|
Troską nas wielu jest, co zrobić, by wzbudzić w innych uczucie miłości. Staramy się; chcemy zrobić dobre wrażenie. Dbamy o swój wygląd. Uśmiechamy się i zachowujemy w miły sposób.
Czasem poświęcamy się dla innych, by uzyskać akceptację, uznanie, okruchy miłości. Stajemy się żebrakami uczucia miłości. Nadmiar starań czyni nas wyczerpanymi, pełnymi frustracji, złości, rozczarowania i goryczy. Boimy się, że inni nas nie zauważą, nie docenią. Bez nich nie przeżyjemy. Dlatego od nowa inwestujemy w innych – aby zdobyć miłość, skupić uczucie miłości na sobie samym. Łudzimy się, że miłość przyjdzie do nas z zewnątrz. Ten nadaremny wysiłek zdobywania miłości zasłania przed nami bolesną prawdę naszego serca, poczucie deficytu miłości. Wielu z nas nosi w swoim sercu piekielny stan osamotnienia, emocjonalnego chłodu, przygnębienia i złości. Ewangeliczny obraz piekła to stan „płaczu i zgrzytania zębami” (Mt 22,13).
Człowieka, który boryka się z deficytem miłości, dobrze rozumiał i czuł św. Wincenty Pallotti. To dla osób, które marzną z zimna w swoim sercu chciał stać się „pokarmem... odzieżą... napojem... likworem kojącym... delikatnym puchem... lekiem... światłem... życiem”.
Pallotti tak bardzo czuł się od wewnątrz ogarnięty miłością, że z obfitości, nadmiaru miłości chciał dawać siebie innym. Jego metaforyczny język wyraża konkretne sposoby miłowania. Miłość jest prosta i praktyczna. Pokarm, odzież, napój to obrazy miłości. Delikatny puch wyraża ciepło, czułość, pieszczotę. Lek to miłość przywracająca zdrowie. Pallotti obchodził się niezwykle czule...
...z osobami, które odczuwały w sobie deficyt miłości. Nie oskarżał ich o niedojrzałość, nie przypisywał im winy, nie upokarzał i nie pogłębiał ludzkiej biedy. On ich rozumiał i czuł. Był świadomy, że źródłem cierpień emocjonalnych, pustki w sercu, piekielnego stanu „płaczu i zgrzytania zębami” jest niepowodzenie w procesie rozwoju i dojrzewania miłości. Dlatego kontakt ze zranionym człowiekiem rozpoczynał od przyjęcia go takim, jakim on jest. Przyjąć drugiego człowieka, właśnie takim, jakim on jest, to pierwszy akt miłości. Za św. Janem Pallotti powtarzał, w oparciu o swoje osobiste doświadczenie, że „Bóg jest Miłością” (1 J 4,16). Bóg kocha samego siebie; Ojciec kocha Syna; Syn kocha Ojca; ich wzajemna miłość to Duch Święty, Dar niestworzony, któremu na imię Miłość. Pallotti pisał: „Bóg bezgranicznie szczęśliwy, powodując się nieskończoną miłością i nieskończonym miłosierdziem, dokonuje dzieła stworzenia po to, aby się całkowicie udzielać swoim stworzeniom”. Bóg kocha wszystko, co jest z jego „Nadmiaru”. Bóg szczególnie kocha człowieka, każdego człowieka, bo człowiek jest Jego obrazem (Rdz 1,26). Pallotti, kontemplując Boga i samego siebie jako „Boży obraz”, doznawał uczuć zdumienia, zachwytu, szczęścia. Jego wyznania układają się w osobisty hymn na cześć własnego, a zarazem podarowanego istnienia i człowieczeństwa. W jego języku brzmiało to tak: „Jestem żywym obrazem tego, co wieczne, nieskończone, niezmierzone, niepojęte... jestem żywym obrazem nieskończonej Twej potęgi... jestem żywym obrazem nieskończonej Twej mądrości i nieskończonej dobroci Twojej... jestem żywym obrazem Twej istotnej sprawiedliwości i, miłosierdzia i czystości... jestem żywym obrazem Twej istotnej świętości i doskonałości...”.
Przeżycia Pallottiego własnej bezcenności istnienia i człowieczeństwa stały się wcieleniem słów Jezusa: „co da człowiek w zamian za swoją duszę? (Mt 16, 26). Cóż cenniejszego ma człowiek w swoim życiu, jeśli nie Boga i własną duszę, głębokie, prawdziwe, jedyne i niepowtarzalne „ja”, „obraz Boży”. Pallotti wysoce cenił sobie dar własnego istnienia. Ubolewał, że „tak mało ludzi, i w tak małym stopniu, ceni sobie własną duszę” oraz że „jeszcze mniejsza ich ilość żywi wdzięczność za tak niepojęte dobrodziejstwo”.
Najgłębszą tożsamość czyli odpowiedź na pytanie kim jestem? odkrywał Pallotti w kontemplacji Ducha Świętego. Pisał: „Jestem żywym obrazem wiecznej, niezmierzonej, niepojętej i nieskończonej miłości Ojca i Syna, nadto, w duszy istnieje naturalny czynnik dążący do nieskończonej miłości. „Miłość nie jest czymś, co trzeba zdobywać, posiąść czy zawładnąć. Miłość to coś, czym się jest w głębi siebie. Nie trzeba jej szukać; ona „istnieje”. Kto znajdzie miłość w sobie, znajdzie ją również we wszystkich innych ludziach. Kto w sobie samym odkrył miłość, ten nie może już kochać niczego innego poza miłością. „Bóg, Miłość nieskończona i nieskończone Miłosierdzie chce – pisał Pallotti - aby wszystkie dusze, jeszcze za swego życia na tej ziemi miały w sobie królestwo, którym jest Jego święta miłość”.
Miłość w nas wyraża się w postawie, działaniu i uczuciu miłości. To miłość sprawia, że serce bije szybciej i silniej, dostarczając więcej krwi do powierzchni ciała, powodując lśnienie oczu. W miłości człowiek dąży do bliskości i kontaktu. Jego serce staje się lekkie i czuje się wesoły. Od poczęcia do śmierci doświadczamy w naszych sercach rytmu miłości, rytmu przyjmowania i dawania. Już niemowlę, które praktycznie wszystkiego potrzebuje od rodziców, aby przeżyć, obdarza ich uczuciem więzi, czułości, tulenia się. Małe dziecko potrzebuje opieki, ochrony, akceptacji, obdarza radością zabawą. Starsze dzieci darowują nam przyjaźń i zapraszają do przygody. Młodzież obdarowuje nas romantyzmem i świeżością idealnych wizji życia i świata. Dorośli składają dar opieki, szacunku, troski o najmłodszych i najstarszych. Starcy darzą nas doświadczeniem, zrozumieniem i wyrozumiałością. Małżonkowie dają siebie wzajemnie w darze ciała, świętując jedność serc i ciał. Na każdym etapie życia przyjmujemy i dajemy, bo „miłość Boża rozlana jest w sercach naszych przez Ducha Świętego, który został nam dany” (Rz 5,5).
Miłość – ten najcenniejszy dar serca - może zostać zraniona. Jeśli żywe uczucie miłości dziecka do rodzica nie spotka się z odzwierciedleniem to uczucie miłości, przyjemności, radości zostanie przemienione w ból, beznadziejność. Jeśli impuls miłości zostanie zignorowany dziecko reaguje złością, rezygnacją, wycofaniem. Impuls do zbliżenia z drugim ulega zamrożeniu. Potem człowiek pragnie i boi się miłości, oczekuje jej i broni się przed nią. Lęka się miłości. Jego uczucie miłości zostaje uwięzione. Lęk, złość, smutek, osamotnienie – to uczucia, które najczęściej odczuwa. Tęskni i szuka miłości. Jego trud staje się nadaremny.
Także człowiek o szczęśliwym dzieciństwie może zatrzymać się w rozwoju miłości, a nawet miłość uwięzić. Dzieje się tak wtedy, gdy człowiek nie dociera do duchowego wymiaru własnej tożsamości, żyje swoim płytkim „ja”, nie dociera do „ja” głębokiego. Ojciec W. Stinissen taki stan człowieka nazywa fundamentalną neurozą. Polega on na tym, że człowiek żyje obok prawdziwej swojej istoty. Wyparcie duchowości, miłości, ostatecznie Ducha Bożego z konieczności prowadzi do melancholii, która często jest maskowana uśmiechem. To wyobcowanie zrzuca człowieka w przepaść bezsensu i samotności. Człowiek może wciąż uprzyjemniać sobie życie, lecz jego głębia ducha zostaje uwięziona w złotej klatce i spętana złotymi łańcuszkami.
Św. Wincenty Pallotti, który odnalazł miłość i samego siebie w miłości, chce nam dodać odwagi, abyśmy rozpoczęli kopać głębinową studnię we własnym sercu. Będzie to trud nie nadaremny. Źródło miłości jest w naszym wnętrzu. W cudzie ciężkiej pracy zostaniemy nagrodzeni. Miłość zostanie w nas uwolniona. Będziemy świętować życie i miłość. Bo „dusza nasza jak ptak się wyrwała z sidła ptaszników, sidło się porwało, a my jesteśmy wolni” (Ps 124,7).
Życzę Ci – Drogi Czytelniku – odnalezienia w sobie miłości, tej drogocennej perły, którą jesteś.
Ks. Bogusław Szpakowski SAC Zdjęcia: ks. Adam Golec SAC, archiwum |