Strona główna arrow Misjonarz opowiada arrow Rozmowa z ks. Józefem Stępińskim SAC
Rozmowa z ks. Józefem Stępińskim SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Dlaczego Ksiądz został misjonarzem?
K. –
Zawsze moim zamiarem było pracować na misjach. Szukałem zgromadzenia, które prowadziło działalność misyjną i dlatego wstąpiłem do pallotynów.
Po ukończeniu seminarium wyjechałem do Brazylii z księżmi Jarkiem Chmieleckim i Adamem Kowalikiem. Zostałem skierowany do Niteroi, do pomocy księdzu Domańskiemu. Na początku to była nauka języka, przypatrywanie się duszpasterstwu, a dopiero później normalna praca. Po dwóch latach przeszedłem do Itaperuny, gdzie byłem wikariuszem w parafii św. Benedykta. Proboszczem był ks. Jan Baraniecki. Oprócz kościoła głównego mieliśmy pod opieką 32 kaplice. Najdalsza była w odległości ok. 60 km od kościoła głównego. Moim podstawowym zadaniem była praca w kaplicach. Do niektórych należało ok. 7.000 osób – było to jakby małe miasteczko. Trzeba było do tych ludzi dojechać, udzielać sakramentów, kontaktować się z liderami, ale także rozmawiać z ludźmi, poznawać ich i pomagać...

....rozwiązywać ich problemy. W niektórych kaplicach nie było prądu – modliliśmy się przy świecach lub lampach gazowych. W większych kaplicach starałem się bywać co tydzień, odprawiać Mszę św. w sobotę i niedzielę, a w mniejszych – raz w miesiącu. Przyjmowałem też ludzi w głównym kościele oraz chodziłem 2 razy w tygodniu do szpitala. Odwiedzałem też chorych w domach.
Pracowałem tam 4 lata, a następnie objąłem parafię w Cachoeiras de Macacu. Pracuję z diakonem brazylijskim (obecnie już księdzem – dop. red), naszym seminarzystą.

R. – Czy wprowadził Ksiądz jakieś nowe kierunki w pracy parafii?
K.
– Zorganizowałem dla dorastającej młodzieży (13 – 16 lat) kurs przygotowania do życia. Przygotowałem wcześniej grupę ludzi, która mogła ten kurs poprowadzić. Wprowadziłem także katechezę dla dzieci po I Komunii św., gdyż po I Komunii św. były za małe, by przyłączyć się do grup młodzieżowych. Jest to trochę inny rodzaj katechezy – chodzi o to, by mieli jakieś zajęcia w kościele, np. teatr.
Działają też Wincentyni – jest to ruch międzynarodowy, założony przez św. Wincentego a Paulo. Ruch ten obejmuje prawie całą Brazylię. Jego członkowie zajmują się biednym od strony materialnej i duchowej – zachęcają do czytania Pisma św., do udziału we Mszy św., do różańca i do modlitwy. Odwiedzają rodziny, interesują się ich trudnościami. Tutaj praca bez pomocy ludzi świeckich nie jest możliwa. Oni mówią, że to wielkie powołanie móc być katechistą. Zajmują się chorymi, organizują liturgię, katechezy, organizują spotkania i kursy – ksiądz musi wszystkiego nadzorować, szkolić liderów, ale pracują oni.
W części materialnej zająłem się remontem kościoła – trzeba było naprawić przeciekający dach. Wykorzystałem, że dach jest spadzisty, co dało możliwość dobudowania 4 salek katechetycznych oraz łazienek i barku, gdzie ludzie mogą się spotkać po Mszy św. i porozmawiać.

R. – Jak Ksiądz określiłby Brazylijczyków?
K. –
Jako ludzi bardzo otwartych i życzliwych. W dniu urodzin księdza zawsze podkreślają, że ksiądz zostawił wszystko: ojczyznę, rodzinę, przyjaciół; podkreślają powołanie, poświęcenie z jakim ksiądz wśród nich pracuje. Zawsze urządzają spotkanie, składają życzenia, śpiewają, przynoszą kwiaty i prezenty. Jest to bardzo wzruszające, szczególnie, że są to przeważnie biedne rodziny. Wspaniała jest współpraca ze świeckimi. Tu nie ma np. etatowego organisty – jeżeli jest msza dla młodzieży – młodzież gra, jeżeli dla dzieci – dzieci grają i śpiewają, a dla dorosłych – dorośli. To jest kościół żywy. Oni nie chcą być w tym kościele tylko przedmiotem, tylko słuchaczami – oni chcą uczestniczyć. Jest ogromna różnica między Mszą św. polską i brazylijską. Oni śpiewają, klaszczą i całym ciałem wyrażają modlitwę. Brazylijczycy lubią śpiewać i modlić się. Te grupy modlitewne spełniają ogromną rolę w parafii; modlą się i pracują z poświęceniem.
Brazylijczycy inaczej podchodzą do czasu niż Europejczycy. Nie żyją stale z zegarkiem w ręku. Toteż jeśli zdarzało się, że np. z powodu rozmytej deszczem drogi spóźniałem się – czekali spokojnie, śpiewając i modląc się.

R. – Czy Ksiądz zetknął się z problemem dzieci ulicy?
K.
– Jest to przede wszystkim problem dużych aglomeracji. Jeżeli w interiorze przez 5-6 miesięcy nie pada, to ludzie stamtąd przenoszą się do dużych miast – są bez zawodu, bez pieniędzy, nie mają się gdzie podziać. Budują na terenach wokół miasta „domy” z dykty lub cegieł dziurawek, na terenach, które nie są ich własnością. Jeśli ojciec i matka dostaną pracę, to zwykle zarabiają bardzo niewiele, tak, że ledwo starcza na przeżycie, często tylko na jeden posiłek dziennie. Dzieci idą żebrać na ulicę. Ten problem wynika z biedy.
Na favelach przestępcy, zajmujący się handlem narkotykami, dają dzieciom narkotyki do roznoszenia i sprzedaży. Dzieci z powodu biedy godzą się na to, bo chcą zarobić jakieś pieniądze. Jeżeli dziecko oszuka ich – najpierw ostrzegają, a później zabijają. Młodzież 15-18-letnia często dostaje już broń, by chronić przestępców. W ten sposób są wciągani do świata przestępczego.

R. – Proszę coś opowiedzieć o swoich doświadczeniach.
K.
– Po 9 (10) latach pracy pastoralnej jako ksiądz czuję się zrealizowany. Jestem pozytywnie zaskoczony współpracą z ludźmi świeckim, ich życzliwością. Pewnie, z ludźmi bywa różnie. Ostatnio odwiedzałem rodziny w parafii i pytałem dlaczego dzieci nie chodzą na katechezę. W jednej z rodzin pan domu wyszedł do mnie z szablą. Wymachiwał mi przed nosem i pokrzykiwał - jak się okazało człowiek ten był pod wpływem narkotyków i nie kontrolował tego co robi. Z wielkim trudem uspokoiła go sąsiadka, która go dobrze znała. Bywają i takie historie.
Lubiłem odwiedzać rodziny. Niektóre były bardzo biedne, ale i one zapraszały księdza na kolację. Mieszkali w byle jakim domu, w 8-10 osób. Cieszyli się bardzo jak przychodził ksiądz. Gospodyni szykowała jakąś kurę, a dzieci patrzyły co zostanie. Nie mogłem całkowicie odmówić poczęstunku, zjadałem więc kawałeczek, a reszta zostawała dla nich. Potem taka kobieta długo opowiadała z dumą, że jej dom odwiedził ksiądz. Poświęciłem dom, pomodliłem się z tą rodziną.
Mam wiele satysfakcji ze swojej pracy.

R. - Jakie są minusy życia misjonarskiego?
K.
– Nie ma zbyt wielu chętnych do wyjazdu na misje. Dawniej ideał misjonarza pociągał bardziej. Teraz większość młodych księży woli pracować w kraju – w Polsce jest święcony, zna język, kulturę, tu wszystko jest zorganizowane. A tam – przyjeżdżasz i od razu temperatura 40o, jest tak gorąco, że trzeba się przynajmniej 5 razy dziennie kąpać; inne jedzenie (podstawa ryż i fasola); inna kultura; inny sposób pracy pastoralnej. Dalej: kontakt z rodziną – raz na 2 – 3 lata.
W Brazylii innymi środkami, metodami trzeba pracować w Amazonii, a innymi w Rio de Janeiro czy San Paulo – dużych ośrodkach miejskich, przemysłowych.
Polska jest 25 razy mniejsza od Brazylii. Tam jedna parafia ma nawet ok. 70 tys. ludzi. Księży jest mało – trzeba wielu chętnych do pracy duszpasterskiej.
Zapraszam wszystkich do Brazylii – tam jest pięknie. To kraj jeszcze nie odkryty pod względem kulturowym i religijnym.

R. - Dziękuję bardzo za rozmowę. Sądzę, że Czytelnicy „Horyzontów Misyjnych” będą się modlić o nowe powołania misyjne.


Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Zdzisław Sowiński, archiwum