Strona główna arrow Misjonarz opowiada arrow Rozmowa z ks. Janem Baranieckim SAC
Rozmowa z ks. Janem Baranieckim SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Na początek standardowe pytanie – jak długo Ksiądz jest w Brazylii?
K. –
Od 1983 r. czyli 17 lat. Wyjechałem 8 marca. W Polsce pracowałem tylko rok, w Hodyszewie, w parafii Matki Bożej. Właśnie tu zaczął się mój osobisty kult Matki Bożej. Patronką mojej obecnej parafii jest również Matka Boża. Następnie wyjechałem na krótkie przygotowanie do Belgii, a potem do Brazylii. Przez 10 lat pracowałem w Itaperunie (w parafii Matki Bożej Niepokalanego Poczęcia), a następnie w Niteroi (w parafii Matki Bożej Fatimskiej). Cieszę się ogromnie, że po tych latach pracy w Itaperunie przyjeżdżają „moi” chłopcy na spotkania formacyjne do Niteroi czy do Rio de Janeiro. Spośród dziewczynek, z którymi przed laty rozpoczynałem katechezę 2 są u Sióstr Pallotynek. To cieszy. Trzeba cały czas pracować, przygotowywać i pielęgnować, by były owoce. Zwykle tak jest, że kto inny sieje, kto inny zbiera.

R. – Co księdzu sprawiało trudności w pracy?
K. –
Jestem człowiekiem, który się szybko aklimatyzuje i nie narzeka. Na początku miałem problemy z klimatem, ale później nie miałem już kłopotów, nawet w Itaperunie, jednym z najcieplejszych miejsc na świecie.
Powtarzam sobie: Jeśli Bóg dał ci łatwość życia zagranicą - to rób, co masz robić i nie chwal się. To są te dary, te talenty, które masz pomnażać.
Nieraz bywało ciężko, ale dawałem sobie radę. Może mój sposób bycia dawał mi możliwość zapomnienia, rozprężenia się – do 42 roku życia grałem...

...w piłkę nożną. Będąc wśród ludzi można ich lepiej poznać. Wiele nauczył mnie mój pierwszy ojciec duchowny, ojciec Bartkowiak, który kiedyś powiedział mi: Naśladuj Jezusa, wtedy nigdy się nie zawiedziesz. Zawsze pytam, co Jezus zrobiłby na moim miejscu.

Trudnością było przejście z jednej placówki do drugiej po 10 latach. Itaperuna to taka małomiasteczkowa, prawie wiejska miejscowość. Czułem się tam jak w Polsce – pełen kościół, dużo chętnych do spowiedzi. Przeszedłem do Niteroi, a tu zupełnie inaczej. Tu nie było ludzi. Kościół oddalony od ulicy. Teraz już się zmieniło – dzięki Matce Bożej. Czytałem kiedyś, że ksiądz, który pracuje w parafii Matki Bożej może być pewien, że ten kościół się napełni. Nie zgadzało mi się to. Jak tylko przyszedłem, odprawiłem Mszę św. do Matki Bożej Nieustającej Pomocy i to mi zapewniło, że walka osobista została wygrana i zniechęcenie zostało pokonane. Msze do Matki Bożej Nieustającej Pomocy odbywają się w każdą środę – przychodzi na nie coraz więcej ludzi. Przygotowuję specjalne kazania o Matce Bożej. Ludzie tego pilnie słuchają. Na końcu jest wystawienie Najświętszego Sakramentu – zostawiam ich, by sami się pomodlili. Ponad 70 osób zobowiązało się, że będzie chodziło na 44 Msze św. środowe, a ponad 100 – na 24 Msze św. Matka Boża czuwa nad tym. To, co się dzieje w parafii to Jej zasługa i tych ludzi. Jestem bardzo szczęśliwy, że kościół się napełnił, że jest dużo chętnych do spowiedzi. Myślę, że to Matka Boża działa i kieruje tych ludzi do kościoła.

R. – Czy parafia w Niteroi ma dużo kaplic, do których trzeba dojeżdżać?
K. –
Teraz mam tylko 5 kaplic i to dość blisko położonych (do 5 km). W Itaperunie miałem ich 32; najdalsza była oddalona o 65 km. Tam odprawianie Mszy św. trzeba było rozłożyć na cały tydzień, a tu są skoncentrowane w soboty i niedziele. Ilość ludzi zależy od pogody, od tego czy w tym czasie nie ma jakiegoś wiecu itp. Brazylijczycy są raczej wygodni.

R. – Co w obyczajowości, w mentalności Brazylijczyków zwraca uwagę Europejczyka?
K. –
Brazylijczycy łatwo się zapalają do jakichś idei czy działań, ale też zniechęcają się szybko. Czasami się wydaje, że człowiek bardziej stara się dla nich coś zrobić niż oni sami. Trzeba ich przekonywać, zachęcać, uczyć odpowiedzialności, a także rozbudzać potrzebę kształcenia się, gdyż wielu jest takich, którzy są analfabetami lub mają tylko bardzo podstawowe wiadomości.
Tam ludzie nie klną na ulicy, a tu jestem zażenowany – nawet dzieci klną. W tym języku nie ma w ogóle takich słów. Jak się denerwuję, to mówię nazwę klubu piłkarskiego którego nie lubię, to wtedy wiedzą, że jestem zdenerwowany. Brazylijczycy są otwarci -jak zdobędziesz ich zaufanie powiedzą wszystko. Oni nie wstydzą się okazywać uczuć. Piękne jest jak stare małżeństwa nie boją się pokazywać swoich uczuć wobec siebie.
Cechą, którą pokochałem u Brazylijczyków, jest wolność – zrób, jeżeli chcesz, ale konsekwencje są takie i takie.

R. - Mówi się, że Brazylijczycy często odchodzą do sekt, ale też wracają. Czy wśród Księdza parafian wielu jest takich ludzi?
K. –
To prawda. Każdy szuka swojej ścieżki do Boga. Ludzie, którzy wstępują do sekt, robią to, bo wierzą, że tędy dojdą do Boga – nie wiadomo czy prowadzący sektę dojdzie, ale oni tak. Pójdą na ślub do innego kościoła, spodoba im się kazanie, to chodzą tam przez jakiś czas, potem wracają albo idą jeszcze gdzie indziej. Oni kochają Pana Boga, zapalą mu świeczkę, ale...
Trzeba dużo pracować, żeby ich przyciągnąć i utrzymać w Kościele. Jest zbyt mało księży, trudno wszystkiemu podołać. Człowiek nie jest przecież maszyną. Byłem tak zmęczony jak przyszedłem do Niteroi, że dziękowałem Panu Bogu jak było zimno i lał deszcz, bo mogłem się wreszcie wyspać. Tu każdy z nas jest odpowiedzialny za wszystko, gdyż przeważnie jesteśmy pojedynczo, czasami we dwóch. Wtedy jeden odprawia Mszę św. i głosi kazania, a drugi spowiada. Jak jest 8 Mszy św. – pracy nie brak. Potrzeba więcej księży.

R. – Jakie dzieła duszpasterskie są prowadzone w parafii Księdza?
K. –
Zastałem już w parafii Apostolat Modlitwy, Spotkania Małżonków, grupy młodzieżowe i katechistów. Udało mi się wprowadzić do parafii grupy wincentynów czyli ludzi, którzy pomagają najbardziej potrzebującym. Jest ich na razie bardzo mało, bo tylko 12 osób. Spotykają się co tydzień, pomagają ubogim, dają rodzinom miesięczne zakupy niektórych artykułów.
Udało się też odbudować grupę ministrancką. Było 4 – 5, dzisiaj jest 40 chłopców. Są podzieleni na grupy. Problemem jest jak ich zatrzymać, bo to 15 lat i zaczynają się amory itp. Z tej grupy liturgicznej jest 2 chłopców, którzy chodzą na spotkania powołaniowe. Udało mi się też stworzyć grupę dziewcząt w wieku 9 - 15 lat pod nazwą Córki Maryi. Jest ich 43 – trzeba już podzielić na mniejsze grupy. Widać, że Matka Boża nad tym czuwa. Ministranci i te dziewczynki to taka szkółka dobrych powołań. Seminarium jest od nas oddalone ok. 50 km. Na spotkaniach powołaniowych w seminarium bywają tylko chłopcy, toteż prosiliśmy księży i seminarzystów, by raz w miesiącu takie spotkania odbywały się u nas - tak mogą w nich brać udział także dziewczęta z tych grup. Mamy też gazetę, niewielką, bo tylko 8-stronicową. Ciężko to idzie, bo trudno znaleźć ludzi do tej pracy. Nie mają też do tego przygotowania. Trzeba ich zmusić do zaangażowania, nauczyć odpowiedzialności za ten obowiązek.
Wracają do Kościoła ludzie 30-, 40-letni, młodzież. Wielu rodziców przyprowadziły dzieci. Mamy dla dzieci specjalną Mszę św. w niedzielę – przychodzi 700 – 800 osób. Niektórzy mówią, że nie mamy się czym cieszyć, bo będzie koniec świata. Może niektórzy tylko „zaliczają”, może przychodzą ze strachu przed końcem świata, ale wierzę, że „złapią ducha” wiary.

R. – Brazylia jest krajem wielkich kontrastów, między innymi ekonomicznych. Jak wygląda pomoc bogatych ludziom biednym?
K. -
To zależy od miejsc czy regionów. Są regiony czy dzielnice, że żyją w symbiozie, nawet ze względów bezpieczeństwa. Dzielnice bogatych są otoczone favelami. Bogaci, aby się ustrzec od kradzieży, robią kilka razy w roku takie akcje charytatywne, dają jedzenie, ubrania itp. Nie są przyjaciółmi, ale pomagają. Jest to umotywowane czysto ludzkimi względami – dać, żeby mieć spokój, ale są i tacy, którzy kierują się sercem.
Są ludzie, którzy maja wszystko - luksusowe domy z basenem i wszystkimi możliwymi wygodami, psem czy kotem, który ma własnego fryzjera i lekarza. Są domy takie, w których w jednym pomieszczeniu mieści się 8-10 osób, kuchnia i ubikacja.
Nasza parafia leży między 3 favelami na przedmieściu. Nie są to jeszcze te favele najbiedniejsze, ale i tak jest tam ciężko i niebezpiecznie. Nieraz myślę, że gdybym nie miał księżowskiej koszuli, różnie mogłoby być.
Są ludzie dobrzy, którzy chcą pomóc innym. Trochę pieniędzy na zakupy dla najbiedniejszych dają bogatsi. Pomoc parafii wynosi ok. 4.500 dolarów miesięcznie, dokładnie tyle, ile otrzymujemy w formie ofiary na tacę i innych datków.
Trudno jednak głosić Ewangelię i nie pomagać innym.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Zdzisław Sowiński