowane życie. Papuaskim lekarzom, których jest niewielu, w równym stopniu brakuje wiedzy, jak i ...
... chęci leczenia chorych.
Opieka dentystyczna praktycznie nie istnieje. Co prawda w prowincji jest jeden gabinet dentystyczny, ale dentysta pracuje tylko wtedy, gdy ma na to ochotę, a jak nie ma ochoty, to zawsze ma wymówkę: a to sprzęt jest zepsuty, a to pomocnik nie przyszedł do pracy, a to klimatyzacja w gabinecie nie działa. W takiej sytuacji nie ma co marzyć o plombach, mostkach, sztucznych szczękach czy korekcie zgryzu.
PERSONEL MEDYCZNY Jeżeli chodzi o personel medyczny, problemem nie jest tylko brak wystarczającej ilości pielęgniarek czy lekarzy. Choć tych drugich jest w kraju za mało - nie można tego powiedzieć o pielęgniarkach. Czasami jak się wejdzie na oddziały szpitala w Wewak okazuje się, że na sali jest więcej pielęgniarek niż chorych, dlatego, że szpital często przyjmuje tylko najcięższe przypadki.
Poza tym pielęgniarki jedynie podają chorym lekarstwa, zmieniają opatrunki bądź podłączą jakiś sprzęt medyczny, który jeszcze cudem działa. Nic więcej przy chorym nie zrobią, stąd każdy chory ma na okrągło przy sobie tzw. wasmanów, czyli opiekunów (z rodziny), którzy śpią przy łóżku bądź pod łóżkiem chorego.
Dużym problemem papuaskiego personelu medycznego są zarówno braki w wykształceniu, jak i często brak elementarnego poświęcenia, zaangażowania w wykonywany zawód.
Bardzo często, gdy w szpitalu nie są w stanie pomóc choremu, odsyłają go do domu ze słowami, że to tzw. sik bilong ples, czyli choroba z wioski, co dla wielu oznacza nic innego jak chorobę spowodowaną czarami. W buszowych szpitalach ludzie mogą liczyć tylko na najbardziej elementarną pomoc - mogą otrzymać jakieś podstawowe leki lub mieć opatrzone rany. Czasami pielęgniarki wybierają się do wiosek, które znajdują się daleko od szpitala, na tzw. kliniki - udzielają wtedy pierwszej pomocy chorym lub dokonują szczepień.
Kiedyś poproszono mnie, abym zawiózł do szpitala chłopca ukąszonego przez węża. Było to nocą, a do szpitala było prawie 50 km. W szpitalu, po dłuższym poszukiwaniu, w końcu udało się znaleźć jakąś pielęgniarkę. Dla tej pielęgniarki - złej, że zakłócono jej spokój - najważniejsze były formalności papierkowe. Spisywanie danych ukąszonego, jaki wąż go ukąsił itd. Chłopak przeżył, ale nie dlatego, że otrzymał surowicę, której i tak pewnie w szpitalu nie było, ale dlatego, że w wiosce po ukąszeniu nacięto mu ranę i przyłożono czarny kamień (snake stone), który wyciągnął większość jadu.
W większości miejsc, gdzie istnieją szpitaliki buszowe, ludzie chcą, aby podlegały one pod Kościół katolicki, bo wtedy jest gwarancja, że będą działać. Najbardziej szczęśliwe są te miejsca, gdzie wśród personelu medycznego znajdzie się choć jedna siostra zakonna, bo wtedy wiadomo, że w razie potrzeby znajdzie się ktoś, kto udzieli pierwszej pomocy.
DO CZEGO SŁUŻĄ KARETKI W PAPUI? Wiele buszowych szpitali dysponuje ambulansami, ale myliłby się ktoś, kto by sądził, że chorzy są w nich najczęstszymi pasażerami. Do czego więc służą?
Najczęściej jest to środek transportu dla pracujących w szpitalu, po to, aby pojechać na targ na zakupy lub do miasta, by odebrać wypłatę. Bardzo często jest to środek transportu dla zmarłych, aby przewieźć ich z kostnicy do wioski, gdzie mają być pochowani.
Kilka miesięcy temu na lotnisko w Wewak przyjechały aż 3 karetki, aby odebrać zwłoki mężczyzny, zmarłego w innej prowincji. Jak stwierdził jeden z członków rodziny zmarłego: „Zmarły będzie mógł sobie wybrać ambulans, którym będzie chciał pojechać do wioski".
Tak tu jest - zmarli znacznie częściej podróżują karetkami niż chorzy.
Jeżeli przyjrzeć się papuaskiej służbie zdrowia, która jest w opłakanym stanie - gdzie można liczyć tylko na najbardziej podstawową pomoc, gdzie brak tych, którzy potrafią określić na co pacjent jest chory, co jest przyczyną choroby i jak można ją leczyć, to czy można się wtedy dziwić, że ludzie często szukają pomocy u tzw. glasmanów, czyli wioskowych szamanów?
Czy można się dziwić, że wielu szuka przyczyn choroby w magii i czarach?
Czy można się dziwić, że pojawiają się tacy szarlatani, którzy na targu w Wewak oferują sok, który leczy wszystkie choroby od kataru i malarii poczynając, a na gruźlicy, trądzie i AIDS kończąc?
Czy można się dziwić, że pojawiają się sekciarscy uzdrowiciele, którzy obiecują uzdrowienie z wszelkich chorób, o ile chory wstąpi do ich Kościoła?
Im gorsza służba zdrowia, tym większe pole do popisu dla różnego rodzaju znachorów, szarlatanów i uzdrowicieli.
Papua Nowa Gwinea ma więc długą drogę do poprawy opieki zdrowotnej, a jak na razie to - daj Boże zdrowie. I trzeba tylko liczyć na Bożą Opatrzność, że w razie potrzeby znajdzie się - choć ta najbardziej niezbędna - pomoc.
Ks. Jacek Bilik SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei Zdjęcia: br. Janusz Namyślak SAC, misjonarz w Papui Nowej Gwinei |