|
R. – Jak długo Ksiądz przebywa w Brazylii?
K. – Trzynasty rok. Cały czas pracuję w Amazonii, nad Amazonką i jej dopływem Rio Negro; w Manaus i Novo Airao. Po 3 miesiącach w Rio de Janeiro przyjechałem do Amazonii. Pracowałem przez 3 lata z ks. Maślanką nad Rio Negro, a potem poszedłem na parafię w Manaus, gdzie byłem prawie 7 lat, ale kiedy tylko mogłem „urywałem się” z parafii i płynąłem do Novo Airao . A teraz, od ponad dwóch lat, jestem nad Rio Negro. I w Manaus i w Novo Airao praca jest ciekawa i daje dużo zadowolenia. Chociaż chyba bardziej sympatyzuję z Novo Airao i Rio Negro - ze względu na przyrodę. Na razie czuję się zdrowy, mocny, silny – uważam to za pewien dar, który chcę wykorzystać w miarę możliwości.
R. – Tam są przecież dość trudne warunki: dzika dżungla, robactwo w wielkiej obfitości, rybki żarłoczne itp. To Księdza nie zniechęcało? K. – Nie. Kontakt z naturą, rzeka, duże przestrzenie - to jest to w czym dobrze się czuję. Bardzo lubię wodę. To ogromna przyjemność – móc codziennie „dać nura” do wody, popływać. W rzekach Amazonii jest dużo życia: ryby, pasożyty, komary itp. Nad Rio Negro są mniej uciążliwe niż nad np. Rio Madeira czy innymi rzekami białymi. Można się do tego przyzwyczaić, choć na pewno jest dokuczliwe. Jeśli chodzi o rzekę – pewnie, że są tam piranie (i nie tylko), ale jeszcze jest zachowana...
...równowaga biologiczna, tak, że nie od razu wszystko rzuca się na człowieka. Ja codziennie pływam w rzece i jeszcze nic mnie nie ugryzło. Oczywiście w nocy bym się nie odważył. Kiedyś, przy połowie ryb, ugryzła mnie pirania. Była szybsza ode mnie. Pirania właściwie tnie, nie gryzie; nawet się nie czuje, tylko potem widzi się krew. Chociaż minęło już 8 lat, blizna jest dość wyraźna.
Przyroda nie jest chaotyczna. Natura jest zorganizowana. Kto pozna ją, może się zintegrować z tym wszystkim i żyć spokojnie. Jeżeli się jeszcze ma trochę duchowości św. Franciszka, ufność, pokój, to przyroda staje się przyjazna. Jak człowiek jest nerwowy, napięty, to tylko czekać, jak go coś ugryzie, gdzieś się potknie, upadnie czy skaleczy. Nawet kabokle opowiadają, że jak idą coś upolować z taką napiętą uwagą, to nie mogą spotkać żadnego zwierzęcia. A potem, gdy usiądą zapalić papierosa, odłożą broń, nagle zwierzę przechodzi niemal przed jego nosem, jakby był niezauważalny. Bardzo ważne jest, by wejść w ten świat z ufnością, zrozumieniem, że człowiek jest częścią przyrody.
R. – Czy miał Ksiądz jakieś szczególne „spotkania”, przeżycia właśnie ze światem natury? K. – Na początku, jak jeszcze byłem bardzo niedoświadczony. Lubiłem wypływać „na ryby” i kiedyś, w okresie odpływu, popłynęliśmy barką w pobliże jeziora, które przy odpływie zamyka się jak staw, gdyż jest położone wyżej. Tam jest uwięzionych dużo ryb. Razem z Fidencio i jeszcze jednym chłopakiem przeciągnęliśmy kanoe nad jezioro i ja postanowiłem rozciągnąć sieć. To było stosunkowo łatwe – na środku jeziora był wbity przez kogoś kij, do którego przywiązałem sieć i płynąłem w stronę drugiego kija przy brzegu, rozciągając sieć. Sieć się skończyła, a do kija brakowało jeszcze ze 3 metry. Zostawiłem sieć i chciałem podpłynąć po ten kij, ale się nie dało, bo był muł – brakowało jeszcze jakieś 1,5 m. Wskoczyłem w ten muł: nogi zapadały się głęboko, ubrudziłem się cały, ale doszedłem do tego kija, wyciągnąłem go i znowu „przegrzebałem” się do kanoe. Wbiłem kij w odpowiednie miejsce, przywiązałem sieć i wróciłem do barki. Kiedy wróciliśmy wieczorem jezioro świeciło się jak miasteczko – to były oczy krokodyli. Zapytałem, gdzie one były w ciągu dnia, bo ich nie widziałem. Usłyszałem: „Były zagrzebane w mule”. Aż mnie ciarki przeszły, kiedy pomyślałem, co mnie mogło spotkać! Dobrze, że nie nadepnąłem na żadnego, bo różnie się to mogło skończyć – nie miałem nawet maczety.
Miałem wiele różnych przeżyć związanych z bogatą przyrodą Amazonii. Pewnego grudniowego dnia przypłynąłem do jednej z wiosek o zmroku. Miała się odbyć procesja, a wiedząc, że tamtejsi ludzie bardzo lubią procesje, zdecydowałem, że odbędzie się, chociaż było już ciemno. Szliśmy ze świeczkami. Po drodze zatrzymywaliśmy się na rozważania. W pewnym momencie okazało się, że w środku procesji, wśród dzieci jest corao – bardzo jadowity wąż. Dzieci narobiły zamieszania, a jakiś kaboklo zdzielił węża pałką. Nigdy więcej nie popełnię tego błędu – żadnej procesji wieczorem. Msza św., spotkanie, a procesja następnego dnia, kiedy jest widno.
R. – A jacy są ludzie w Amazonii? Jak się księdzu z nimi pracuje? K. – Są otwarci, z natury bardzo religijni, tak że kontakt jest bardzo dobry, tym bardziej, że misjonarze w tamtym regionie są znani jako ludzie dobrzy i zawsze pomagający, toteż zawsze można na nich liczyć. Ksiądz misjonarz jest zawsze dobrze przyjmowany, nawet sekty chrześcijańskie mają przed nim respekt. Amazończycy ufają nam. Nasza praca duszpasterska polega przede wszystkim na tym, żeby oczyszczać z zabobonów ich wiarę, wiarę w Boga prawdziwego, żywego, w Jezusa Chrystusa, który zbawia, leczy, daje życie wieczne. Musimy trochę uważać, bo inna jest nasza europejska mentalność – mamy taka kartezjańską postawę: przemyśleć, przez refleksję dojść do czegoś, a oni nie są zainteresowani, żeby wiedzieć, oni chcą przeżywać. Kiedy staramy się wszystko wytłumaczyć oni nie rozumieją – trzeba ich czymś zainteresować, żeby chcieli poznać, bo poznanie daje radość. Nie można przeintelektualizować. Staramy się ich zainteresować, jak chce Jezus Chrystus, wizją Królestwa Niebieskiego i potem z nimi tę wiarę przeżywać. Od nich uczymy się intuicji, wrażliwości. Oni przeczuwają wiele rzeczy. Ich intuicja często nas zaskakuje. Staramy się w to ich przeżycie wkładać minimalne chociaż poznanie.
Trzeba sporo popracować nad życiem rodzinnym, które nie wygląda zbyt dobrze. Indianie dawniej żyli w strukturach plemiennych, teraz przechodzą do życia rodzinnego. To rodziny tworzą wspólnotę, co dla nich jest nowe. Mocna jest mentalność patriarchalna. Te rodziny często rozpadają się. Zostają same dzieci, które nie maja gdzie spać. Przez to są nieustające cierpienia. Będąc w Polsce na wakacjach „podglądałem” te południowoamerykańskie seriale. To tylko na filmach bywa tak wzruszająco i ładnie. W rzeczywistości te porzucone, zagubione dzieci są bardzo zranione wewnętrznie, nie potrafią zawierać przyjaźni – są przesadnie wrażliwe lub zaborcze w uczuciach, co rodzi kolejne problemy.
Ten problem, tak ładnie ubrany w filmach, jak bardzo tragiczny. Takie dzieci, a nawet młodzież, wychowujące się bez jednego z rodziców, a często pozostawieni samym sobie, są tacy „niekompletni”; kiedy się z nimi rozmawia widać, że bardzo cierpią. Jest to problem wszystkich miast, a zaczyna się i w osadach. Toteż w katechezie trzeba z nimi dużo pracować, żeby im pomóc się z tego wszystkiego uwolnić, żeby mogli odzyskać pewność siebie. Brak edukacji, słabe więzi rodzinne rodzą różne problemy, a także niejednokrotnie nadużycia w stosunku do dzieci.
Ciąg dalszy w następnym numerze. Rozmawiała Jolanta Fidura Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, Zdzisław Sowiński oraz archiwum |