|
Papua Nowa Gwinea
|
Moje pięć minut" w PNG |
|
|
Było to rzeczywiście „wyzwanie", którego przed przyjazdem tutaj nie bytem świadomy.
I bardzo dobrze! Bo gdybym wiedział, co mnie tu czeka, czego będę doświadczał, pewnie zabrakłoby mi odwagi, by podjąć pracę tutaj.
Bóg miał dla mnie swoją drogę, by mnie tu „wykorzystać" i dlatego stopniowo dawkował doświadczenia, poprzez które mnie umacniał i utwierdzał.
Był czas kilku miesięcy zachwytu przyrodą, ludźmi, powagą powołania misyjnego w służbie Papuasom.
Później nastąpił czas kilku lat, kiedy głównie dostrzegałem negatywne strony życia i pracy tutaj. Wtedy zadawałem sobie pytania o sens mojego posługiwania tutaj, a nawet „po co ja tu jeszcze się tak męczę?" Było wiele sytuacji, po których mogłem spokojnie wyjechać, ale jakiś dziwny upór i dziwna siła trzymały mnie tutaj. Jakoś przetrwałem!
Później nastąpił czas pogodzenia „zachwytu" z „negacjami", wypośrodkowania i znalezienia drogi dalszej pracy. I wtedy dopiero - po tym okresie mojego „oczyszczenia" - odczułem „rękę Boga" nade mną, co wzbudziło zaufanie ku Niemu, usystematyzowało i utwierdziło moją, dotychczas „teoretyczna", wiarę na „praktyczną" oraz dało mi twardą motywację i zrozumienie sensu bycia tutaj. Dopiero wtedy przyjąłem za swoje, dlaczego Bóg posłał mnie tutaj, a nie gdzie indziej.
Przez dłuższy czas, po kilka lat, pracowałem na czterech stacjach... |
|
Czytaj całość
|
|
|
Papua Nowa Gwinea - moja miłość |
|
|
1 listopada 2009 r., minęło 15 lat od kiedy moje stopy po raz pierwszy dotknęły tej ziemi. Były to bardzo owocne lata w moim życiu, które dobiega 50-tki. Patrząc na ten czas jestem przede wszystkim wdzięczny Chrystusowi za to wspaniałe, choć trudne, powołanie, do którego przygotowywał mnie od dzieciństwa, za wszystkie łaski, dzięki którym mogłem się tu znaleźć i pracować oraz za wszystkich ludzi, którzy pomogli mi to powołanie odkryć i zrealizować i towarzyszą mi w jego wypełnianiu każdego dnia.
Kiedy po dwudniowej podróży samolotem - pierwszej tak długiej w moim życiu, wysiadłem na nowo-gwinejskiej ziemi poczułem, jak wszyscy, „żar tropików" i od razu doświadczyłem, że jestem nie tylko w innym kraju, ale także w innym wymiarze kulturowo-czasowym. Brat, który miał nas odebrać z lotniska spóźnił się, co, jak miałem się przekonać później, jest „normą" w tych warunkach, bo tu czas jest „gumowy". Chodząc przed lotniskiem w „pełnym ekwipunku" (opuściliśmy Polskę 30 października), pocąc się przy tym obficie, zobaczyłem Papuasów przeżuwających coś i plujących obficie. Czerwono-rdzawe plamy były wszędzie. Pierwsze skojarzenie: przeżuwają kawałki mięsa i to pewno ludzkiego - kanibale! Boże, gdzieś Ty mnie przyprowadził! Okazało się potem, że to tylko przeżuwany bułaj czyli orzech z kilkoma dodatkami.
Wybierając się do Papui miałem trochę wątpliwości czy dam radę. Miałem już za sobą rok spędzony za granicą, w Szkocji na nauce języka angielskiego. Mówiłem sobie: „Jeden język i to europejski przychodził ci z wielkim trudem i niewiele się nauczyłeś (praktyka pokazała, że nie było tak źle), jak więc dasz sobie radę z drugim, który przecież jest całkiem odmienny od europejskich, jak dasz radę ze zrozumieniem innej kultury skoro ze szkocką było niełatwo?". Jednak gdzieś na dnie serca była ufność: „Ten, który cię powołał... |
|
Czytaj całość
|
|
|
Piętnaście w dwudziestu |
|
|
Nigdy nie lubiłem i nie lubię rocznic, jubileuszów itp., bo to trzeba przygotować, są celebracje, przemowy, wystąpienia i czcze pogaduchy. Ale jeśli coś miało swój początek to na pewno będzie miało swoje rocznice i jubileusze. Skoro już się tak zdarzyło - mówi się trudno. Dwie dekady istnienia delegatury to jeszcze nie srebro, ale też jest co celebrować.
Zaszczyt rozpoczynania tej delegatury w PNG (Papua Nowa Gwinea) mnie ominął, więc chylę czoło przed tymi, którzy przełamywali pierwsze lody tutaj na równiku i składam homagium na ręce ks. Krzysztofa i ks. Mariana oraz tych, którzy byli tu przede mną, przecierając szlaki. W pewnym momencie mieli pecha i pokarałem ich swoją obecnością.
Początki „w egzotyce" mogą być egzotyczne - zwłaszcza, że wszystko jest inne i nowe, począwszy od pogody, otoczenia, klimatu, zwierzyny i ludzi po język, kulturę i obyczaje. Niestety w człowieku zazwyczaj odzywa się taka bestia, która chce wszystko posiąść na raz i być mądralą już następnego dnia.
Dziś wydaje się śmiesznym to, co niegdyś mnie wpieniało, a innym przysparzało śmiechu. O, choćby pierwsze próby pływania na kanoe. Wlazłem ci ja do tego pływającego wehikułu i już po paru ruchach wiosłem, pewien nabytych umiejętności, ruszyłem na podbój bajorka. Ktoś zawołał mnie z brzegu, obróciłem się i balans poszedł się kąpać, a ja wraz z nim wylądowałem w wodzie. Im było wesoło, a mnie mokro.
Język się plątał, powstawały nowe, dla nikogo nie zrozumiałe makaronizmy. Kiedyś, podczas... |
|
Czytaj całość
|
|
|
Moja praca wśród Papuasów |
|
|
26 października 2009 roku minęło 13 lat od momentu kiedy postawiłem pierwsze kroki na papuaskiej ziemi, rozpoczynając misyjną „przygodę". Znalazłem się w nowym świecie, wśród nowych ludzi, stając przed wyzwaniami, które w momencie przyjazdu nawet sobie trudno wyobrazić na tym lądzie, określanym w przewodnikach, jako miejsce, gdzie może się wydarzyć to, co jest najbardziej nieoczekiwane.
Mój pierwszy rok w Papui spędziłem w diecezji Wewak na tak zwanym wprowadzeniu misyjnym połączonym z nauką języka pidgin. Miało to miejsce pod okiem ks. Krzysztofa Morki w parafii Marui nad rzeką Sepik. Doświadczenie egzotyki szybko przekształciło się w codzienne zmaganie się z trudnymi warunkami życiowymi.
Po kilku miesiącach wprowadzenia przyszedł czas na postawienie samodzielnych kroków w pracy misyjnej, kiedy bowiem współbracia udali się na urlopy do Polski najpierw miałem okazję zastąpić ich w Marui nad Sepikiem, a następnie w parafii Turingi, największej terytorialnie parafii obsługiwanej przez pallotynów.
Po zakończeniu wprowadzenia misyjnego rozpoczęła się moja, niespełna dwuletnia, praca w górskiej diecezji Kundiawa. Olbrzymia terytorialnie i ludnościowo parafia Naragaima, gdzie wspólnie z ks. Janem Rykałą przyszło nam pracować, była pięknie położona blisko 2000 m nad poziomem morza. Niestety, tereny te stanowiły miejsce nieustannych walk plemiennych. Przybyłem do tej parafii akurat po zakończeniu walk, które objęły niemal cały teren parafii. Przez wiele miesięcy ... |
|
Czytaj całość
|
|
|
Inaczej niż w kraju |
|
|
We wspólnocie boramskiej w PNG jestem od siedmiu lat. Moja praca - brata zakonnego - tutaj, w Pa-pui, jest zupełnie inna niż ta, którą wykonywałem w swoim ojczystym kraju. Zanim zacząłem samodzielną pracę, musiałem najpierw nauczyć się języka pidgin i poznać zwyczaje oraz kulturę miejscowych ludzi.
Po rocznym przygotowaniu przyszedł czas na rozpoczęcie pracy w parafii Boram. Ówczesny proboszcz, ks. Jacek, poprosił mnie o zajęcie się ministrantami. Po roku systematycznych spotkań i formacji było już trzydziestu ministrantów. Swoją wiedzę i umiejętności mieli możliwość pokazać podczas święceń kapłańskich w katedrze. Otrzymali sporo pochwał i zaproszenia na kolejne świecenia kapłańskie i diakonatu. To dodało im motywacji, by nie zaniedbywać naszych cotygodniowych spotkań formacyjnych. Raz w roku mają swoje rekolekcje i dni skupienia. Dzisiaj jest ich ponad sześćdziesięciu.
Od nowego roku będzie kolejny kurs dla ministrantów. Mam nadzieję, że chętnych nie zabraknie.
Do moich zadań należy też katecheza w więzieniu oraz w szkole średniej w Brandii. Katechezę w szkole średniej prowadzę dopiero od pięciu lat. Wykładam w dziesiątej klasie. Przychodzi młodzież z różnych parafii naszej diecezji - wiele osób nie bardzo zna katechizm. Powodem tego jest fakt, że katecheza w szkole podstawowej prowadzona jest przez nauczycieli świeckich, którzy czasami zaniedbują swoje wykłady.
Młodzież bardzo chętnie... |
|
Czytaj całość
|
|
| | «« start « poprz. 1 2 3 4 5 6 7 8 9 10 nast. » koniec »»
| | Pozycje :: 21 - 30 z 108 |
|
|
|