Strona główna arrow Misjonarz opowiada arrow Rozmowa z s. Mariettą Garbul SAC
Rozmowa z s. Mariettą Garbul SAC Drukuj Poleć znajomemu
Ks. A. Chełkowski – Do Rwandy wyjechała Siostra w 1979 r. A kiedy Siostra podjęła decyzję o pracy na misjach?
S. Marietta Garbul –
Powołanie zakonne, którym mnie Pan obdarzył z pewnością było powołaniem misyjnym. Od dziecka lubiłam czytać dużo książek o tematyce przygodowej, misyjnej. Najbardziej podobała mi się książka o o. Damianie de Veuster i jego pracy na Molokai. To był główny bodziec do wstąpienia do Zgromadzenia Apostolstwa Katolickiego, zgromadzenia misyjnego, a w konsekwencji wyjazdu na misje.

Ks. – Jakie były pierwsze wrażenia Siostry po wylądowaniu w stolicy Rwandy, Kigali?
S. –
Dotarłyśmy tam z s. Orencją samolotem Air France 15 września 1979 r., po 12-godzinnym locie z Paryża. Była 900 rano. Upał, wyschnięta, popękana, brunatno-czerwona ziemia; na lotnisku tłok, niezrozumiałe krzyki, pełno czarnych twarzy. Po niejednej twarzy spływały łzy szczęścia, dużo gestów radości. Rozglądałyśmy się za znajomą twarzą – nie było nikogo! Trzy nasze pionierki, które pracowały tu już od dwóch lat, nie miały telefonu. Taksówek nie było. Iść pieszo – miałyśmy za duży bagaż. Czekałyśmy więc. Kiedy już ucichł nieco gwar na lotnisku, zainteresował się... ...nami Ks. Dominikanin i zapytał po francusku na kogo czekamy. Dzięki niemu dotarłyśmy na naszą misję. Jak się okazało, telegram zawiadamiający o naszym przyjeździe leżał na poczcie.

Ks. – Siostra uczyła się języka francuskiego, który jest w Rwandzie językiem urzędowym, ale większość ludzi mówi „kinyarwanda”. Jak Siostra nawiązywała pierwsze kontakty?
S. –
Bardzo trudno jest pracować bez znajomości języka tubylczego. Pracą w Ośrodku Zdrowia musiałam zająć się od razu. Pracowałam najczęściej nocami, kiedy było mniej chorych i z nimi poznawałam tajniki języka tubylczego.

Ks. – Jak Siostra, jako pielęgniarka, ocenia Ośrodek Zdrowia, w którym Siostra rozpoczęła pracę misjonarską?
S. –
Ośrodek ten znajdował się w Masaka, 19 km od stolicy kraju, Kigali. W Masaka była ludność napływowa, zajmująca się przede wszystkim karczowaniem ziemi pod uprawę. Nikt nie przejmował się złym stanem ośrodka. Nie było lekarstw, urządzeń medycznych. Pielęgniarz przyjmował chorych na holu przed ośrodkiem. Otrzymywali tabletki lub zastrzyki i wracali do domu. Aby ten ośrodek stał się funkcjonalnym, trzeba było dużego nakładu pracy i finansów.
W rwandyjskich ośrodkach zdrowia nie ma praktycznie lekarzy – ci pracują w szpitalach. Chorych, zgłaszających się do Ośrodka, przyjmują pielęgniarki, dobrze przygotowane do tej pracy. Tubylcza pielęgniarka jest przygotowana do rozpoznawania chorób, odbierania porodów, leczenia, a raczej wyrywania zębów, naprostowywania zwichnięć.
Do ośrodka zdrowia każdy, kto jest chory może przyjść bez wcześniejszego zgłaszania się i zawsze zostanie przyjęty, choćby to był 150-ty przypadek, a pielęgniarka nie miała czasu na posiłek. Po konsultacji i badaniach w laboratorium chory otrzymuje lekarstwa. Jeśli pojawiał się pacjent z bardziej skomplikowaną chorobą, zostawał odwieziony do szpitala, bo prawie każdy ośrodek zdrowia posiada własny środek lokomocji.

Ks. – Jacy są pacjenci Siostry?
S. –
Po 20 latach pracy w rwandyjskich ośrodkach zdrowia mogę powiedzieć, że chorzy mają tam dużo zaufania do leczących; są bardzo cierpliwi, wytrzymali na ból, np. kiedyś robiłam opatrunek dziecku, które było bardzo poparzone. Maleństwo wierzgało, krzyczało. Wówczas, wzdychając do Boga, prosiłam Go o natchnienie jak maleństwu pomóc – przyszła mi myśl, by obiecać mu kawałek chleba w zamian za wyciszenie. Dziecko zacisnęło ząbkami wargi i tylko łzy, które spływały mu po policzkach, wyrażały jego cierpienie - leżało spokojnie, nie krzyczało. Cóż za radość była w jego oczach, gdy otrzymał obiecaną kromkę chleba!
Największa śmiertelność jest wśród dzieci do drugiego roku życia. Dzieci, które przetrwają ten wiek są w pewien sposób zaadaptowane do trudnych warunków życia, np. braku wody, a w konsekwencji braku higieny. Od najmłodszych lat dzieci pracują i to nieraz bardzo ciężko, np. codziennie noszą na głowie ciężkie bidony z wodą, nieraz z bardzo daleka, pracują w polu, wypasają bydło, zbierają drewno na opał.

Ks. – W warunkach, kiedy w Ośrodku Zdrowia nie ma lekarza, pielęgniarki musza samodzielnie podejmować decyzje. Jaki był najtrudniejszy przypadek w pracy Siostry?
S. –
Trudne przypadki zdarzają się dość często; z łatwymi ludzie radzą sobie sami lub pomagają im znachorzy. Aby dojść do Ośrodka, czasem trzeba pokonać do 40 km pieszo, więc ciężko chorzy bywają przynoszeni przez 4 mężczyzn na noszach zrobionych z kijów i sitowia. Trudne przypadki to: głębokie rany, złamania, nieprawidłowy układ dziecka w łonie matki, krwotoki, utrata przytomności z powodu malarii lub innych chorób czy wypadków, oparzenia, gruźlica, astma itp. Jeżeli nie możemy pomóc na miejscu - odwozimy chorego do szpitala. Ośrodek funkcjonuje całą dobę.

Ks. – O ile wiem już wkrótce po waszym przyjeździe zaczęły się zgłaszać dziewczęta do Waszego Zgromadzenia. Czy możecie im powierzyć podjęte przez was zadania?
S. –
Na początku naszej misji w Rwandzie było tylko 5 sióstr – to bardzo mało na tak szeroki zakres pracy: 2 ośrodki zdrowia, sierociniec i dwa ośrodki dożywiania zagłodzonych dzieci. Do współpracy przyjmowałyśmy dziewczęta, które interesowały się życiem zakonnym. Obecnie jest 15 Sióstr Pallotynek tubylczych, z których dwie są już odpowiedzialne za ośrodki zdrowia, jedna za formację zakonną, a jeszcze inna jest przełożoną domu.
Rwandyjki są bardzo dobrymi pielęgniarkami – są dobrze przygotowane do pracy, odważne w podejmowaniu decyzji, a przy tym współczują chorym – są wrażliwe i ofiarne.

Ks. – W warunkach afrykańskich Ośrodek Zdrowia (dispensaire) pełni funkcje znacznie szersze niź przychodnia w Polsce.
S. –
Tak, tam nie tylko udziela się pomocy doraźnej, ale jest także szpitalik na 30 lub więcej łóżek, porodówka, apteka, laboratorium, sala zabiegowa, opatrunkowa, ośrodek dożywiania zagłodzonych dzieci. Ten ostatni to raczej szkoła dla młodych matek, które przynoszą swoje niedożywione dzieci, często chore na marazm albo kwashiorkor, i tu uczą się racjonalnego żywienia maluchów.

Ks. - Gdzie Siostrę zastała wojna plemienna 1994 r.?
S. –
W 1994 r. pracowałam w Ośrodku Zdrowia w Ruhango i tam zastała mnie wojna.

Ks. – Siostra pozostała w Rwandzie przez cały czas, chociaż większość misjonarzy wyjechała. Czy to był świadomy wybór czy raczej zbieg okoliczności, palec Boży?
S. –
Podobnie jak moje współsiostry Polki miałam możliwość opuścić Rwandę w czasie wojny i wrócić do kraju. Nie zrobiłam tego świadomie. Jeżeli byłam z moimi współsiostrami-Rwandyjkami w czasie pokoju i rozkwitu kraju, to czy mogłam postąpić inaczej w czasie wojny i niebezpieczeństw, jakie im groziły? Siostry Rwandyjki, mimo prób, nie miały możliwości, by wyjechać z kraju. Postanowiłam dzielić ich los.

Ks. – Jak w tych trudnych chwilach zachowywały się Rwandyjki, pochodzące przecież z obu walczących plemion?
S. –
Siostry Rwandyjki bardzo sobie pomagały. Te, które nie były zagrożone, pomagały ukryć się tym, których życie było w niebezpieczeństwie. Dzięki Bogu Miłosiernemu wszystkie przeżyły wojnę i pracują do dziś.

Ks. – Co jest najważniejsze w życiu misjonarki?
S. –
Z pewnością na pierwszym miejscu cnoty teologalne. One są najważniejsze w życiu każdego chrześcijanina, a w życiu misjonarki w sposób szczególny, by świadczyć o żywym Bogu. Aby dobrze apostołować, potrzebna jest solidarność. Bardzo ważną sprawą jest dobre poznanie języka tubylczego, zanim rozpocznie się pracę – na to nie powinno się żałować czasu.

Ks. – Co chciałaby Siostra powiedzieć Rodakom?
S. -
Rodakom w Ojczyźnie chcę przekazać moje serdeczne „Bóg zapłać!” za Waszą troskę o misje i kraje misyjne – za modlitwę, za adorację Najświętszego Sakramentu, za pomoc materialną. Dziękujemy za wszelką pomoc. Szczęść Boże!

Zdjęcia: archiwum Sióstr Pallotynek