Strona główna arrow Duchowość arrow Małżeństwo - Boża instytucja
Małżeństwo - Boża instytucja Drukuj Poleć znajomemu

Zawsze podziwiałem te osoby, które - bez doświadczenia - wygłaszały piękne nauki, pouczenia, wzniosłe sentencje na temat... Małżeństwa, Rodziny.

Może to było tylko wyuczone? A może to wynik tęsknoty i marzeń za tym, czego nigdy nie doświadczyli w swoich Rodzinach, w których przyszli na świat, wzrastali, z których wywodzą się -a teraz innym narzucają i pouczają: jak to powinno być; jak to ma być; czy wręcz - jak to musi być.
A przecież nauka Chrystusa jest ta sama dla wszystkich. I dla tych, co idą do Świętości Drogą Życia Konsekrowanego. I dla tych, co pną się na stopnie Świętości na Drodze Małżeństwa, Rodziny.

Ale zawsze łatwiej pouczać innych. Trudniej samego siebie.
No właśnie - teoria i praktyka. Ideały, marzenia, wizje a bezwzględna rzeczywistość codzienności.
I ja tak kiedyś czyniłem, dopóki...
Teraz wiem, że „idealny ideał" pogarsza tylko te sytuacje w bardzo wielu...

...wypadkach, bo rodzi kompleksy, frustracje, depresje, rozłamy.

A małżeństwo to h a r m o n i a! To jakby dwa tryby, które mają się tak dopasować, by wzajemnie coraz bardziej się zazębiać; by z upływem czasu malały zgrzyty, iskrzenia, wzajemne blokady, grożące pęknięciem lub trwałym uszkodzeniem.
Sakrament Małżeństwa jest tak samo ważny i wielki, jak i pozostałe!
Tak samo niesie ze sobą łaskę Boga, właściwą temu powołaniu - oby świadomość tego i łączność z Powołującym towarzyszyła wszystkim Małżeństwom w ich szarej codzienności życia.

I ja tak kiedyś czyniłem, dopóki... nie przyszło mi płakać z bezsilności z niektórymi małżeństwami. Oni oczekiwali pomocy, recepty na zaistniałe problemy, wysłuchania ich i odrobiny wyrozumiałości. W czasie urlopów w Polsce ludzie często zwracali się do mnie, szukając maleńkiej iskry nadziei.
Wyniosłem z tego wszystkiego jeden wniosek: zbyt ogólnikowe i jurydyczne podchodzenie do problemów poszczególnych Małżeństw czy Rodzin - szczególnie stawianie „niemożliwych" do wypełnienia wymagań w konfesjonale - mogą być bardzo negatywne w skutkach. Ci ludzie przychodzą z nadzieją, że..., oczekują pocieszenia, małego „światła" na horyzoncie, dającego im nadzieję..., a często odchodzą z jeszcze większym pręgierzem i przygnębieniem, niż przyszli.

I kto jest temu winien? Oni - z pewnością też. Ale my, Pasterze, nie możemy „umywać rąk", usprawiedliwiając się, że takie są wymogi! Takie prawo! Taka ogólna droga Kościoła!
Jest to oczywiście prawda - ale czy dobrym jest ukazywanie ludziom tylko Boga - Sędziego? Czy o to chodziło Chrystusowi? Czy tylko dla niektórych Bóg to Miłość, czy tylko dla niektórych to miłosierny Ojciec?
I ja tak kiedyś czyniłem, dopóki... Dziś wyznaję to szczerze! Ale doświadczenie z ludźmi innych kultur zmieniło mnie i zmienia w dalszym ciągu. Bo przecież nikt, kto przyszedł do Jezusa z dobrą wolą, nie odszedł bez uleczenia, pociechy, nadziei, że będzie lepiej. A może i więcej: odchodził ze świadomością, że mimo pogmatwania życiowego Bóg go kocha i jest o niego zatroskany!

„Dla Boga nie ma nic niemożliwego!"
Jeśli ktoś z małżonków staje się jako „zagubiona owca", to czyż Dobry Pasterz jej nie poszukuje? (tak jak każdego z nas?!) Nie pragnie - obolałej, poranionej - wziąć na swe ramiona, by ją opatrzyć i przywrócić do Owczarni Ojca?
Swoistą wewnętrzną „rewolucję" - dzięki Bożemu darowi samotności - przeżyłem, gdy zgłębiałem słowa: „Nie człowiek został stworzony dla szabatu, ale szabat dla człowieka". A analizowanie rozwoju Prawa w Starym Testamencie też swoje zrobiło!
Bo Dziesięć Bożych Przykazań, skondensowanych przez Jezusa do dwóch - O MIŁOŚCI - pozostało i pozostaje NIEZMIENNE!!!

Trochę więc inaczej teraz podchodzę do problemu, któremu na imię „MAŁŻEŃSTWO". Bo, jako BOŻA INSTYTUCJA, a każde z małżonków jako OBRAZ BOGA, ofiarowują siebie nawzajem - na konsekrowanym przez Boga - OŁTARZU RODZINY.
Jako pasterz zobowiązany jestem w swej posłudze do pomocy, by Ofiara Małżonków była jak najmilsza Bogu.

Małżeństwo jest „miejscem", w którym - po ludzku biorąc - Dwoje Ludzi albo może się najbardziej uszczęśliwić, albo najbardziej skrzywdzić i zranić.
Problem rodzi się w podejściu do odpowiedzialności za poślubioną osobę. A wynika to z dylematu: „czy ja chcę być uszczęśliwiany" - „czy ja chcę uszczęśliwiać".
W tutejszym języku jest taka „recepta" na dobre małżeństwo: „Givim bel bilong mi olgeta long..." - tzn. „oddaję całego siebie i robię wszystko, by..." druga osoba była ze mną szczęśliwa!
Dziś mocno nasiliła się postawa taka: ludzie, choć ślubują miłość - jednak bardziej dążą do miłości własnej czy do stanu, by być obdarowywanym miłością. A to nie jest miłość, tylko egoizm!
Trzeba się uczyć Miłości nie z książek czy telewizji, ale od samego Jezusa, który „... samego siebie wyda...". I to jest istota Jego Ofiary!
Ofiara w Małżeństwie opiera się na tym właśnie wzorze: dać całego siebie dla ukochanej osoby i dla tego zrodzonego życia.

Miłość w ludzkim wydaniu często zawodzi. W wydaniu Boga - nie. Drugi człowiek rani, krzywdzi. A Bóg nie. On przygarnia zranionych, obolałych, skrzywdzonych, zawiedzionych...

Ks. Krzysztof