|
Przez wiele lat pracy w Brazylii miałem możliwość poczynić sporo spostrzeżeń dotyczących rodzin. Nigdy się nie spodziewałem, że spotkam tutaj, w Novo Airao, tak skomplikowaną sytuację rodzinną.
Przede wszystkim tutejsza rodzina jest bardzo niestała. Większość dzieci została poczęta w przypadkowych spotkaniach, które nie prowadziły do założenia rodziny. Wystarczy wejść do szkoły średniej, by zobaczyć jak wiele dziewcząt jest w ciąży. Czy już są mężatkami? Nie. Po prostu spotykały się z chłopakami. Po jakimś czasie znajdą kogoś, kto się złączy z nimi na jakiś czas. Czasami zdarza się, że ten przypadkowy „mąż” już ma inne dzieci, które przyprowadza do swojej tymczasowej „żony”.
W rozmowach zaznaczają, że to dziecko jest moje, a to mojego męża, a to trzecie jest nasze. Żyją razem, wychowując wszystkie dzieci, aż dojdzie do jakiegoś problemu między nimi i każdy poszuka innego „męża” czy innej „żony”. Wtedy jakoś dochodzą do porozumienia, kto zostaje...
...z tym czy z tamtym dzieckiem. Nie wiem, jak do tego dochodzi, że wszystkie dzieci zostają przyjęte przez kolejnych „rodziców”.
Życie ludzkie jest w wielkim poszanowaniu. Bardzo rzadkim wypadkiem jest przerywanie ciąży. Przed każdym chrztem robię spotkanie przygotowawcze dla rodziców i chrzestnych. Mówię im o konieczności zawarcia sakramentu małżeństwa, ale otrzymuję odpowiedź, że nie potrzebują ślubu, bo im tak jest dobrze, a po zawarciu ślubu mogłoby się wszystko popsuć. Bardzo rzadko zdarza się, że da się kogoś przekonać do zawarcia ślubu kościelnego.
Piękne w tym wszystkim jest to, że życie każdego dziecka jest szanowane.
Niedawno poznałem jedną dziewczynkę, dziewięcioletnią, która w Boże Narodzenie przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. Zauważyłem u niej jakiś inny sposób zachowania. Rozmawiając z nią, dowiedziałem się, że jej mama zmarła, gdy miała zaledwie roczek. Ojciec zostawił ją przypadkowej rodzinie, która zechciała ją przyjąć. Jest to starsze małżeństwo. Odwiedziłem ich. Oboje nie pracują, gdyż nie ma dla nich pracy. „Ojciec” czasami pomaga u sąsiada, który zajmuje się naprawianiem starych lodówek. Czasami dostaje kilka groszy, które służą na zakup żywności dla rodziny.
Oprócz tej dziewczynki wychowują również 5-letniego chłopca, który też nie jest ich dzieckiem. Ale traktują je jak swoje dzieci, okazując wielką serdeczność.
Powiedziałem dziewczynce, że pomogę jej jak będzie potrzebowała kupić zeszyty i artykuły szkolne na rozpoczynający się po karnawale rok szkolny. Jaka była z tego powodu szczęśliwa! Poszliśmy do sklepu, ale ona była tak delikatna, żebym przypadkiem nie musiał za wiele wydać na nią. Chciała kupić tylko to, co jest faktycznie niezbędne. Później napisała mi liścik, twierdząc, że jestem dla niej aniołem, który zstąpił z nieba, aby mogła pójść do szkoły.
Kiedy rozmawiałem z „ojcem”, wyrażał wdzięczność za pomoc dla „jego” córeczki. Martwił się bardzo, że nie był w stanie zrobić dla niej zakupów na rozpoczęcie roku szkolnego. Wzruszyłem się bardzo, że z taką szczerością mówił o swojej adoptowanej córeczce. Ona, wiedząc o swojej faktycznej sytuacji, jest niezmiernie przywiązana do przybranego ojca.
Pomimo tylu faktów negatywnych, można w tej zawikłanej sytuacji spotkać „prawdziwych ojców” wychowujących dzieci nieprzyjęte przez ojców, którzy przekazali im życie.
Dzieląc się tym faktem, przesyłam serdeczne pozdrowienia i dziękuję za pomoc materialną. Jak już wspominałem kilkakrotnie, 250 dzieci od poniedziałku do piątku otrzymuje u nas obiady już kolejny miesiąc.
Ks. Jan Sopicki SAC
Zdjęcia: ks. Jan Sopicki SAC, ks. Artur Karbowy SAC |