Strona główna arrow Misjonarz opowiada arrow Rozmowa z ks. Kazimierzem Pacem SAC, misjonarzem w Brazylii
Rozmowa z ks. Kazimierzem Pacem SAC, misjonarzem w Brazylii Drukuj Poleć znajomemu

R. – Pracuje Ksiądz w parafii o bardzo zróżnicowanym przekroju społecznym. Czy to ułatwia czy raczej utrudnia pracę duszpasterską? Czy wierni z tak różnych środowisk angażują się w działalność parafialną?

K. – Od 6 lat pracuję w parafii św. Sebastiana w Itaipu, wraz z ks. Janem Stawickim SAC (proboszczem) oraz ks. Arturem Karbowym SAC. Każdy z nas ma swoje obowiązki, swoje kaplice pod opieką. Mnie przypadły w udziale 4 kaplice: św. Antoniego – leżąca w najbiedniejszej części parafii, św. Józefa, św. Tereski i Matki Bożej z Penha.
Pod swoją opieką mam harcerzy, młodzież, grupy pomocy społecznej, które obejmują troską małe dzieci oraz dorosłych.

Jako że w parafii mieszkają ludzie o bardzo różnorodnej sytuacji społeczno-ekonomicznej łączymy możliwości poszczególnych wspólnot i staramy się, aby każda niosła pomoc bardziej potrzebującym. Stale trwa akcja pomocy, tzw. Campanha do quilo, polegająca na tym, że każdy z wiernych jest proszony o przyniesienie 1 kilograma żywności nie psującej się, np. fasoli, cukru, oleju itp. Akcja ta największy oddźwięk ma nie wśród bogatych, ale właśnie...

... wśród biednych, którzy często dzielą się z drugimi tym, co akurat im zostało. W wyniku tej akcji co miesiąc 300 rodzin otrzymuje podstawowe produkty, pozwalające im przeżyć.

Inną stałą akcją jest tzw. Obra do berco polegająca na dostarczaniu mleka noworodkom i dzieciom do 2 roku życia. Mleko otrzymujemy z ofiar wiernych, a brakującą ilość dokupujemy z tzw. Akcji Klub Mleka. Miesięcznie rozprowadzamy w ten sposób około 700 litrów mleka.

Kiedy zbliża się Boże Narodzenie nie sposób zapomnieć o prezentach dla dzieci. Przypomina o tym miejscowa telewizja, toteż aby dzieciom z biednych rodzin nie było przykro, staramy się zapewnić im „paczkę pod choinkę”: zabawki, ubranka, artykuły szkolne, żywność na wigilijny stół. W ubiegłym roku około 1500 dzieci otrzymało przygotowane przez nas paczki.

Nasza parafia jest bardzo zróżnicowana. Mamy na jej terenie zarówno ludzi nie umiejących czytać i pisać, jak i profesorów uniwersyteckich. Trzeba przyznać, że jest to korzystne, gdyż Brazylijczycy czują się odpowiedzialni jeden za drugiego. Często, aby „uspokoić” własne sumienie, jeden chce pomóc drugiemu. Dzięki temu mamy fachową kadrę dla przeprowadzenia wykładów przygotowawczych nie tylko w kwestiach religijnych, ale i czysto świeckich.

Działa centrum socjalne, w którym ludzie oferują tygodniowo godzinę swojej pracy, a w ten sposób biedni parafianie mogą otrzymać porady prawne czy lekarskie u najlepszych specjalistów.

R. – Dzięki staraniom Księdza zostało wybudowane przedszkole. Jak ono funkcjonuje? Jakie są dzieci do niego uczęszczające?

K.
– Z przedszkolem to długa historia. Starania o wybudowanie rozpoczęły się 5 lat temu i trwały 2 długie lata. Powstało przy kaplicy św. Antoniego. Zostało wybudowane z pieniędzy miasta, ale na naszym, kościelnym terenie. Przedszkole oddaliśmy do użytku w kwietniu 2005 roku.
Uczęszcza do niego 130 dzieci z najuboższych rodzin, a kolejka czekających na wolne miejsca jest bardzo długa. Wiek dzieci w przedszkolu – od niemowlaków do 6 lat. Od poniedziałku do piątku, od 8 rano do 17 przebywające w przedszkolu dzieci otrzymują 5 posiłków.
I właśnie możliwość najedzenia się jest częstym motywem uczęszczania dzieci. Po wakacjach – kiedy przedszkole nie funkcjonuje – zauważamy, że wiele dzieci jest chudszych.

W przedszkolu zatrudniamy 28 pracowników opłacanych przez miasto. Dzięki umowie z miastem możemy przyjść z pomocą tym, którzy tego potrzebują i troszczyć się o wykształcenie w pierwszym etapie edukacji. R.
R. – Czy w parafii powstały nowe kaplice?

K . – W zasadzie nie powstała nowa kaplica tylko obok starej została wybudowana nowa.

Kaplica to nie tylko budowla, ale przede wszystkim wspólnota ludzi, która już istniała.

W kaplicy Matki Bożej z Penha mieściło się mniej niż 100 osób; wiele musiało uczestniczyć w Eucharystii na zewnątrz.
Na początku budowy wszyscy ze wspólnoty obiecali, że będą pomagać i tak było do pierwszych wykopów. Później zostałem ja, inżynier, architekt. Mój mały samochód zamienił się w wóz dostawczy, którym dowoziłem prawie wszystko.

Jednak mimo przeciwności losu, ale za to z Bożym błogosławieństwem, w ciągu 8 miesięcy udało się ukończyć nową, przestrzenną kaplicę, w której 500 wiernych może w komfortowych warunkach uczestniczyć w Eucharystii. Obok malutkiej kapliczki na terenie kościelnym znajduje się ośrodek zdrowia dla miejscowej ludności.

R. – W jakich miastach i parafiach pracował Ksiądz wcześniej?

K. – Rozpocząłem moją pracę od Rio de Janeiro. Przez pierwsze 2 miesiące przyglądałem się pracy w parafii św. Elżbiety w Bento Ribeiro. Przypatrując się pracy ks. Czesława Zająca, poznawałem pierwsze tajniki brazylijskiej rzeczywistości.

Następnie pracowałem w parafii Matki Bożej Fatimskiej w Itaperunie. Było to duże wyzwanie dla mnie, gdyż po 2 miesiącach pobytu w Brazylii, bez dobrej znajomości języka, mentalności ludzi, charakteru pracy zostałem sam na dużej parafii, gdzie oprócz głównego kościoła parafialnego było około 30 kaplic do obsługi.
W ciągu 10 miesięcy mojej pracy tam nauczyłem się wszystkiego, co młody misjonarz powinien wiedzieć. Bywało i tak, że chciało się płakać. Ale były też powody do radości i to właśnie one dawały siłę do dalszej pracy.
Następnie wróciłem do parafii św. Elżbiety, gdzie u ks. Czesława „szlifowałem” moje brazylijskie umiejętności.

Po roku zostałem proboszczem w parafii św. Rocha w Rio de Janeiro. Nastał dla mnie okres 7 lat intensywnej pracy na przedmieściach dużego brazylijskiego miasta. Zastałem parafię dobrze zorganizowaną, więc mogłem zająć się też pracami budowlanymi. W tym czasie przeprowadziłem remont kościoła, salek katechetycznych, zbudowałem salon na spotkania parafialne.

Ale to nie przeszkodziło w pracy w dziećmi, która była moją największą radością. Miałem najwięcej dzieci na katechezie w całym wikariacie Suburano. Ponad 800 dzieci było co tydzień na Mszy Świętej i katechezie.

Smutną rzeczywistością jest wspomnienie śmierci 2 moich ministrantów, którzy zostali zabici. Ja sam w tym okresie też miałem przystawiony pistolet do głowy – wspólnie z księdzem Jarkiem Chmieleckim, kiedy ten zbierał pieniądze na seminarium i został z nich obrabowany.

Z tego miłego miejsca zostałem przeniesiony do parafii św. Benedykta w Itaperunie. Byłem tam zaledwie 2 lata, ale był to czas owocnie spędzony.
Głównym problemem był fakt, że podczas deszczu woda lała się do kościoła. Często do konfesjonału chodziłem z parasolką, żeby nie być przemoczonym. Postanowiłem zmienić cały strop i dach. Drewniany strop został zastąpiony lanym betonem.

Drugim ważnym przedsięwzięciem było kupno terenu obok kościoła, gdzie w każdej chwili można rozpocząć budowę centrum parafialnego. Trud mojej pracy został zauważony przez władze miasta i zostałem uhonorowany tytułem Honorowego Obywatela Itaperuny i Uba.

Po tym okresie zostawiłem trudy proboszczowania i „odpoczywam” jako zwykły wikary.

R. – Co w swej pracy Ksiądz uważa za najważniejsze?

K. – Najważniejsze? Dla mnie? Wspólnota domowa. Dlatego, że we wspólnocie odpoczywam, rozmawiam, mogę się wyżalić, wymienić idee, poradzić się, podzielić radościami, nabrać energii do dalszej pracy.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura

Zdjęcia ks. Artur Karbowy SAC