Strona główna arrow Misjonarz opowiada arrow Rozmowa z ks. Józefem Maślanką SAC
Rozmowa z ks. Józefem Maślanką SAC Drukuj Poleć znajomemu

R. – Jaki był pierwszy rok pracy w Amazonii?
K. –
Biskup powierzył mi pod opiekę teren dolnego Rio Negro, dawno już opuszczony przez księży. Nie było tam żadnego domu, bo księża mieszkali zawsze w Manaus. Jak przyjeżdżałem do miasteczka Novo Airao mieszkałem u różnych ludzi, a w interiorze w starych kościółkach. Takie cygańskie życie było bardzo ciekawe. Potem 3 lata mieszkałem na barce – to było bardzo wygodne. Przez pierwsze lata więcej pływałem niż byłem w Novo Airao. Parafia była wtedy w Manaus. Kiedyś jednak prowincjał zdecydował, że trzeba tu stworzyć parafię. Miałem wybudować kościół w Novo Airao. Pomyślałem wtedy, żeby tam zrobić stację misyjną. Zbudowaliśmy drewniany kościółek, który obecnie służy jako sala parafialna.
Potem dostałem od prefekta, w dowód uznania za zakładanie szkółek w interiorze, 2 ha ziemi oddzielone od centrum miasta lasem (ok. 500-600 m). Sprzedałem ¼ terenu i za uzyskane pieniądze zbudowałem drewniany domek, który do dzisiaj służy jako baza misyjna. Obok cumuje nasza barka.
Przez 2 lata mieszkał u mnie syn wodza indiańskiego, który po skończeniu...

...czteroletniej szkółki chciał jeszcze ukończyć gimnazjum. Jak skończył 6 klasę miał 18 lat. Poradziłem mu wtedy, żeby wstąpił do wojska, żeby zdobyć obywatelstwo brazylijskie (Indianie nie mieli obywatelstwa). Tak też zrobił, a teraz jest jakąś ważną osobistością dla swojego plemienia. Ma też kontakty z międzynarodowymi organizacjami, interesującymi się Indianami.

Teraz mieszka i pracuje ze mną ks. Zbyszek Dobek. Stale stołuje się u nas Fidencio, Indianin, który opiekuje się barką i mieszka na niej. W czasie wizyt duszpasterskich jest moim pomocnikiem. Nauczył się odmawiać brewiarz – czasem modli się nawet gorliwiej niż ja. Fidencio pływa z nami już ponad 10 lat.
Na początku poznawałem teren swojej pracy pływając małą, aluminiową łodzią. Błądziłem wiele razy, ale teraz znam rzekę lepiej niż ulice Łodygowic, mojej rodzinnej miejscowości.

R. – Czy zdarzyło się Księdzu pobłądzić tak skutecznie, że były kłopoty z dopłynięciem we właściwe miejsce?
K. –
Wielokrotnie. Najgorzej jak straci się całe paliwo – wtedy trzeba czekać na ratunek. Na szczęście zawsze znajdowałem właściwą drogę. Tam nie ma kogo zapytać, nie ma żadnych znaków na wodzie, żeby nie zabłądzić. Osady nad wodą są tak zamaskowane, że trudno je znaleźć. Na początku zawsze pytałem tubylców jak dotrzeć do następnej osady i robiłem sobie mapkę (minie się tyle jezior, tyle wejść w prawo itp.). To są prawdziwe labirynty. Krajobraz się ciągle zmienia, zależnie od poziomu wód. W okresie niskich wód ukazują się niezliczone plaże: piaszczyste i skaliste. Potem wszystko zakrywa woda, pozostają tylko nieliczne wyspy ziemi twardej.
Jest w moim życiu tak dużo szczęśliwych zdarzeń – za dużo, żeby uwierzyć, że to tylko zbieg okoliczności. Jak się analizuje te wypadki, wyraźnie widać, że to opieka Bożej Opatrzności, której zawsze ufam. Tam, wśród tej nieokiełznanej przyrody, człowiek czuje się bardzo malutki.

R. – Jak żyją Indianie nad Rio Negro?
K. –
Przeważnie już nie żyją życiem szczepowym. Na „moim” terenie są jeszcze 3 szczepy, ale już i do nich dotarło trochę cywilizacji. Większość Indian żyje w grupach po kilka rodzin, np. 4-6 rodzin osiada na tzw. mocnej ziemi i dalej o np. 3 godz. następne kilka rodzin z tego samego plemienia. Tak im łatwiej, bo gdyby wszyscy byli razem, to szybko wytrzebiliby zwierzynę i ryby, a wtedy musieliby płynąć daleko, by zdobyć żywność. Polowanie, łowienie ryb i zbieranie owoców to główne zajęcie Indian. Kobiety uprawiają niektóre rośliny. Oni zawsze wiedzą gdzie płynąć, gdzie szukać i jak się poruszać w tym labiryncie wysepek. Kiedy woda „idzie w las” ryby też są w lesie, np. manaty kryją się chętnie pod kępami traw. Ryby lubią niektóre gatunki owoców i żerują pod drzewami, toteż Indianie tam właśnie je łapią.
Z rzeką trzeba uważać, bo jak jest wysoka woda zalewa kamienie, skały, kawałki lądu i trudno wtedy dotrzeć do ziemi twardej. Jak woda opada łatwo wpaść na skały. Najwięcej pada w marcu i kwietniu. Indianie mówią, że to deszcz kobiecy – długi i markotny, nie mija szybko; deszcz krótki, intensywny – to deszcz męski, bo szybko się wyzłoci.

Podstawowym wyżywieniem jest mandioka (mączka z warzywa podobnego do buraka) i ryba. Mandioka rośnie przez 9 miesięcy. Są dwa typy tej rośliny, tzw. makaszeira (biała) i mandioka brava (tzn. zła). Ta druga ma w sobie truciznę, którą trzeba wypłukać z wodą, żeby móc jeść mandiokę. Lekarze nie zalecają jej nikomu, ale od tysięcy lat to jest pożywienie Indian. Makaszeira jest bardzo dobra, ma dużo skrobi. Można ją jeść tak jak ziemniaki, przypieczoną. Na południu fazendieros używają jej nawet do żurasko – mięsa pieczonego nad ogniem.

R. – Do niektórych osad Ksiądz dociera bardzo rzadko. Czy są tam ludzie, przygotowani przez Księdza, którzy w takich okresach nieobecności kapłana prowadzą modlitwy itp.?
K. –
Są, szczególnie w większych wspólnotach. Najwięcej jest grup młodzieżowych, ale są i starsi: Legion Maryi, Apostolstwo Miłosierdzia Bożego. W kilkuosobowych wspólnotach grup nie ma. Kiedy jestem wśród nich wiele rozmawiamy, czasami razem rozwiązujemy problemy. Przeważnie, jeśli jest ktoś, kto skończył 4 klasy szkoły podstawowej, przygotowuję go do roli katechety. Pierwsi moi katecheci rekrutowali się spośród osób, które ukończyły czteroklasową szkołę salezjan w Barcelos. Oni też uczyli w szkółkach, które zakładałem w wioskach. Teraz wszystkie szkoły są państwowe, ale nie ma kto płacić nauczycielom. W małych osadach są szkoły, ale nie ma kto w nich uczyć. Rozdajemy wtedy rodzinom elementarze, żeby kto ma czas i umie czytać, uczył innych, np. kiedy pada deszcz. Przywozimy im też artykuły szkolne – to dla nich wielki skarb, jeśli nie mogą posłać dziecka do szkoły.

R. – Co robią kobiety w Amazonii?
K. –
Zajmują się przede wszystkim wychowywaniem dzieci i domem. Tam zresztą nie mają innych możliwości – czasami zostają nauczycielkami czy pracują w prefekturze. Praktycznie zajmują się rodziną i uważają, że są na utrzymaniu męża. Mówię im, że jeśli pracują w domu, to mąż jest na ich utrzymaniu. On wprawdzie zarabia pieniądze, np. złowi ryby i sprzeda je, ale ona znacznie więcej się napracuje przez cały dzień. Mówiąc prawdę, to oboje utrzymują rodzinę. Kobieta wcale nie musi się czuć gorsza ani zależna od mężczyzny.
Tu nie ma żadnego przemysłu. W miasteczku, gdzie mieszkam, wyrabia się miotły, trochę koszyków, ozdób, maty, dywany z lian itp., barwi naturalnymi barwnikami. Na to rękodzieło jest jednak mały zbyt, gdyż turyści nie są tu zbyt często.
Kobiety zajmują się też uprawą manioki i bananowców. Reszta drzew rośnie sama. Jest wiele gatunków bananów, które zjada się w różnej postaci. Są takie olbrzymie banany, które dochodzą do 30 cm długości – smaży się je, gotuje lub piecze nad ogniskiem. To często jest podstawowe danie. Jeżeli mają mięso anta (jak nasza krowa) wędzą i opiekają nad ogniskiem.

R. – Czy mając tak rzadko kontakt z księdzem Indianie pozostają katolikami?
K. -
Zadziwiający jest fakt, że ludzie żyjący w takich warunkach pozostają katolikami. Na 53 wspólnoty więcej niż 40 jest całkowicie katolicka. To jest dla mnie jeszcze większym dowodem działania Opatrzności Boskiej niż te szczęśliwe wydarzenia. To jest działanie łaski Bożej, bo do wielu z tych wspólnot często przyjeżdżają pastorowie, ofiarowując im podarki, przywożąc lekarzy i dentystów. Poradziłem ludziom, żeby ich przyjmowali; mogą się nawet modlić razem, ale gdyby zaczęli źle mówić o Matce Bożej, niech się odwrócą plecami i zostawią pastora. Niech nie dadzą się przechrzcić, gdyż nie możemy zdradzić naszej Matki, a Matka Boża jest naszą Matką. Jesteśmy w rodzinie Bożej. Nie chcemy być synami czy córkami wyrodnymi.
Jest ten ludek w opiece łaski Bożej, bo ja tu jestem zaledwie kilka razy w roku. Z pastorami spotykają się częściej, a mimo to trwają w wierze katolickiej. Do niektórych osad pastorzy przestali już przyjeżdżać. Kiedyś zażartowałem w jednej ze wspólnot: „Wy jesteście jak wolne ptaki – dają wam jedzenie - bierzcie co dają; chcą was wziąć do klatki – nie dajcie się złapać”.

R. – Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała Jolanta Fidura
Zdjęcia: Zdzisław Sowiński, ks. Jan Sopicki SAC